„No, to powiedz, jak tam w tych Indiach?”
Psy. Wałęsające się wszędzie, wychodzące z każdego możliwego zakamarka, kluczące między ludźmi śpiącymi wprost na ulicy albo na drewnianych deskach, które za dnia przeobrażą się w stragany. Walające się śmieci, których nie poruszy nawet najlżejszy podmuch wiatru. Wszystko zastygnięte w gorącym powietrzu, tak nabrzmiałym, że prawie można go dotknąć. Odór brudu, kurzu, rozkładających się resztek jedzenia i ludzkich wydzielin.
Tak wyglądała ulica w Delhi, nocą, na początku sierpnia. Początek mojej miesięcznej przygody w Indiach, a ja miałam w głowie kompletną pustkę. Tak jak i teraz zresztą, kiedy tylko ktoś powie: „No, to powiedz, jak tam w tych Indiach?”, zupełnie nie wiem, co powiedzieć. Obrazy, które utkwiły mi w pamięci, przelatują przed oczami z prędkością rikszy jadącej po ulicach Varanasi (spieszyliśmy się na pociąg, a kierowca naprawdę wziął to sobie do serca).
Indie – perła korony brytyjskiej, miejsce dzikie, egzotyczne, przyciągające z tak wielką siłą, że nie oparli mu się nawet zimnokrwiści Anglicy. I tak jest do dziś – pomimo morderczego klimatu, brudu i biedy ludzie z całego świata ściągają do ojczyzny Ghandiego i herbaty z mlekiem tak słodkiej, że w smaku przypomina płynny cukier. To państwo kontrastów, gdzie z jednej strony możemy odwiedzić świątynię Hare Kriszny, w której przy ołtarzu stoi czytnik kart magnetycznych na wypadek, gdybyśmy zapomnieli gotówki na ofiarę, a z drugiej świątynię Kali w Kalkucie, gdzie do dziś składa się ofiary ze zwierząt, więc wchodząc, trzeba uważać na krew walającą się po posadzce, tym bardziej, że wstęp do świętych miejsc możliwy jest tylko boso. Ogrom bogów, który nas na początku przytłacza, jest dla Hindusów naturalnym porządkiem rzeczy, czczą ich ze ślepym oddaniem, tańcząc, śpiewając, szepcząc usypiające mantry. Każdy rikszarz ma w swojej taryfie podobizny Sziwy, Kriszny, Ganeshi i innych, przyozdobione łańcuchami na choinkę, lampkami i innym kiczem. Niektórzy nie zapalą nawet papierosa, którego się im proponuje, bo „oni patrzą”.
Właśnie – kicz. Złoto, jaskrawe kolory, brudne stopy Hindusek obwieszone bransoletkami i obowiązkowe pierścionki na palcach, które wyglądają jak z odpustu. Bogato wyszywane sari i blask tych wszystkich ozdób tak dziwnie wygląda na tle slumsów, gdzie dzieci biją się o każdy cukierek, o każdą monetę, którą podarują bogaci biali turyści. Każde z tych dzieci ma od urodzenia wyuczony jeden gest: skulona dłoń pokazująca na usta, potem brzuch i w końcu machanie tą rączką przed naszymi oczami i błagający wzrok. Zależy im najbardziej na pieniądzach, nie chcą wody, jedzenia. Nigdy nie zapomnę dziewczynki, którą spotkałam w Kalkucie przed dworcem kolejowym. Miała jakieś siedem, może osiem lat, może mniej? Najpiękniejszy na świecie uśmiech i błyszczące oczy. Stała na jednej nodze. Nie miała drugiej. Jedyne dziecko w całych Indiach, które o nic nie prosiło. Po prostu się uśmiechała, tak, żebyśmy chociaż na chwilę na nią patrzyli. Reszta dzieci? Rozmyła się.
Kogo jeszcze pamiętam? Kelnera w Hampi, który miał urodziny i w podziękowaniu za nasze „Sto lat” (czy raczej przyklaskiwanie w takt tej piosenki w hindi) wyciągnął wielki słoik Nutelli i o północy podchodził z nim i z łyżką w drugiej ręce do każdego i tą łyżką wyciągał czekoladę, którą nabierało się palcem. Nożnego rikszarza z Kalkuty, chudego i zmizerowanego, ale ze szczerym uśmiechem na twarzy, od którego kupiłam dzwonek służący mu za klakson. Młodą ciężarną kobietę sprzedającą szale w Maduraju, od której bił niesamowity spokój i która zawstydzona pokazywała nam ręcznie malowaną Kamasutrę, właściciela domu w Pondicherry, który wynajął nam pokoje, a potem, lekko wstawiony, bał się wieczorem zejść na dół, gdzie czekał na niego z naganą wiekowy już ojciec.
A miejsca? Nie będę oryginalna, kiedy powiem, że zakochałam się w Tadż Mahal. To najpiękniejszy wytwór człowieka, budowla tak doskonała, że architektowi wydłubano oczy, żeby nie mógł już nigdy zaprojektować czegoś tak pięknego, a robotnikom obcięto kciuki. A zbudowany z miłości. Podobno. Targowisko w Kalkucie, na którym można było dostać wszystko, od podrabianych okularów marki Ray Ban po jeszcze ruszające się kurczaki, pozbawione głów. Cmentarz angielski w tym samym mieście, z grobowcami tak ogromnymi, że wyglądały na spore altany ogrodowe. Wyspa Elefanta, dwie godziny promem od Mombaju, gdzie w jaskiniach znajdują się świątynie Sziwy. Ogromne podobizny boga przerażają, przytłaczają, nawet jeśli jest przedstawiony ze swoją małżonką. Ciasne uliczki Varanasi, typowego miasta indyjskiego, z krowimi plackami leżącymi na środku, zaraz obok sera przeznaczonego na sprzedaż.
Tymi dróżkami Hindusi obnoszą swoich zmarłych owiniętych w chusty, idą orszakiem i wcale nie są cisi, wręcz przeciwnie, krzyczą, biegną. Oni oswoili śmierć, nie boją się jej tak jak my, Europejczycy, uważają ją za naturalne przejście z jednego wcielenia do drugiego, nie chowają jej za szafę, nie udają, że nie istnieje. W tym samym mieście, pachnącym gotowanym mlekiem, Budda dostąpił oświecenia, zrozumiał istotę świata, odrzucając ascezę, osiągnął nirwanę. Wyrzekł się jej dla dobra ludzkości i po dziś dzień odradza się w postaci Dalajlamy. Świątynia Lotosu (odwiedzana częściej i liczniej niż sama Wieża Eiffla) – miejsce, w którym można czytać wszystkie święte księgi, na Biblii począwszy, a na Koranie skończywszy. Pociągi z miejscami do spania, tak zwane „sleepery”, albo takie, w których można tylko siedzieć, a gdzie zagęszczenie ludności na kwadrat o boku pięćdziesięciu centymetrów jest nieprawdopodobnie duże. I tak przez czternaście godzin. Albo więcej.
Po co się tam jedzie? Nie wiem. Ja sama podjęłam decyzję z dnia na dzień, po prostu spytałam, czy mogę jechać jako dziewiąta osoba na wyprawę. Mogłam. Z pewnością nie żałuję, ale nie wiem, czy chciałabym tam wrócić. Ludzie dziwią się, po co cały rok skrupulatnie oszczędzać pieniądze po to, żeby przez miesiąc żyć w brudzie i smrodzie. Natłok programów podróżniczych robi swoje, dużo ludzi poczuwa zew odkrywcy, którego nie chcą zagłuszyć. Indie stają się modne, wakacje nad Bałtykiem już nikogo nie bawią, nie są przygodą. Miliony powodów, ale w żadnym nie rozpoznaję swojego.
Nie pojechałam tam, żeby się chwalić, żeby poczuć, że robię coś niezwykłego. Nie doznałam duchowego oświecenia, nie wróciłam do domu z wytatuowanymi henną stopami i rękami, nie biegałam po Delhi w sari, żeby zamanifestować swoją solidarność z hinduskimi kobietami, nie miałam poczucia misji, która polegałaby na pomocy żebrakom. Ani razu nie dałam jałmużny. Po prostu patrzyłam. Patrzyłam i kompletnie nie rozumiałam, nie próbowałam zrozumieć. Byłam oczarowana, przerażona, zniesmaczona i dalej jestem.
Indie porywają, obracają nas o trzysta sześćdziesiąt stopni i zostawiają wykończonych. Problemami żołądkowymi, gorączką, skwarem na zmianę z ulewnym deszczem w czasie monsunu, natłokiem ludzi, którzy koniecznie chcą robić nam zdjęcia, bo jesteśmy biali, a turystki koniecznie chcą pomacać – z tego samego powodu. Nieskończony hałas wlewa się nam do głowy za pośrednictwem różnego rodzaju klaksonów, gwizdków i innych. Hindusi, jeżdżąc samochodami, odruchowo już kładą rękę na klakson i raczej jej z niego nie ściągają.
Ale… siedzę teraz przed komputerem w moim pokoju, obok mnie stoi kubek, mój kubek, z kawą, którą zrobiłam sobie sama i o której marzyłam przez cały wyjazd. Jestem czysta, mam czystą koszulkę, a moje spodnie nie są już sztywne z brudu. Na biurku leżą niepochowane jeszcze pamiątki – przyprawy, biżuteria, herbata. Moje włosy pachną i są miękkie, bo mogłam je umyć w ciepłej wodzie.
Oddałabym wszystko, żeby siedzieć teraz na rooftopie hotelu w Delhi i móc patrzeć jak to magiczne miasto powoli oddaje się nocy.
——————————————————–
Wszelkie prawa do fotografii zamieszczonych w tym tekście należą do ich autorów.







