Prawo do kobiecości, czyli jak być kobietą w feministycznym świecie
Feminizm. Słowo, na którego dźwięk mężczyźni przybierają ten charakterystyczny półuśmieszek, a kobiety są gotowe polec w obronie godności tego pojęcia. A co za tym idzie, w imię godności całego swojego siostrzanego rodu, równego mężczyznom w każdym, absolutnie każdym względzie.
Nigdy nie zapomnę pierwszych zajęć z przedmiotu współczesna myśl filozoficzna, który miałam na samym początku studiów. Spóźniona i zziębnięta wślizgnęłam się do sali i usiadłam w ostatniej ławce, bo było mi wstyd. Siedziałam cicho i starałam się wtopić w siedzenie, no ale nie mogłam. Moja wrodzona nieumiejętność trzymania języka za zębami i nerwów na wodzy jak zwykle znalazła swoje ujście. Jedna z dziewcząt zaczęła mówić o kobietach właśnie jako o feministkach, z tą mieszanką samouwielbienia i wyższości w głosie. Prychnęłam.
Chyba trochę za głośno, no a sala była nie taka znowu duża, wiec zwróciłam uwagę szanownego audytorium. „Każda kobieta jest feministką do momentu, kiedy nareszcie nie znajdzie sobie męża” – powiedziałam. Już-już widziałam w oczach mojej poprzedniczki żądzę mordu, ale się powstrzymała, bo akurat skończyły się zajęcia. Z dziewczęciem nigdy nie było mi dane się polubić, a przekonań nie zmieniłam ani na jotę.
Jestem uczulona na feministki, kobiety wiecznie w niedopasowanych spodniach i włosach ściągniętych w grzeczny kucyk, bez makijażu i w nietwarzowych okularach, które uwielbiają dowodzić mężczyznom, że są niczym, myślą tylko o seksie, jedzeniu i piciu piwa. Ewentualnie o motoryzacji. Może i opisuję ich wygląd dość stereotypowo, ale nie ukrywam, że wszystkie te, które znam, właśnie tak wyglądają.
[Zawsze uważałam, że ostentacyjne bagatelizowanie tego, jak się wygląda, świadczy o kompleksach, z którymi się dana osoba boryka, a które często ją po prostu przerastają. Nie wierzę, że dziewczyna, która zaniedbała się do tego stopnia, że czasem myli się ją nawet z rzekomo znienawidzonym „samcem”, dobrze się ze sobą czuje. A wszystko przez to męskie obuwie – praktyczne, wygodne, no i niestety, okropne – i bure ubrania, które w najmniejszym stopniu nie podkreślają figury, bo przecież „mam coś więcej do zaoferowania niż tylko biust i tyłek!”]. Ale wróćmy do wnętrza.
Smutno patrzeć, jak taka dziewczyna w towarzystwie stara się wszystkich przekrzyczeć i narzucić własne zdanie, tak żeby ktoś je dostrzegł i zechciał zajrzeć pod maskę, którą tak ochoczo codziennie na siebie zakłada. Do tego jest święcie przekonana, że poniżanie innych podczas rozmowy jest jak najbardziej na miejscu, a argumenty, że „wszyscy faceci są tacy sami” i „wszystkie ładne dziewczyny są głupie”, są logiczne i niepodważalne.
Wystarczy rozejrzeć się, by dostrzec, jak wiele jest kobiet, które zapomniały, jak cudownie jest być kobietą, natchnieniem poetów, muzą malarzy i wszystkich innych artystów. Które kołysanie biodrami uważają za ujmę swojemu człowieczeństwu, a sztukę flirtu, tej konwersacji z podwójnym dnem, która przyprawia o dreszcz i dowodzi zręczności w posługiwaniu się słowem, zastąpiły otwartą, obdartą z jakiejkolwiek kobiecej nieśmiałości, propozycją pójścia do łóżka, no bo przecież im wolno. Z chęcią by i tego chłopaka samodzielnie posiadły, tylko natury jeszcze nie udało im się przechytrzyć.
Nie zawsze oczywiście muszą pragnąć mężczyzny – choć osobiście nie znam żadnej lesbijki, która jest zdeklarowaną feministką i podkreśla na każdym kroku, że dzieworództwo byłoby ratunkiem dla społeczeństwa, w którym mężczyźni będą już wtedy zbędni. Czy jednak orientacja seksualna ma tu znaczenie, skoro i tak większość feministek łączy niezadowolenie z obecnej sytuacji? Bo co to za życie, w którym falliczna dominacja jest widoczna z każdej strony?
Pewne siebie kobiety sukcesu, które owszem, znają swoją wartość, ale chcą pełnego, absolutnego równouprawnienia, mają na to swój sposób. Te, i owszem, znajdą w szafie spódnice, szpilki i dopasowane koszule, ale traktują te ubrania jak zbroję, bo na wojnie płci wszystko jest dozwolone – skoro facet w głowie zamiast mózgu ma penisa, to dlaczego tego nie wykorzystać?
***
Tyle o dzisiejszych feministkach, dwudziestoparoletnich, zatwardziałych, zdeterminowanych do walki o swoje „siostry”, i o stereotypie, na jaki same sobie zapracowały. A jak było wcześniej?
Na sam początek przychodzi na myśl walka sufrażystek o prawa wyborcze, kobiet, które były ścinane (jak Olimpia de Gouges, która w 1793 roku w czasie rewolucyjnego szału chciała uszczknąć coś dla obywatelek, ale nie udało się), męczone, bite i poniżane. Na siłę wtłaczano im jedzenie do gardeł, jak gęsiom, z których po dziś dzień robi się foie Gras, bo ośmieliły się na strajk głodowy. Stopniowo zaczęły wygrywać. Ale… w Kuwejcie prawa zostały przyznane kobietom dopiero 6 lat temu.
Cofnijmy się więc do wieku XVI, do Anglii czasu dynastii Tudorów. Na sam początek – Katarzyna Aragońska, pierwsza żona Henryka VIII, zmuszona była patrzeć na rosnące pożądanie męża do młodej i pięknej Anny Boleyn, która w końcu zmusiła go do usunięcia szanownej małżonki i ponownego ślubu oraz uznania jej samej za kolejną królową Anglii. Można Annę potępiać, ale nie zapominajmy, w jak wielkim stresie żyła przez ten czas, zresztą okazało się, że faktycznie było się czym martwić. Została bardzo szybko oskarżona o czary i konszachty z diabłem. No i jeszcze o grzech sodomii, który rzekomo miała popełnić z własnym bratem i jego przyjaciółmi (o ironio, jej brat najprawdopodobniej był gejem). Dlaczego? Bo nie umiała dać królowi syna.
Osłabiona walką o władzę, roniła kilka razy, co też w dużej mierze było winą samego Henryka, który utracił już trochę ze swojej świeżości i witalności. W końcu udało jej się powić córkę, rudą dziewczynkę, która zmieniła bieg historii. Ale Anna – pierwsza kobieta w tamtych czasach, która ośmieliła się chcieć czegoś więcej niż tylko bogatego męża i haftowania mu koszul do końca życia, a ponadto pierwsza, która faktycznie tego dokonała i sięgnęła po koronę – została zgładzona. Ścięto jej głowę francuskim mieczem, podobno najostrzejszym w całym królestwie.
Przejdźmy dalej, do Marii Tudor, prawowitej córki Katarzyny i Henryka, zwanej później „Krwawą Mary” – to ona objęła władzę po śmierci Edwarda, swojego brata. Żelazna katoliczka, na rozkaz której Anglia znów rozświetliła się żywymi pochodniami, aby oczyścić kraj z heretyckich papistów. Ona nie była taka silna – życie doświadczyło ją nie mniej okrutnie niż matkę. Będąc jeszcze dzieckiem, została w świetle prawa uznana za bękarta (postarała się o to Anna Boleyn, tak aby to jej dzieci w pierwszej kolejności mogły objąć tron po ojcu), odsunięta od matki, nie mogła nawet zobaczyć jej przed śmiercią. Miała nadzieję stać się królową dziewicą, ale nie była w stanie zrealizować swoich śmiałych planów.
Zmuszona była w końcu wyjść za mąż za Filipa, władcę Hiszpanii, co oczywiście nie spodobało się ludowi. Przystojny był z niego mężczyzna, lat około dwudziestu, więc nic dziwnego, że królowa – czterdziestoletnia kobieta, która nigdy nie doznała jeszcze uciech cielesnych – zadurzyła się w nim jak młódka i była w stanie dać mu wszystko za nikłe chociaż poczucie bezpieczeństwa. Naprawdę chciała urodzić mu syna. Chciała tego dziecka tak bardzo, że zaszła w ciążę, ale urojoną. Miała posturę brzemiennej, ale dwanaście tygodni po terminie stało się jasne, że dziecko nigdy się nie pojawi. Wystawiona na pośmiewisko, coraz szybciej staczała się w otchłań szaleństwa i chorego fanatyzmu, który miał zrekompensować jej tę straszną stratę.
I tutaj na scenie pojawia się Elżbieta I – kobieta, której nikt, nawet wyżej wymieniony Filip, nie był w stanie odmówić. Miedzianowłosa piękność, nieodrodna córka swojej matki, Anny, już w wieku dwudziestu lat była pozbawiona większości przyjaciół (albo zostali umieszczeni w Tower i czekali na śmierć, albo już przeszli na drugą stronę) i rodziny (wszakże własna siostra skazała ją na śmierć). Nie poddała się jednak i podejmując walkę o siebie, o władzę, nie zaprzestała jej już nigdy. Najpierw przed samym nosem znienawidzonej siostry odbiła jej męża, a potem zmusiła umierającą do przekazania sobie władzy. Najprawdziwsza Królowa Dziewica (która oczywiście dziewicą nie była) poświęciła wszystko dla Anglii. Przez całe panowanie musiała odrzucać coraz bardziej natarczywe prośby Rady dotyczące zamążpójścia, co również jej się udało. Nigdy jednak nie zapomniała o tym, że jest kobietą i potrafiła to wykorzystać z wirtuozerią godną mistrzyni. Anglia za jej czasów odżyła, wycieńczona wcześniejszymi wojnami i głodem. A ona? Podobno całe życie kochała Roberta Dudleya, z którym sypiała, ale ta miłość musiała pozostać w ukryciu. Podobno ją zdradził.
Po co ta historyczna powtórka? Żeby pokazać kobiety silne, mądre, świadome swojej wartości, które dążyły do celu zapamiętale i z pasją. Kobiety, które nie zapomniały, że są kobietami, że mogą być delikatne, mogą uwodzić mężczyzn, bo taka jest naturalna kolej rzeczy, ten taniec płci, który zachwyca i wprawia w drżenie. Kobiety piękne, świadomie kochające swoich mężczyzn, ale samodzielne na tyle, żeby same o sobie decydować. Takie, które dawały się prowadzić w tańcu i sadzać na wierzchowca, ale nie pozwalały na kierowanie swoimi myślami i pragnieniami.
Jeśli takie byłyby dzisiejsze feministki, to ja też bym nią była.







kilka uwag:
1. każdy czas, wiek ma swoje racje, prawa, problemy – nie widzę logiki w porównywaniu kobiet z tak odległych lat z dzisiejszymi;
2. wydaje mi się, że kwestia osób homoseksualnych jest tu ważniejsza niż myślisz;
3. feminizm to nie jest jeden worek, do którego można wrzucić wszystkie „siostry”, tym bardziej pisząc o nich w sposób tak stereotypowy, w jaki ty to zrobiłaś;
4. łatwo narzekać na feministki w czasach gdy nie jest już tak źle, gdy ma się wywalczone przez nie prawa; nie doceniasz tego?
5. mimo wszystko mało znam kobiet, które się od feminizmu otwarcie odwracają (no bo jak to?), więc plus za odwagę ;]
nie ukrywam, że chodziło mi o przedstawienie sytuacji w sposób skrajny no i całkowicie subiektywny, skoro to felieton;)
1. myślę, że wartości lat odległych są uniwersalne, na boga, powinny być, taka natura wartości.
2. jak pisałam- żeńskie śrdowisko homoseksualne jest mi nieznane, więc nie chcę się porywać z motyką na słońce.
3. świadomie dotknęłam tylko jednej strony medalu.
4.dzięki;)
nie sądzę żeby to była kwestia tylko wartości- a okoliczności, warunki w jakich dorastamy? sytuacja społeczna, polityczna? poza tym – jeszcze jedno – znasz historię tych kobiet, o których piszesz zapewne z książek. Gdybyś znała je (mówię czysto teoretycznie) w tamtych czasach – nie miałabyś takiej wiedzy o nich. Może też widziałabyś w nich tylko tą „maskę”, tak ochoczo zakładaną co wieczór :P
W moim odbiorze ten tekst zawiera zlepek strzępków wiadomości na temat kobiet…? Troszkę chaotycznie, ciekawe fragmenty zawierające dane historyczne. Nie wiem co autorka chciała wykazać swoim felietonem, czy wyższość kobiet żyjących kilka wieków wstecz, czy też różnice między ówczesnymi i obecnymi feministkami? Pojęcie feminizmu jest wielorako interpretowane, mnie ono się nie kojarzy z takimi radykalnymi postawami raczej z poglądami, które mają na celu uświadomić ludziom, że kobiety powinny posiadać takie same prawa w wielu sferach życia społecznego, co zresztą się dokonuje, możliwe nawet, że szala się przechyli i mężczyźni będą musieli upominać się o swoje miejsce w hierarchii społecznej. Przedstawicielki ruchów feministycznych wytyczyły kierunek totalnie negujący męski punkt widzenia na kobietę, przejaskrawiły wszystko zarazem eksponując punkty zapalne w relacjach damsko-męskich. Myślę, że stworzyły własną ideologię i to było zabójcze ponieważ za bardzo uwierzyły w to co robią, później podtrzymywały styl i wymowę tego czemu dały się narodzić.Takie jest moje zdanie na ten temat.
Mufko, dla mnie też słowa autorki są lekko chaotyczne. Niepodbudowane wiedzą o tematyce, ale to jej własne poglądy, co zaznacza- więc niech będzie. Feminizm każdemu (nie specjalizującemu się w tym naukowo) kojarzy się chyba właśnie z tym, z czym się styka we własnym życiu. Gdy zaczynam pracę i czuję opór szklanego sufitu rośnie we mnie feministka, gdy wplączę się w związek, w którym facet chce mnie wrzucić w ramy archetypowej baby – również rośnie, gdy ktoś widzi we mnie kobietę a z jakiegoś względu wolałabym aby zobaczył po prostu człowieka – też. Ale gdy żyje mi się dobrze i nie czują dyskryminacji z każdej strony a widzę histeryczne koleżanki, które walczą na śmierć i życie, często będąc bardzo młode i nie wiedząc jeszcze za wiele o życiu, i gdy jestem feminizmem atakowana na zasadzie – „albo jesteś zaściankową kobietą albo niezależną kobietą” – bez opcji pośrednich to mi się TAKIEGO feminizmu odechciewa.
A co do młodych, dwudziestolatek, zatwardziałych feministek – może to jest głód ideologii w ich pokoleniu? Głód wiary w coś? Po prostu. Jeśli w to wierzą i walczą o swoje lepsze życie – super, jeśli kończy się to tylko pyskówkami na zajęciach lub przerwach w szkole – to już gorzej.
Z pewnością kobiety, a właściwie kobieco wyglądające dziewczęta mają potrzebę wyraźnego określania swojej pozycji na polu życia społecznego, chcą zwrócić na siebie uwagę, wykrzyczeć się, czasem w ten sposób leczą swoje zranione uczucia albo kompleksy.
Ciekawi mnie zawsze jak to się przedstawia u samych źródeł, czy istnieją autonomiczne pierwiastki kobiecości i męskości, czy tylko umowy społeczne, pewne zachowania przypisane najpierw przez naturę a później przez kulturę. Właściwie spór toczy się o to by raz na zawsze przyznać kobiecie godność człowieczeństwa, które stanowi wartość samą w sobie wrodzoną i niezbywalną. Ale to jest już temat na inną opowieść…
zanzi_kate zdrowo na to spoglądasz, tak sądzę.
Droga autorko, idąc Twym tokiem myślenia* chcąc być prawdziwie kobiecą kobietą powinnam stać się
a) wyraźnie zakompleksiona ( w opozycji do zadufanych w sobie feministek, chociaż kilka zdań później stwierdzasz że są zakompleksione, co w moim odczuciu nieco się wyklucza, ale zawsze istnieje opcja „człowiek oksymoron” – być może tu należałoby zatem upchnąć feministki, jeśli tak jest, to szkoda że o tym nie wspomniałaś)
b) mieć dobrze dopasowane spodnie, z tego co widzę to podstawa
c) ogólnie rzecz biorąc dużo myśleć o wyglądzie (chyba więc jednak będę musiała się zaprzyjaźnić z żelazkiem)
d) nosić obuwie niepraktyczne i niewygodne, ale zgrabne
e) porzucić swoją miłość do jakiejkolwiek części mojej garderoby która nie podkreślałby moich krągłości (przecież nie ma opcji żebym ich nie lubiła)
f) jeśli już mam własne zdanie, to nigdy, ale to nigdy nie być przekonana co do jego słuszności i nie wdawać się w te cudownie jałowe dyskusje, które do niczego nie prowadzą ale dają tę niezrównaną przyjemność prowadzenia dyskusji o czymś w co się wierzy
g) już nigdy nie grać w pojazd towarzyski :(
h) być muzą (tu: zacząć kołysać biodrami)
i) mizdrzyć się do obiektów podrywu zamiast używać jednej z ulubionych fraz z bazy pt.: jesteś brany/brana pod uwagę – nie spierdol tego
j) nie traktować stroju funkcjonalnie (oprócz oczywiście funkcji dodawania mi kobiecości,a pewnie nawet i Kobiecości)
k) przyjąć wyjęty z okolic Pani Domu i Przyjaciółki model kobiecości, zapewne również zaczytywać się Paulo Coelho
A tak zupełnie na poważnie: droga redakcjo reflektora, nie przepuszczaj już do publikacji takich kpin, bo na prowokację merytorycznie to zbyt słabe a na żart jakby przyczerstwawe
* kanciaście stereotypowym w stopniu, którego nie usprawiedliwia nawet konwencja felietonu, feministki nienawidzące mężczyzn? brzydkie i niezadbane? serio? tak na serio serio?
hm. natłok tych wniosków jest tak chaotyczny, jak i mój tekst, więc nie ukrywam, że trochę trudno dojść do intencji tej krytyki.
cóż mogę powiedzieć, znaczy napisać… właśnie taki był mój cel. wywołanie dyskusji. tak swoją drogą jeszcze, hiperbola to cudowny środek wyrazu, prawda?
pozdrawiam wszystkie kobiece kobiety, które są tak świadome własnej wartości, że, na boga! założą czasem adidasy.
natłok wniosków jest chaotyczny jak i Twój tekst, bo „zasady prawdziwej kobiecości” spisywałam akapit po akapicie właśnie z tegoż. co do adidasów – tak, hiperbola to cudowny środek wyrazu, niestety użyta w mojej wypowiedzi nie pozwoliła na to byś, Droga Autorko dostrzegła absurd swego „felietonu”. wywołanie dyskusji? o czym? o tym że feministki są brzydkie? czy o tym jak ciemiężą niczemu winne słodkie dziewczęta swym obrzydliwym intelektem? bo właśnie to wynika z tego przykrego dla mnie, jako feministki z makijażem i z (zależnie od warunków pogodowych) całkiem niezłą fryzurą, tekstu. czytając go miałam wrażenie jakby cywilizacja w której żyję cofnęła się o jakieś kilkadziesiąt lat i to jest smutne.
przykłady „feministek” które podajesz to żadne feministki. feministki postulują o prawa dla ogółu kobiet, a niektóre także , w imię równości, dla mężczyzn, którzy bywają dyskryminowani nie mniej od kobiet. Anna Boleyn, Krwawa Mary? chciały coś ugrać dla siebie działając podług reguł z dawien przypisanych im ról. feminizm to podważenie tych ról. i w tym tkwi szkopuł: pisanie o feminizmie i kobiecości jest strzałem w stopę, bo przecież coś takiego jak „kobiecość” i „męskość” w zasadzie nie istnieje.
Pomijając prowokacje, parabole, i wszystkie inne, najmniej istotne moim zdaniem opisy tego, jak ktoś wygląda. (wygląd to wygląd, c’mon).
Jako facet widzę w tym tekście tylko jedno zdanie, które chciałbym skomentować i serio dziwię się, że do tego żadna się nie odniosła :P
„Takie, które dawały się prowadzić w tańcu i sadzać na wierzchowca, ale nie pozwalały na kierowanie swoimi myślami i pragnieniami.”
Mam pytanie do feministek – czy uważacie, że ktoś /coś kieruje Waszymi myślami i pragnieniami? To jest tutaj chyba głównym zarzutem.
Co do komentarza powyżej – te „feministki- nie feministki” jak mówisz, chyba jednak za takie się podają. Więc co o tym myśleć? Pytanie – jak zrobić porządek wśród swoich? Co byś takiej feministce- niefeministce która podaje się za feministkę powiedziała? Zamknij się? Nie podawaj się za feministkę?
I druga rzecz- jak dla mnie absurdalana – „kobiecość i męskość w zasadzie nie istnieje:”. Jeśli żyjesz w świecie swoich genderowych kółek i książek to być może któryś z naukowców/ któraś z „naukowczyń” tak twierdzi. (a jak w każdej nauce poglądów i „szkół” jest wiele”). Ale w życiu, nie w teorii – proszę nie mów mi, że nie isrnieje. Bo to absurd.
Moim zdaniem istnieje, tak biologicznie jak kulturowo. Przy czym każdy człowiek ma i pierwiastki męskie i żeńskie. Są kobiece kobiety, męskie kobiety, męscy mężczyźni i kobiecy mężczyźni.
Nie uznaję wyższości kobiecych kobiet nad męskimi kobietami (tzn jako facet, biorąc pod uwagę atrakcyjność – uznaję), ale biorąc pod uwagę człowieczeństwo- nie. Tylko niech te męskie kobiety pozwolą kobiecym kobietom być sobą, niech nie nazywają ich głupszymi.
Walczycie (Feministki) o równość kobiet względem nas, męzczyzn. Ale niech równość nie oznacza równania do jednego, jedynie słusznego wzoru życia.
pozdrawiam,
pk
żeby nie było niejasności- feministkami są, z tego co znam, tak męskie jak kobiece kobiety. ;)
pk
Prawdziwy feminizm to umiłowanie kobiecości, a nie rezygnacja z niej.
Felieton (fr. feuilleton – zeszycik, odcinek powieści), specyficzny rodzaj publicystyki, krótki utwór dziennikarski (prasowy, radiowy, telewizyjny) utrzymany w osobistym tonie, lekki w formie, wyrażający – często skrajnie złośliwie – osobisty punkt widzenia autora.
Więc mam prawo uważać, że przedstawione przeze mnie kobiety były feministkami. Nie wiem, czy chciały uszczknąć tylko coś dla siebie (mówiąc tylko mam na myśli, że sięgnęły po władzę tylko po to. Bo osobiste korzyści stawiamy zawsze wysoko, co jest naturalne i ludzkie), ale wiem, że Elżbieta wywalczyła prawo dla ogółu: władca jest wspaniałym władcą, o ile jest inteligentny i potrafi się poświecić dla swojego kraju i ludu. Nieważne, czy jest kobietą, czy mężczyzną (o Kleopatrze nie wspominam, interesują mnie w tym momencie Nowe Czasy, które odrzuciły tradycje starożytne. Zresztą, Królowa Egiptu to też dobry przykład mądrej realizacji feminizmu, zanim jeszcze powstało to pojęcie.).
Nie, nie są brzydkie. Te prawdziwe, dumne kobiety, które nie rezygnują z kobiecości, jak słusznie zauważyła moja poprzedniczka.
I wcale nie znaczy, że są głupie.
No i nareszcie mężczyzna! Może nie powiedziałabym zamknij się, ale zamieniła z nią kilka słów, przeprowadziła coś w rodzaju dekonstrukcji jej wypowiedzi, w końcu każda nasza wypowiedź to tekst, który da się zanalizować:P
i owszem, też uważam za absurdalne stwierdzenie, że kobiecość i męskość nie istnieje. Nawet Platon doszedł do wniosku, że to bzdura!
Pozdrawiam
‘Droga Autorka’
po Platonie było jeszcze kilku ważnych ludzi, ale jak widzę, przykłady historyczne są Ci bliskie, więc nawet nie będę burzyła Twojego małego świata, w którym nie ma miejsca na postmodernizm i sto razy nowsze teorie.
Hell yeah!, cofnijmy się kilka wieków w dywagacjach na temat człowieka.
dekonstrukcja Derridy,o której wspomniałam wyżej jest w teorii literatury uważana za podstawę postmodernizmu. Więc w moim małym świecie znajdzie się trochę miejsca na symulakry, teorię kłącza- rhizome, śmierć autora, całkowitą wolność interpretacji wszelkich tekstów, a co najważniejsze obalenie przekonania o istnieniu jednej prawdy, która od wieków jest przedstawiana nam przez metanarracje.
Poza tym, wszystko co miało zostać pomyślane o napisane, także z punktu widzenia antropologii, już zaistniało, więc nie wiem, po co błądzić w sieci dywagacji.
tak się składa, że filozofia postmodernizmu jest mi bliska, ale nie podoba mi się realizacja jej postulatów.
Pozdrawiam, a skoro o postmodernizmie wiesz sporo, to zapraszam do zapoznania się jeszcze ze strukturalizmem i poststrukturalizmem i, oczywiście, z dekonstrukcją. Bardzo poszerza horyzonty.
Mając wybór pomiędzy kółkiem gender a kółkiem mentalnych gospodyń wiejskich, wybieram chyba jednak to pierwsze ;] I nie, nie powiem martwej Annie Boleyn żeby się zamknęła, bo obawiam się, że zrobiła to już jakiś czas temu na, że tak powiem, ament. Można ją nazwać w pewnym sensie patronką odwagi, jaką musiały w sobie odnaleźć pierwsze feministki, ale feminizm to świadoma postawa postulowania praw dla szerszej grupy. Wymienione postacie nie są feministkami, są silnymi charakterami (choć oczywiście jedno drugiego nie wyklucza, a wręcz przeciwnie :) ), zatem autorka chce wzorować się na silnych kobietach, tylko po co wtrącać w to feministki? ciężko powiedzieć…
ale dochodząc do sedna mojego bólu dupki dotyczącego tekstu: ja dobrze wiem o co Drogiej Autorce chodziło, bo młodzi zwolennicy wszelakich idei w swoim fanatycznym zapale i chęci nawracania świata też mocno mnie irytują. Tylko że ja to zacietrzewienie „feministek” też doskonale rozumiem. Gdy ktoś swojego kolegę obdarowującego obficie świat nasieniem nazywa „combo ogierem” a już koleżankę o podobnych upodobaniach (ale w roli, hm, biorcy) mianuje „zwykłą kurwą”. Gdy widzę matkę wrzeszczącą na swoją córkę na ulicy bo pobrudziła nowa sukienkę (a chłopaki przecież mają się wybrudzić, bo oni się muszą wyszaleć). Gdy moja osobista znajoma kochająca pracę na wysokościach i posiadająca nieskończoną ilość uprawnień po temu pisze cv w rodzaju męskim, bo to jedyna droga żeby ją przyjęli. Gdy mój przyjaciel wstydzi się płakać „bo to pedalskie”, chociaż widzę jak tego potrzebuje. Wtedy właśnie rozumiem przekrzykujące wszystkich feministki, trochę śmieszne w tej bezradności. Ja też jestem bezradna wobec ludzi którzy nie widzą problemu i też jestem na to wściekła. Dziękuję, dobranoc.
Poszerza horyzonty, jak najbardziej. Nie rozumiem zatem, jak osoba znająca wszystkie najważniejsze teorie XXI wieku mogła popełnić tekst, z którego aż krzyczy ich brak znajomości. Rozum vs Serce?
bo to nie jest tekst naukowy. tylko lekki felieton, powiedzmy, że będący reakcją na otaczającą MNIE rzeczywistość, MOIM okiem.
I co się z tym wiąże, na MOJĄ odpowiedzialność.
Jeśli miałby być to artykuł poważny, o charakterze czysto naukowym, nie omieszkałabym wyłożyć teorii feminizmu, jego fali itp., ale wtedy pewnie nie zostałby umieszczony tutaj, tylko w jakimś almanachu studenckim, o ile zostałby w ogóle opublikowany. Jak milion innych tekstów, których nikt nie czyta.
A ten? Można mu zarzucić wszystko, czego tylko zapragniecie, i na zdrowie, bo na tym to polega.
Ale się czyta przy okazji.
Konstruowanie swojej opinii na jakikolwiek temat {w tym przypadku na temat feminizmu} na podstawie stereotypu – polecam i gratuluję.
Dziabdzianina właściwie wyraziła wszystko to, co chciałabym na temat tego tekstu napisać, niechże więc w moim komentarzu wyręczy mnie Eliza Orzeszkowa:
„(…) wyraz emancypacja kobiet brzmi w ich uszach jednoznacznie z brakiem przyzwoitości, pogardą obowiązków rodzinnych i pozbyciem się najmilszej z zalet: prostoty; i że wzmianka o tej emancypacji sprowadza szydercze uśmiechy i ściąga surowe nagany nawet od ludzi obdarzonych światłym i postępowym umysłem. Nielogiczne entuzjastki rozmiłowane w dźwięku słowa, którego treści nie pojmowały, zacofały na długie lata postęp idei, której sztandarem pokrywać chciały swoje dziwaczne lub występne wybryki. Nic nie ma zgubniejszego dla jakiegokolwiek pojęcia, które zaledwie zrodzone w ludzkości, jeszcze się w niej ugruntować nie zdołało, jak rzucony nań cień śmieszności. A śmiesznością właśnie pokryły pojęcie o emancypacji kobiet — Lwice z fajkami i cynizmem w ustach, Pitie ze zwijanymi i rozwijanymi horyzontami w głowach i tym podobne pojęcia tego fałszywe apostołki i przedstawicielki.”
A Autorce tak dobrze zaznajomionej z teoriami literatury polecam spojrzenie na płeć, jako mit w ujęciu Barthesowskim. Może wtedy stwierdzenie, że „kobiecość” i „męskość” nie istnieją wyda się mniej absurdalne.
Dzięki, nie omieszkam pogłębić wiedzy na jego temat.
Całe szczęście, że człowiek uczy się całe życie.