O niemieckiej armii, brazylijskim kosmicie i szwedzkim smoku, czyli słów kilka o tegorocznym Festiwalu Tauron Nowa Muzyka

Jak to często bywa w życiu, niejedno wyczekiwane z wypiekami na twarzy wydarzenie musi zostać poprzedzone jakimś niespodziewanym i niepożądanym (chociaż akurat w moim przypadku dającym się przewidzieć) „przypałem”. Nie wiem w ile sztuk biletów zaopatrzyli się pozostali uczestnicy Festiwalu Tauron Nowa Muzyka, ale oprócz karnetu trzydniowego, kupionego po niższej cenie od nieznajomej z lastfm, udało mi się otrzymać, na wstępie przed samym wejściem do Galerii Szyb Wilson, bon o wartości 100zł do wykorzystania na poczcie, którym to hojnie obdarowali mnie i mojego kolegę stróże moralności młodzieży. Krótko mówiąc, ten festiwal zapowiadał się na niemały wydatek już przed jego oficjalnym rozpoczęciem na Nikiszowcu.

(fot: Natalia Kaniak)

Zanosiło się także na to, że będą to najbardziej wyczerpujące tego lata trzy dni dobrej zabawy. Ta impreza, w przeciwieństwie do OFF Festiwalu, z samej swojej definicji, nie zakłada nawet chwili odpoczynku na trawce i kontemplowania z piwem w ręku jakichś post-rockowych smętów. Oj nie. Tutaj panie i panowie za konsoletami (i nie tylko) bezlitośnie, przez cały weekend wystawiają na próbę ludzki układ ruchowo-koordynacyjny, oddzielając jednostki słabe od tych największych twardzieli, tańczących w zapomnieniu do momentu powitania jutrzenki budzącej się nad katowickim niebem.

Ale pomówmy o konkretach. Tak, to słowo pasuje idealnie do opisu tego, co się działo w ciągu ostatnich kilku dni w stolicy Górnego Śląska. Niestety ilość koncertów, które można obdarzyć tym określeniem była w tym roku zdecydowanie za niska. Chociaż z drugiej strony te nieliczne „konkrety” stanowią w mojej festiwalowej pamięci coś nie do zburzenia.

Zacznijmy od pierwszego z nich. Lamb. Kazali na siebie czekać dobre pół godziny, co wynikło chyba z nieudolności organizacyjnej przy ustawianiu sprzętu jednej z polskich stacji telewizyjnych, rejestrującej na żywo występ formacji z Manchesteru. W „Piekarniku Szyb Wilson” był tego dnia taki skwar, że prawdopodobnie szybciej ugotowałbym wtedy jajecznicę, rozbijając jajko na własnej głowie niż na podgrzanej patelni. Jednak, gdy już muzycy pojawili się przed naszymi oczami, tłum piszczał i sikał pod siebie, jakby na scenę wskoczyli co najmniej członkowie Backstreet Boys w okresie swojej największej świetności. „Oh Andy!” chciałoby się wykrzyczeć, widząc nieukrywaną radość i pasję w zachowaniu gościa, który będąc mózgiem formacji, jak weselny wodzirej podkręcał i tak już wystarczająco wysoką temperaturę na hali, wskakując raz po raz na głośniki czy też uderzając w perkusję z taką siłą i energią, że bałem się momentami o wytrzymałość sprzętu.

Zadziałało tutaj chyba coś przypominającego zasadę samospełniającego się proroctwa czy jakieś inne psychologiczne zjawisko, gdyż publika i zespół wzajemnie, poprzez niedający się zmierzyć entuzjazm i nieustające wiwaty, podsycali obustronną ekscytację faktem, iż znaleźliśmy się wszyscy w jednym miejscu, w tym samym czasie, aby dobrze się bawić. Co do samej muzyki to poszło sporo utworów z najnowszej płyty „5”, których wcześniej nie znałem, ale na pewno posłucham w wersji studyjnej (na żywo brzmiały mocarnie), oraz klasyki typu „What Sound”, „Lusty” i „Gabriel” (Haha! Angielskie cwaniaki nie odpaliły największego hitu na sam koniec, ale zaserwowały nam go jako trzeci czy czwarty w kolejce. Sprytnie!).

Anglicy wycisnęli ze mnie siódme poty i drugie tyle emocji. Wróciłem zatem z koncertu uboższy o jakieś 5 kilo i 100zł, ale jednocześnie zachwycony i z wrażeniami, które będę pamiętał jeszcze długo (co z początku nie było takie oczywiste, biorąc pod uwagę mój stan „wskazujący”). Przy okazji chciałbym pozdrowić dwóch miejscowych młodzieńców o spojrzeniach ewidentnie szukających worka butaprenu za poprawienie mi humoru ich bezpośredniością przy pytaniu o rodzaj koncertu, na który czekamy („Bydom kurwa basy, jaaa?”).

Akcja Festiwalu Nowa Muzyka przeniosła się drugiego dnia na postindustrialne tereny byłej Kopalni Węgla Kamiennego „Katowice”. Pozwólcie w tym miejscu na małą dygresję na tematy pozamuzyczne. Muszę przyznać, że ciężko jest wyobrazić sobie, aby można było stworzyć dla opowieści pod tytułem „Tauron” jakiś lepiej dobrany świat przedstawiony od tego zastanego za Spodkiem. Sceneria, czas, późne godzinny, ludzie. Kapitalne zgranie i dopełnianie się wszystkich elementów. Do tego wystawy, gdzie każdy mógł rzucić okiem na stare maszyny, służące kiedyś m.in. przemysłowi wydobywczemu. Musiało to wszystko nieźle wyglądać również z perspektywy przeciętnego obcokrajowca, który niewiele o naszym kraju wiedział, a jeszcze mniej o festiwalu i samych Katowicach, ale bez wątpienia mógł się pozytywnie zaskoczyć nie tylko muzyką. Nie wiem co proponują ekwiwalenty zagraniczne naszego FNM, ale z pewnością nie można temu festiwalowi odmówić oryginalności i pewnej innowacyjności w kwestii organizacji miejsca i czasu między występami artystów dla jego uczestników. I tylko wąskie dróżki wiodące od jednej do drugiej sceny mogłyby być trochę mniej wąskie. Ah, no i kubków po napojach przecież nie będę trzymał w kieszeniach, co nie panowie?

No może trochę za dużo tych pochwał z mojej strony, zwłaszcza że już przy pierwszych koncertach organizatorzy dali, delikatnie mówiąc, ciała, gdy okazało się, że zły stan zdrowia jednego z członków zespołu When Saints Go Machine, mającego otwierać piątkowego wieczoru występy na Little Big Stage nie pozwolił na rozpoczęcie koncertu o planowanej godzinie. Uściślając, nie dopilnowano, aby wieść o zmianie „rozkładu jazdy” rozeszła się gdzieś dalej niż telebimy zamontowane pod namiotem tejże sceny i sąsiednie płoty oblepione skromnymi kartkami z rozpisanym mazakiem nowym timetable. Zresztą ten sam problem dotyczy rozmieszczenia w przestrzeni Katowic informacji o tym, jak dotrzeć na teren festiwalu. Drogę do najbliższego kebabu znałem za to doskonale, a wizyta w jednej z tureckich budek w centrum miasta była koniecznością.

Wróciłem najedzony akurat na koncert Bonaparte. Z perspektywy „za barierkowej” dostrzegłem na scenie chodzące telewizory i zwierzęta, zastanawiając się jednocześnie, czy uczestniczę w jakimś objazdowym cyrku, czy może pani od kebaba dorzuciła coś ekstra do mojego posiłku, co wywołało u mnie ostre halucynacje. Dopiero z gazet następnego dnia dowiedziałem się, co dokładnie działo się na scenie (sztuczna krew, nagie kobiety i inne „pierdoły”). W przeciwieństwie do kawałka baraniny owiniętego w ciasto, takie spektakle w trakcie grania na scenie żywej muzyki wywołują we mnie niesmak. Na dodatek twórczość Niemców, będącą mieszanką jakiejś harcerskiej odmiany punku i marnej wersji kabaretu spod znaku Franka Zappy, sama w sobie nie potrafiła się obronić. Jak słusznie zauważył kolega, jedna z piosenek brzmiała nawet jak tania podróbka Rage Against The Machine. Raczej żałosny występ.

Później przelotem i głównie z potrzeby odpoczynku na piasku zajrzałem na hiphopowy koncert Dels. Występ z gatunku „Yo nygga, nie wiem o czym nawijasz do mikrofonu, ale twój perkusista całkiem nieźle wybija rytm”, nie został zarejestrowany w żaden szczególny sposób na moim lekko podchmielonym twardym dysku, więc uciekłem na chwilę pod namiot Little Big Stage, gdzie po małej roszadzie w planie grali When Saints Go Machine. Ciekawa nazwa. Muzyka już jednak mniej. Jedyną rozsądną opcją było zatem zmyć się na scenę główną i dobrze ustawić przed Modeselektorem. Za sprawą tego niemieckiego DJ’skiego duetu od godziny 22 przez następne prawie 90 minut miała miejsce najlepsza „wiksa” tego festiwalu, rozpoczęta od chamskiej i prymitywnej techno-łupanki, zbudowanej na niemalże identycznych bitach. Nie pozostawiała ona wyboru uczestnikom koncertu, co do reakcji ich stóp na lecącą z głośników muzykę. Później nasi zachodni sąsiedzi urozmaicili set, wplatając bardziej pokombinowane, ale równie zabójcze uderzenia, kończąc występ naprawdę mocnym akcentem. Parafrazując najbardziej znanego seksuologa wśród polskich polityków (nomen omen o niemiecko brzmiącym nazwisku): „Dobrego DJ’a poznasz po tym, jak zaczyna i jak kończy”.

Następnie znowu krótki wypad na drugą namiotową scenę i elektroniczno-rockowy występ SeeFeel. I znowu nuda. Sam już nie wiem, czy dopadł mnie tego dnia jakiś dźwiękowy autyzm, czy dobór artystów na Little Big Stage był tak nieprzemyślany, że już chyba do końca dnia (no może z wyjątkiem pozwalającego na miłe tupnięcie nóżką Machinedrum) nie miałem dobrych skojarzeń z tym miejscem. Ale to nic, bo wszyscy dobrze wiedzieliśmy na kogo czeka cała festiwalowa publika, co nie?

Wyobraźcie sobie sytuację, że istota z innej galaktyki, zażenowana poziomem koncertów na planecie Ziemia, przybywa do nas z misją ubraną w butne słowa: „Ja wam pokaże, co to ku…wa znaczy show!” Może nawet byłbym w stanie uwierzyć w taką historyjkę, że jakiś obcy wylądował w piątek 26 sierpnia 2011 o godz. 0:30 na głównej scenie Festiwalu Tauron Nowa Muzyka, przybierając ludzki wygląd, a konkretnie postać średniego wzrostu Brazylijczyka w czapeczce z daszkiem. Tak, to on. Amon Tobin. Profesor i inżynier dźwięku (jak wdzięcznie wyraził się o nim mój znajomy) zabrał nas wszystkich tego wieczoru do swojego laboratorium, pokazując nam swój najnowszy eksperyment audiowizualny pod nazwą „ISAM” Live (ostatni album artysty). Chyba nikt nie był gotowy na coś tak potężnego, totalnego i innowacyjnego. Byliśmy jego królikami doświadczalnymi, które chyba nie do końca zdawały sobie sprawę z tego, co się z nimi w tamtym momencie działo. Osłupienie. Niedowierzanie na twarzach ludzi. Huk opadających na ziemię szczęk. Zainstalowana na scenie geometryczna konstrukcja, złożona z wielu sześcianów, na której łamały się rzucane z projektora trójwymiarowe wizualizacje, a do tego kosmiczne dźwięki dały razem piorunujący efekt, który miażdżył zmysły.

Tym futurystycznym pokazem pan Tobin podniósł poprzeczkę innym artystom tak wysoko, że takie chociażby megalomańskie, stadionowe poczynania pewnych Irlandczyków z ogromną sceną w kształcie pająka wyglądają przy fantazji tego geniusza elektroniki jak jakiś kiepski żart, niewart powtarzania dalej znajomym. Ten człowiek swoją wizją skłonił pewnie niejedną osobę do zastanowienia się nad redefinicją pojęcia „koncert muzyczny”, które brzmi w tym kontekście jak kompletny anachronizm. Taki spektakl pozostawił w mojej głowie pytania dotyczące kierunku, w którym należałoby podążać, by dostarczyć czegoś ekscytującego fanom muzyki, co jednocześnie cieszyłoby ich wzrok. Z drugiej jednak strony, zacząłem się zastanawiać, czy jest to w ogóle potrzebne. Czy nie nastąpiło na tegorocznym festiwalu pewne przesycenie albo raczej zrównanie pozycji efektów scenicznych (w tym wypadku wizualnych) z wartością czysto muzyczną? Czy jest to coś wnoszącego pozytywną wartość do tej dziedziny sztuki, czy też od teraz będziemy mieli do czynienia z dzikim wyścigiem za poszerzaniem przez artystów granic ludzkich zdolności kognitywnych, które będą w przyszłości polegać na nieodłącznym kojarzeniu muzyki z obrazami na niekorzyść tej pierwszej? Nie wiem co nas czeka, ale czuję pewną obawę i zarazem podniecenie na samą myśl o przyszłości sztuki koncertowej.

Sobota przywitała mnie setem Boxcuttera, którego słyszałem w wersji live trzy lata temu w Krakowie i spodziewałem się co najmniej dobrego zestawu utworów. Nie zawiodłem się. Człowiek ten jest dla mnie postacią wartą wyróżnienia, gdyż jego dubstepowe produkcje (a raczej nie należę do grona wiernych wyznawców tego rodzaju muzyki) stanowią jedynie punkt wyjścia do zagłębiania się w inne, pokrewne z elektroniką gatunki, co wychodzi temu Irlandczykowi imponująco. Ponadto żywy bass na koncercie zawsze mile widziany. Wkręciłem się w jego muzykę aż do takiego stopnia, że jedynie uciekające za pięć dwudziesta spod namiotu Mary Anne Hobbs Stage niewiasty uświadomiły mi, iż zaraz na głównej zaczyna Little Dragon.

Z moich socjologicznych obserwacji wynika, że zespół ten można by spokojnie wrzucić do kategorii „kapele dla dziewczyn”, gdyż dominacja pań w tłumie pod sceną nie pozostawiała żadnych wątpliwości co do struktury demograficznej elektoratu tej szwedzkiej kapeli. Niestety, znając ich skromną, trzypłytową dyskografię muszę stwierdzić, iż gdyby tak odrzeć ich muzykę z uroczego wokalu Yukimi Nagano, nastąpiła by prawdopodobnie masowa dezercja i zbiorowe samobójstwo fanów. Przeważające podczas koncertu utwory z dwóch ostatnich albumów, czyli z „Machine Dreams”, będącym jeszcze w miarę obiecującym początkiem romansu Szwedów z synthpopem, i najnowszego, bezbarwnego „Ritual Union”, na żywo nie odznaczają się niczym szczególnym. Proste (żeby nie powiedzieć „prostackie”) jak konstrukcja cepa uderzenia w bębny i ubogie w chwytliwe melodie klawiszowe partie (np. w „My Step” i „Ritual Union”) może i porwały niemałą część publiki pod sceną i tych stojących ciut dalej, ale mnie to nie łechce. Paradoksalnym i śmiesznym dla mnie zjawiskiem była druga część koncertu, gdy wokalistka japońskiego pochodzenia zabierała z rzadka głos, a do zabawy zapraszała jedynie perkusja i mizerne uderzenia w keyboard. Rozumiem, że szanujące się kapele orientują swoją ścieżkę kariery na ciągłe poszukiwania i zabawy gatunkowe, ale zbyt intymny flirt z elektroniką Małemu Smokowi raczej nie wychodzi na dobre, co można dobitnie usłyszeć na ich ostatniej płycie. Osobiście preferuję minimalistyczno-jazzową, debiutancką „Little Dragon”, z której zagrali, jak na złość, na sam koniec hitowe „Twice”, słyszane przeze mnie z oddali, gdy już byłem w połowie drogi na inną scenę. A tak na marginesie, ile można jechać wyłącznie na talencie jednego członka zespołu?

Lecąc na scenę Mary Anne Hobbs, słyszałem po drodze, jak z Tour Busa Red Bull dobiegają rozbujane nuty autorstwa Lunice. Nie zatrzymałem się jednak na wystarczająco długo, aby dać szansę choćby dwóm utworom, ale reakcje ludzi tańczących na piasku świadczyły o naprawdę przedniej imprezie. Trudno, Instra:mental czekał już na mnie w mniejszym namiocie. I tutaj nastąpiła niespodziewana, intensywna retrospekcja czasów podstawówkowych, kiedy to puszczałem sobie na walkmanie niejakiego Music Instructora (pamiętacie „Supersonic”?), który kilkanaście lat temu pokazał mi, co to znaczy elektronika.

Największym jednak pozytywnym zaskoczeniem drugiego plenerowego dnia był występ Niemców z Bodi Bill, którzy mimo braku killerskich piosenek, rzucających słuchacza na kolana, zarazili słonecznym wręcz humorem oraz interesującą kombinacją gitarowego brzdękania i lepionych na laptopie bitów nawet takiego dziada jak ja. Było sporo klaskania i podskakiwania. Nie obyło się też bez odrobiny pajacowania z udziałem różnych rekwizytów takich jak ogromna kość czy kostiumy w kształcie kamienia tudzież kurczaka bez głowy, ale wszystko to działo się w granicach zdrowego rozsądku.

Pierwszy spokojniejszy akcent sobotniej części festiwalu, czyli drone’owy Darkstar zaczął ok. 23. Wokalista przywitał publikę trzymając w ręce szklaneczkę Whisky i przechylając złoty trunek do gardła, wznosił po polsku toast tradycyjnym „Na zdrowie!”. Był to ostatecznie jedyny koncertowy element, który wtedy zapamiętałem. Nigdy nie pociągały mnie specjalnie takie transowe, monotonne pejzaże dźwiękowe, chociaż na tamten moment chwila wyciszenia z ich muzyką była jak do rany przyłóż.

Prawdziwego króla wieczoru (co chyba nikogo nie powinno zdziwić) poznaliśmy o północy na scenie głównej, gdzie po raz kolejny słychać było łamaną przez Niemców angielszczyznę, która stanowiła highlight tauronowej konferansjerki jeśli chodzi o artystów zza Odry. Sascha Ring, czyli Apparat, wraz z kolegami z koncertowego składu, krótko mówiąc, porządzili. W końcu można było nacieszyć się słuchaniem z zamkniętymi oczami niezwykle emocjonalnego występu, w którym z jednej strony panował przy spokojniejszych, instrumentalnych utworach eteryczny klimat rodem z płyt Sigur Ros, a z drugiej, przy mocniejszych nutach, stopy same składały się do chwilowego odlotu z ziemi. Nie będzie kłamstwem wyznanie, że były momenty, jak np. przy „Arcadia” czy „Rusty Nails”, że dosyć mocno doznawałem. Nie ma co, w pełni satysfakcjonujące zwieńczenie tych dwóch dni na katowickich postindustrialnych przestrzeniach. Pogoda była niestety niemiłosierna dla mnie, osoby bynajmniej niegruboskórnej, więc po urwaniu dla siebie kawałka setu Mary Anne Hobbs, ok. 2 w nocy popędziłem w strugach deszczu na tramwaj. Natomiast niedzielny ministrant Jamie Woon, to już nie moja parafia.

A zatem, moi drodzy – tegoroczny sezon plenerowo-festiwalowy uważam za zakończony. Teraz tylko oczekiwać jak koncertowo rozbudzą się śląskie kluby. A my już się postaramy, aby też się w nich pojawić i opisać to, co się tam wydarzy. Au revoir!