Prawo do kobiecości, czyli jak być kobietą w feministycznym świecie

Feminizm. Słowo, na którego dźwięk mężczyźni przybierają ten charakterystyczny półuśmieszek, a kobiety są gotowe polec w obronie godności tego pojęcia. A co za tym idzie, w imię godności całego swojego siostrzanego rodu, równego mężczyznom w każdym, absolutnie każdym względzie.

Nigdy nie zapomnę pierwszych zajęć z przedmiotu współczesna myśl filozoficzna, który miałam na samym początku studiów. Spóźniona i zziębnięta wślizgnęłam się do sali i usiadłam w ostatniej ławce, bo było mi wstyd. Siedziałam cicho i starałam się wtopić w siedzenie, no ale nie mogłam. Moja wrodzona nieumiejętność trzymania języka za zębami i nerwów na wodzy jak zwykle znalazła swoje ujście. Jedna z dziewcząt zaczęła mówić o kobietach właśnie jako o feministkach, z tą mieszanką samouwielbienia i wyższości w głosie. Prychnęłam.

Chyba trochę za głośno, no a sala była nie taka znowu duża, wiec zwróciłam uwagę szanownego audytorium. „Każda kobieta jest feministką do momentu, kiedy nareszcie nie znajdzie sobie męża” – powiedziałam. Już-już widziałam w oczach mojej poprzedniczki żądzę mordu, ale się powstrzymała, bo akurat skończyły się zajęcia. Z dziewczęciem nigdy nie było mi dane się polubić, a przekonań nie zmieniłam ani na jotę.

Jestem uczulona na feministki, kobiety wiecznie w niedopasowanych spodniach i włosach ściągniętych w grzeczny kucyk, bez makijażu i w nietwarzowych okularach, które uwielbiają dowodzić mężczyznom, że są niczym, myślą tylko o seksie, jedzeniu i piciu piwa. Ewentualnie o motoryzacji. Może i opisuję ich wygląd dość stereotypowo, ale nie ukrywam, że wszystkie te, które znam, właśnie tak wyglądają.

[Zawsze uważałam, że ostentacyjne bagatelizowanie tego, jak się wygląda, świadczy o kompleksach, z którymi się dana osoba boryka, a które często ją po prostu przerastają. Nie wierzę, że dziewczyna, która zaniedbała się do tego stopnia, że czasem myli się ją nawet z rzekomo znienawidzonym „samcem”, dobrze się ze sobą czuje. A wszystko przez to męskie obuwie – praktyczne, wygodne, no i niestety, okropne – i bure ubrania, które w najmniejszym stopniu nie podkreślają figury, bo przecież „mam coś więcej do zaoferowania niż tylko biust i tyłek!”]. Ale wróćmy do wnętrza.

Smutno patrzeć, jak taka dziewczyna w towarzystwie stara się wszystkich przekrzyczeć i narzucić własne zdanie, tak żeby ktoś je dostrzegł i zechciał zajrzeć pod maskę, którą tak ochoczo codziennie na siebie zakłada. Do tego jest święcie przekonana, że poniżanie innych podczas rozmowy jest jak najbardziej na miejscu, a argumenty, że „wszyscy faceci są tacy sami” i „wszystkie ładne dziewczyny są głupie”, są logiczne i niepodważalne.

Wystarczy rozejrzeć się, by dostrzec, jak wiele jest kobiet, które zapomniały, jak cudownie jest być kobietą, natchnieniem poetów, muzą malarzy i wszystkich innych artystów. Które kołysanie biodrami uważają za ujmę swojemu człowieczeństwu, a sztukę flirtu, tej konwersacji z podwójnym dnem, która przyprawia o dreszcz i dowodzi zręczności w posługiwaniu się słowem, zastąpiły otwartą, obdartą z jakiejkolwiek kobiecej nieśmiałości, propozycją pójścia do łóżka, no bo przecież im wolno. Z chęcią by i tego chłopaka samodzielnie posiadły, tylko natury jeszcze nie udało im się przechytrzyć.

Nie zawsze oczywiście muszą pragnąć mężczyzny – choć osobiście nie znam żadnej lesbijki, która jest zdeklarowaną feministką i podkreśla na każdym kroku, że dzieworództwo byłoby ratunkiem dla społeczeństwa, w którym mężczyźni będą już wtedy zbędni. Czy jednak orientacja seksualna ma tu znaczenie, skoro i tak większość feministek łączy niezadowolenie z obecnej sytuacji? Bo co to za życie, w którym falliczna dominacja jest widoczna z każdej strony?

Pewne siebie kobiety sukcesu, które owszem, znają swoją wartość, ale chcą pełnego, absolutnego równouprawnienia, mają na to swój sposób. Te, i owszem, znajdą w szafie spódnice, szpilki i dopasowane koszule, ale traktują te ubrania jak zbroję, bo na wojnie płci wszystko jest dozwolone – skoro facet w głowie zamiast mózgu ma penisa, to dlaczego tego nie wykorzystać?

***

Tyle o dzisiejszych feministkach, dwudziestoparoletnich, zatwardziałych, zdeterminowanych do walki o swoje „siostry”, i o stereotypie, na jaki same sobie zapracowały. A jak było wcześniej?

Na sam początek przychodzi na myśl walka sufrażystek o prawa wyborcze, kobiet, które były ścinane (jak Olimpia de Gouges, która w 1793 roku w czasie rewolucyjnego szału chciała uszczknąć coś dla obywatelek, ale nie udało się), męczone, bite i poniżane. Na siłę wtłaczano im jedzenie do gardeł, jak gęsiom, z których po dziś dzień robi się foie Gras, bo ośmieliły się na strajk głodowy. Stopniowo zaczęły wygrywać. Ale… w Kuwejcie prawa zostały  przyznane kobietom dopiero 6 lat temu.

Cofnijmy się więc do wieku XVI, do Anglii czasu dynastii Tudorów. Na sam początek – Katarzyna Aragońska, pierwsza żona Henryka VIII, zmuszona była patrzeć na rosnące pożądanie męża do młodej i pięknej Anny Boleyn, która w końcu zmusiła go do usunięcia szanownej małżonki i ponownego ślubu oraz uznania jej samej za kolejną królową Anglii. Można Annę potępiać, ale nie zapominajmy, w jak wielkim stresie żyła przez ten czas, zresztą okazało się, że faktycznie było się czym martwić. Została bardzo szybko oskarżona o czary i konszachty z diabłem. No i jeszcze o grzech sodomii, który rzekomo miała popełnić z własnym bratem i jego przyjaciółmi (o ironio, jej brat najprawdopodobniej był gejem). Dlaczego? Bo nie umiała dać królowi syna.

Osłabiona walką o władzę, roniła kilka razy, co też w dużej mierze było winą samego Henryka, który utracił już trochę ze swojej świeżości i witalności. W końcu udało jej się powić córkę, rudą dziewczynkę, która zmieniła bieg historii. Ale Anna – pierwsza kobieta w tamtych czasach, która ośmieliła się chcieć czegoś więcej niż tylko bogatego męża i haftowania mu koszul do końca życia, a ponadto pierwsza, która faktycznie tego dokonała i sięgnęła po koronę – została zgładzona. Ścięto jej głowę francuskim mieczem, podobno najostrzejszym w całym królestwie.

Przejdźmy dalej, do Marii Tudor, prawowitej córki Katarzyny i Henryka, zwanej później „Krwawą Mary” – to ona objęła władzę po śmierci Edwarda, swojego brata. Żelazna katoliczka, na rozkaz której Anglia znów rozświetliła się żywymi pochodniami, aby oczyścić kraj z heretyckich papistów. Ona nie była taka silna – życie doświadczyło ją nie mniej okrutnie niż matkę. Będąc jeszcze dzieckiem, została w świetle prawa uznana za bękarta (postarała się o to Anna Boleyn, tak aby to jej dzieci w pierwszej kolejności mogły objąć tron po ojcu), odsunięta od matki, nie mogła nawet zobaczyć jej przed śmiercią. Miała nadzieję stać się królową dziewicą, ale nie była w stanie zrealizować swoich śmiałych planów.

Zmuszona była w końcu wyjść za mąż za Filipa, władcę Hiszpanii, co oczywiście nie spodobało się ludowi. Przystojny był z niego mężczyzna, lat około dwudziestu, więc nic dziwnego, że królowa – czterdziestoletnia kobieta, która nigdy nie doznała jeszcze uciech cielesnych – zadurzyła się w nim jak młódka i była w stanie dać mu wszystko za nikłe chociaż poczucie bezpieczeństwa. Naprawdę chciała urodzić mu syna. Chciała tego dziecka tak bardzo, że zaszła w ciążę, ale urojoną. Miała posturę brzemiennej, ale dwanaście tygodni po terminie stało się jasne, że dziecko nigdy się nie pojawi. Wystawiona na pośmiewisko, coraz szybciej staczała się w otchłań szaleństwa i chorego fanatyzmu, który miał zrekompensować jej tę straszną stratę.

I tutaj na scenie pojawia się Elżbieta I – kobieta, której nikt, nawet wyżej wymieniony Filip, nie był w stanie odmówić. Miedzianowłosa piękność, nieodrodna córka swojej matki, Anny, już w wieku dwudziestu lat była pozbawiona większości przyjaciół (albo zostali umieszczeni w Tower i czekali na śmierć, albo już przeszli na drugą stronę) i rodziny (wszakże własna siostra skazała ją na śmierć). Nie poddała się jednak i podejmując walkę o siebie, o władzę, nie zaprzestała jej już nigdy. Najpierw przed samym nosem znienawidzonej siostry odbiła jej męża, a potem zmusiła umierającą do przekazania sobie władzy. Najprawdziwsza Królowa Dziewica (która oczywiście dziewicą nie była) poświęciła wszystko dla Anglii. Przez całe panowanie musiała odrzucać coraz bardziej natarczywe prośby Rady dotyczące zamążpójścia, co również jej się udało. Nigdy jednak nie zapomniała o tym, że jest kobietą i potrafiła to wykorzystać z wirtuozerią godną mistrzyni. Anglia za jej czasów odżyła, wycieńczona wcześniejszymi wojnami i głodem. A ona? Podobno całe życie kochała Roberta Dudleya, z którym sypiała, ale ta miłość musiała pozostać w ukryciu. Podobno ją zdradził.

Po co ta historyczna powtórka? Żeby pokazać kobiety silne, mądre, świadome swojej wartości, które dążyły do celu zapamiętale i z pasją. Kobiety, które nie zapomniały, że są kobietami, że mogą być delikatne, mogą uwodzić mężczyzn, bo taka jest naturalna kolej rzeczy, ten taniec płci, który zachwyca i wprawia w drżenie. Kobiety piękne, świadomie kochające swoich mężczyzn, ale samodzielne na tyle, żeby same o sobie decydować. Takie, które dawały się prowadzić w tańcu i sadzać na wierzchowca, ale nie pozwalały na kierowanie swoimi myślami i pragnieniami.

Jeśli takie byłyby dzisiejsze feministki, to ja też bym nią była.

Aleksandra Gepert