„Medea” w Teatrze Śląskim, czyli o granicach, których przekraczać nie warto

W ramach jesiennej edycji Europejskiej Witryny Teatralnej 2011 na deskach Teatru Śląskiego gościł Teatr Nanterre-Amandiers z Paryża, wystawiający spektakl „Medea” w reżyserii Jeana Louisa Martinellego.

Na stronie internetowej Teatru Śląskiego i na ulotkach promocyjnych już dawno można było przeczytać kilka słów o sztuce. „Medea” – wg dramatu Eurypidesa – została napisana przez Maxa Roquetta pierwotnie w dialekcie okcytańskim, a następnie przetłumaczona na język francuski. Sztuka jest rodzajem wiejskiego archaizmu z południowej Francji rozgrywającego się na początku zeszłego wieku w Afryce. W spektaklu występują czarnoskóre aktorki z Burkina Faso. Spektakl oprawiony etniczną, rytualną muzyką jest ciekawą próbą przybliżenia antyku przez pryzmat autentycznej afrykanizacji.

(fot: Beata Rakoczy)

Od początku miałam poczucie, że pomysł ociera się o szaleństwo, ale postanowiłam przekonać się o tym osobiście, tym bardziej, że jednak – bądźmy szczerzy – nieczęsto w Teatrze Śląskim oglądać można spektakle wystawiane przez zagraniczne teatry. W sobotni wieczór zasiadłam więc w loży z pewną dozą sceptycyzmu i nieufności, acz bez uprzedzeń.

„Medea” wyrasta z tradycji antycznej, ale mnogość jej późniejszych wersji, częstość, z jaką sięgali po nią twórcy różnych epok, świadczy wymownie o tym, że dotyka kwestii uniwersalnych, ludzkich uczuć i namiętności: miłości, zdrady, zemsty. Tym samym dotykając głębi człowieczeństwa. I choć szalone, to jednak możliwe wydawało mi się pokazanie tego wszystkiego we wspomnianych realiach afrykańskiej wioski.

Niestety, spotkało mnie srogie rozczarowanie. Po kilku początkowych kwestiach sztuki okazało się, że „autentyczna afrykanizacja” nie została dokonana. Tak naprawdę nikt nie podjął się nawet próby adaptacji. Oto w scenerii afrykańskiej wioski czarnoskórzy aktorzy wygłaszali kwestie wprost z „Medei” wyciągnięte. I nie brzmieli przekonująco, co było wyczuwalne nawet pomimo tego, że sztuka wystawiana była w języku francuskim. A przecież „Medea” w swym oryginalnym kształcie stoi mocno na fundamencie antycznej tradycji, mitologii, budują ją pewne określone archetypy.

Apogeum absurdalności zostało osiągnięte, gdy na scenie pojawił się Kreon odziany w garnitur, co stanowiło wyraźną wskazówkę, że rzecz działa się jednak w Afryce współczesnej, a nie tej z początków zeszłego wieku. Dlaczego zatem aktorzy wygłaszali zupełnie nieadekwatne do tej rzeczywistości kwestie, po co rozprawiali o złotym runie, ognistych smokach i boskich przodkach? Coraz mniej rozumiałam z zamysłu reżysera.

Wydarzenia na scenie przeplatane były pieśniami chóru – jednakże był to chór afrykańskich kobiet, wykonujących rytualne pieśni plemienne. Brak konsekwencji sprawił, że kulturowe wymieszanie stało się nieznośne. Jakby ktoś na oślep próbował czerpać z tradycji antycznej i kultury afrykańskiej, gdzieś pomiędzy wplatając jeszcze elementy „wiejskiego archaizmu francuskiego”. Ale te światy okazały się zbyt odległe, nie dały się łatwo powiązać. Wszystko stało się groteskowe i to bynajmniej nie w gombrowiczowskim sensie tego słowa.

Pogasły światła, spektakl dobiegł końca. Teatr rozbrzmiał oklaskami, ale miałam wrażenie, że brzmiały one nieco fałszywie. Nie zgotowano aktorom owacji na stojąco, a jedynie zwyczajowe, trzykrotne oklaskiwanie artystów. I nagle zdarzyło się coś niespodziewanego: gasnący rytm braw został ożywiony przez rytmiczne dźwięki bębnów. Aktorzy na scenie dali się ponieść wewnętrznej melodii i zaczęli tańczyć – najpierw solowo, potem we wspólnym kręgu. I w tym tańcu byli tak dalece autentyczni, jak tylko to możliwe. Oczarowana widownia wpatrywała się w ten rytualny ruch ciał, poprzez który wyrażało się wszystko to, czego szukała: namiętność, siła, człowieczeństwo. Opowiedziane w zgodzie z własną historią, tradycją, kulturą. Niemającą z „Medeą” wiele wspólnego. Gdy umilkły bębny, wybuchnęła z ogromną siłą burza oklasków.

Wyszłam z teatru, mając jednak poczucie, że to nie był zmarnowany wieczór. Nauczyłam się czegoś ważnego na temat kultury, a może ostatecznie przekonałam się, że to, co dotychczas jedynie przeczuwałam, jest prawdą, której można dotknąć. Doświadczyć. Kultura antyczna jest tym źródłem, z którego cała europejska kultura wyrasta. I nie da się jej zwyczajnie zaadaptować do innych warunków, mimo pozornego uniwersalizmu. To my, Europejczycy, nosimy w sobie klucz do jej rozumienia, do jej odczuwania. Bez niej znajdowalibyśmy się w zupełnie innym punkcie.

To szczególnie ważna lekcja w świecie, który od kilkudziesięciu lat nazywamy globalną wioską. Kultura niesie za sobą pewne ograniczenia. I dobrze, że tak się dzieje, bo to zapewnia jej różnorodność. I niech w tej różnorodności tkwi siła. A przynajmniej – niech pamiętają o niej reżyserzy, gdyby przyszło im do głowy  spróbować osadzić dramaty Szekspira w realiach społeczności Eskimosów kanadyjskich.

Ocena Reflektora (1-5):

„Medea”, reż. Jean Louis Martinelli, Teatr Nanterre-Amandiers z Paryża, premiera: wrzesień 2003.

To również może Cię zainteresować:

Czytaj inne teksty autora:

Artykuł skomentowano 2 razy

Komentarze:

  1. ja pisze:

    To, co dla mnie w historii Medei jest najciekawsze to obcość i dzikość tej postaci. Nigdzie i nigdy nie będzie „u siebie”. Właśnie dlatego francuskojęzyczna Medea czarnoskórych aktorów teatru z Marsylii (btw. założonej przez Greków) przemawia do mnie w 100%.

  2. Bernadeta pisze:

    Ale ta obcość i dzikość może być ukazana tylko poprzez kontrast z innymi bohaterami sztuki, z otoczeniem Medei. Obce nie może być wszystko i wszyscy, bo wtedy „bycie nie na miejscu” traci sens. Tak ja to odbieram.

Skomentuj




Aby dodać komentarz przepisz tekst podany na obrazku poniżej.