„Gdy emocje już opadną…” – czyli OFFowe podsumowanie

Stare festiwalowe porzekadło mówi: „Nieważne, ilu artystów chciałbyś zobaczyć w ciągu tych kilku dni. Nie łudź się. I tak nie uda ci się tego dokonać”. Nie będąc w temacie festiwalowej zabawy żółtodziobem, w pełni zdawałem sobie sprawę z prawdy zawartej w tych słowach. Abstrahując już od fizycznej niemożności podzielenia czasu, uwagi, uszu, nóg i czegokolwiek jeszcze potrzebnego do bycia na co najmniej dwóch koncertach jednocześnie, zawsze przydarzy się coś (lub ktoś), co odciągnie głodnego słuchacza od zrealizowania planu koncertowej wędrówki, pieczołowicie zakreślonego mazakiem w festiwalowej rozpisce. Czy to znajomi usilnie nawołujący do wspólnego biesiadowania w strefie piwnej, czy też nieoczekiwana zmiana w programie koncertowym, która popołudniowy występ ulubionego zespołu przesuwa niefortunnie na sam koniec dnia, czy w końcu potworny ból głowy wynikający z przeładowania aparatu słuchowego kilkugodzinną, potężną falą decybeli, zmuszający do ponownego wycofania się (a jakżeby inaczej!) do strefy gastronomicznej – i tak z góry wiadomo, że znajdujemy się na przegranej pozycji. Ale zaraz! Chwileczkę! Jak to przegranej?

Przecież pomiędzy tymi wszystkimi przeszkodami mamy na wyciągnięcie uszu cztery dni wybornej muzyki spod znaku alternatywy! I taki właśnie był z pewnością dla wielu uczestników, zarówno pełen wspaniałych momentów jak i drobniejszych lub większych rozczarowań, zakończony o świcie w poniedziałek 8 sierpnia szósty OFF Festival, goszczący po raz drugi na katowickim Muchowcu. Ok, sprawdźmy zatem. Buty wyczyszczone z błota? Tak. Powroty o 5 nad ranem odespane? Jak najbardziej. Zatem po przydługim wstępie  najwyższy czas dokonać osobistego (obszernego) podsumowania tego muzycznego święta, jakim był tegoroczny OFF.

Piątek

Dotarłszy pierwszego plenerowego dnia (nie wliczam czwartkowego, klubowego koncertu Current 93) na teren lotniska katowickiego aeroklubu chwilę po godzinie 16, napotkałem już przy głównym wejściu na teren festiwalu stojącą z uśmiechem na ustach, pierwszą ze wspomnianych „przeszkód”, którą jednakże entuzjastycznie przyjąłem z otwartymi ramionami i suchym gardłem. Mój inauguracyjny koncert dane mi było zatem usłyszeć dopiero ponad dwie godziny później. Cztery dziewczyny z Los Angeles, czyli zespół Warpaint, pojawiły się ok. 18.45 na scenie Leśnej, aby zagrać utwory ze swojej kapitalnej, debiutanckiej płyty „The Fool”. Chłodny klimat dobiegający z dwóch gitar i przede wszystkim basu może niektórym mniej obeznanym kojarzyć się z twórczością Joy Division, ale jest coś, co wyróżnia tę kapelę z grona innych żeńskich bandów. Zapadające głęboko w pamięć harmonie wokalne dwóch gitarzystek, nasycone nierzadko masą skrajnych emocji (np. kawałek „Undertow”), sprawiają, że słuchacz ciągnięty jest z utworu na utwór w nieustannym napięciu przez kolejne zakamarki kobiecego umysłu. Pomijając już fakt, że przez pół koncertu skupiałem się mimowolnie na ruchach bioder jednej z „frontwoman”, przemieściłem się po ok. godzinie na scenę mBanku w poczuciu zadowolenia z udanego początku festiwalu.

Na głównej scenie grać zaczynali Junior Boys. Pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to pytanie: kto im kazał występować o tej godzinie? Za wczesna pora jak na festiwalowe warunki i tego formatu artystów, która moim zdaniem nie sprzyjała prezentowanym przez Kanadyjczyków chwytliwym, synthpopowym melodiom, tworzonym na bazie mechanicznych bitów i loopów perkusyjnych, sprawiła, że znowu na nic się przydały moje nadprzyrodzone zdolności rozpływania się w tłumie. Wypatrzony przez koleżankę i pochłonięty opowieścią o jej zbliżającym się wylocie do San Francisco, zapamiętałem z tego koncertu jedynie mój ulubiony utwór „In the Morning”, chociaż kątem oka dostrzegłem też, że publika raczej nie ziewała, więc ogólny odbiór był pozytywny. Na przyszłość błagam jednak organizatorów o większą wyobraźnię w kwestii rozplanowania występów.

Aha, a na Leśnej podobno w tym czasie długowłosi Szwedzi zjadali koty, czego niestety (albo może na szczęście) nie dane mi było doświadczyć.

À propos ciężkiego grania… Zapewne niejeden fan tego typu muzyki po przesłuchaniu płyt Rammstein ma dziś troszkę mniejsze zapędy na dokonanie na narodzie niemieckim zemsty za Grunwald. Przyznać muszę, że w podobnych, trudno wytłumaczalnych okolicznościach zniknęły, gdzieś między godz. 21 a 22, dnia 5 sierpnia Roku Pańskiego 2011, moje uprzedzenia do Francuzów po doświadczeniu performance’u duetu Gangpol & Mit na scenie Eksperymentalnej. Nie wiem, jakie rzeczy muszą oni sadzić w babcinym ogródku, żeby tworzyć takie psychodeliczne, komiksowe wizualizacje, ale swoją szaloną, generowaną z komputera i innych elektronicznych zabawek muzyką oraz obrazami, o których będę w przyszłości musiał opowiadać, leżąc na kozetce u psychiatry, kupili festiwalową publikę.

Kolejny koncert: Matthew Dear Live Band. Godz. 22. Trójkowa Scena Prezydencji. Hmmm… I to by było w sumie tyle. Niespełna godzina otępiania umysłowego za pomocą stężonych dźwięków perkusji, syntezatora i gitary (ktoś mnie poprawi, bo nie pamiętam?), zlewających się w jedną, nierozróżnialną, ciepłą (w trakcie występu dominowało soczyste, czerwone oświetlenie) i nieprzyswajalną magmę, wystarczyło, aby zrobić sobie wcześniejszą symboliczną przerwę na piwo i wizytę w biało-niebieskiej kabinie w celu wiadomym. Czy to wina słabości muzyki, czy też złego nagłośnienia – szkoda czasu na osądzanie. Zweryfikuję ponownie w domu, na słuchawkach. Aha, czy wspomniałem o tym, że gość nieźle się ubiera?

Po przerwie szybki rzut oka na książeczkę festiwalową i oto pojawia się pierwszy dylemat. The John Spencer Blues Explosion, zachwalany przez pana Artura Rojka i całe grono znawców jako OFF-owy pewniak, czy może niejaki Omar (w ojczystej Syrii to ponoć jednak „ktoś”) znany jako gość, który grywał kiedyś na weselach. Hmmm…A co mi tam! Już jedno wesele z powodu mojej obecności na festiwalu opuściłem, więc trzeba nadrobić zaległości przy swojskim, arabskim pitu-pitu. Haha! Moje niedoczekanie! Przecież to nie żadna egzotyczna, wschodnia muzyka tylko (so)czyste disco (z elementami orientalnymi, ale trzon jednak zachodni)! Stojący na scenie człowiek w arafatce i ciemnych okularach, z niezwykle „bogatymi” scenicznymi ruchami (mikrofon pod pachę i klaszczemy!) niczym hipnotyzer zawładnął widownią w namiocie, a zabawa była tak huczna, że aż dało się odczuć ruchy desek, którymi wyłożono ziemię wewnątrz tej „dyskoteki”. Po tym koncercie każdy, kto wie, co zapewniają imprezy w Manieczkach, powinien zrewidować swoje poglądy na dobrą zabawę. Omar!

Po czymś takim należy się krótki odpoczynek. Przycupnęliśmy zatem ze znajomym na leżakach w strefie gastronomicznej, naprzeciwko sceny mBanku i zalewaliśmy żołądki wątpliwej jakości piwem. Na naszych oczach prezentował się szkocki Mogwai, do którego koncertu byłem nastawiony niczym piłkarz po przegranym pierwszym derbowym meczu w sezonie z rywalem zza miedzy. Liczyłem na solidny rewanż po niemrawym występie na OFF-ie w 2008 roku, ale niestety, kiepska forma tej kapeli i niemoc twórcza trwająca z małymi wyjątkami już chyba dekadę, stanowią dla mnie nie mniejszą tajemnicę niż to, czy Nessie naprawdę istnieje. Od zaśnięcia uratowało mnie chyba tylko odegranie przez Szkotów trzech sztandarowych utworów kapeli: „Hunted by a Freak”, „I Know You Are But What Am I?” oraz monumentalnego „Mogwai fear Satan”.

Zmęczenie było coraz mocniej odczuwalne, przez co zdecydowałem się na kolejną powtórkę z (Teatru) rozrywki, czyli Low. Ich chorzowski koncert z 2008 roku w ramach festiwalu Ars Cameralis wspominam jako niezwykle urokliwe, duchowe przeżycie. Nie inaczej będzie po tegorocznym OFF-ie, na którym zagrali takie klasyczne piosenki, jak „Sunflower” czy „Murderer”. Muszę jednak przyznać, iż taka intymna i spokojna muzyka sprawdza się bardziej w skromnych, zamkniętych przestrzeniach, co Amerykanie udowodnili trzy lata temu na wspomnianym festiwalu, którego organizatorzy pojęcie „kameralny” traktują z najwyższą powagą.

Po tym kojącym uszy doznaniu uznałem piątkową odsłonę festiwalu za zakończoną. Tylko jeszcze ta nieszczęsna pora zmusiła mnie do ponad godzinnej drzemki na leżakach. Komunikacja miejska na trasie Katowice – Chorzów też lubi pospać między godziną 2 a 4 w nocy.

Sobotaahhh!

Czekałem na ten dzień z niecierpliwością. Obejrzenie na żywo tylu interesujących artystów, którzy znajdowali się w sobotnim programie, począwszy od ok. godz. 18 praktycznie do samego końca bez przerwy, stanowi nie lada wyzwanie i wywołuje jednocześnie natłok podniecających myśli: czy to właśnie dziś będzie miał miejsce koncert festiwalu? Co ciekawe, odpowiedź na to pytanie uzyskałem już jakieś dwie godziny później, ale o tym za momencik.

Zacznijmy od jednego z głównych dań sobotniej muzycznej uczty, czyli koncertu nowojorskiej kapeli Blonde Redhead. I tutaj należy się kolejny minus dla organizatorów za przeznaczenie tak wczesnej pory na ich występ. Rozmyte gitarowe dźwięki, w których pobrzmiewają inspiracje starszymi kolegami z Sonic Youth i kapelami z nurtu shoegaze jak np. Slowdive, wprawiające słuchacza w stan błogiej melancholii i rozmarzenia, nadawałyby się wprost idealnie do delektowania się nimi pod zgaszonym, gwieździstym niebem (chmury zbierające się nad Katowicami i przelotny deszcz niestety wykluczały tę drugą możliwość). Na szczęście muzycy tej amerykańsko-japońskiej kapeli od lat wiedzą, co zrobić, aby publiczność wsłuchiwała się w skupieniu w eteryczny klimat takich cudeniek, jak „23” z mojego ulubionego albumu Blonde Redhead z tym samym, Jordanowskim numerem w tytule. Czysta przyjemność.

Jak pisałem na początku, nie można mieć wszystkiego. Gorzej, jeśli wynika to z własnego nieogarnięcia, o którym zostałem uświadomiony, opuszczając teren festiwalu ok. 4 w nocy, gdy spojrzałem w górę na baner reklamowy przy wyjściu, na którym widniała skromna kartka z napisem „Koncert Polvo odbędzie się o 2.40 na scenie Eksperymentalnej”. Ehhh…

Niedoinformowany, wypełniłem tę godzinną lukę, zaistniałą po przesunięciu występu Polvo, siedząc w namiocie piwnym (swoją drogą cała sytuacja dała ludziom okazję do wymyślania dowcipów na temat przyczyn tej decyzji organizatorów; słychać było żarty typu: „Dlaczego nie gra Polvo? Bo po drodze zepsuło im się Volvo”).

„Co to jest ten YACHT?” – zapytał znajomy. – „Słyszałem ich jedną płytę. Całkiem fajne do potańczenia.” – odparłem. Godzinę później wiedziałem, że moje słowa brzmiały jak obraza dla tego, co ten niesamowity amerykański duet (a na koncertach nawet kwartet) potrafił zrobić z moją głową, nogami i twarzą, z której uśmiech nie schodził mi już do końca dnia. Dżizas! Wybaczcie mi reakcję, ale nie pamiętam, żebym kiedykolwiek wcześniej czuł się w czasie koncertu jak małe rozwydrzone dziecko, któremu wszystko wolno. Ich psychodeliczna, rozbujana elektronika jak jakiś wirus zainfekowała odnóża osób zgromadzonych w namiocie Trójki. To, co działo się pod samą sceną przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Tańcom, skakaniu i oklaskom nie było końca! Publiczność po prostu jadła zjawiskowej wokalistce Claire L. Evans z ręki. Najlepszym dowodem na to, że nasza festiwalowa publika zakochała się w tym zespole od pierwszego wejrzenia, były niekończące się próby wywoływania jego członków na bis (przyszli się jedynie pożegnać, tłumacząc, że już nie mają czasu), a tłum rozpalonych festiwalowiczów, wychodząc z namiotu, skandował przez dobrych kilka minut „Aj aj aj aj! Łuuuu!!!”, czyli refren „Psychic City” – ostatniego utworu z katowickiej setlisty. Od tego wydarzenia słowo „YACHT” będzie się kojarzyć wielu osobom raczej z muzyczną niż morską przygodą. I to jaką przygodą! Dla mnie bez wątpienia najlepszy koncert festiwalu!

Właściwie w tym momencie OFF Festival mógłby się dla autora tego tekstu skończyć. Jednakże wypada dać chociaż cień szansy innym. Trochę inną formą elektroniki uraczył tłum pod sceną Leśną Neon Indian. Kolejny, po Toro y Moi, zaproszony na OFF Festival przedstawiciel modnego nurtu chill wave wypadł lepiej niż przyzwoicie, serwując dyskotekowe utwory m.in. z debiutanckiej „Psychic Chasms”, starając się w ten sposób podtrzymać wciąż jeszcze gorącą atmosferę po koncercie YACHT.

Później u niżej podpisanego nastąpiło coś, co można nazwać „Wielkim Niezdecydowaniem”, które ostatecznie zakończyło się próbą urwania dla siebie skrawka wszystkiego po trochu, co pod względem muzycznym oferowała sobota. W konsekwencji udało się w całości nacieszyć wyłącznie piwem. Niewiele zatem mogę napisać na temat strzępków występów Gang of Four, Destroyera, Xiu Xiu czy Gable. Mam nadzieję, że innym poszło lepiej i dobrze się bawili na wyżej wymienionych koncertach.

Kolejna trudna sytuacja pojawiła się o północy. W myśl zasady: „wysłuchać nowych artystów”, byłem bliski udania się na występ mocno hype’owanego na muzycznych blogach internetowych Toma Krella, tworzącego pod całkiem adekwatną, jakby nie było, do miejsca koncertu nazwą How To Dress Well. Na moje szczęście zostałem nawrócony przez kościelne, gospelowe zaśpiewy, które docierały do moich uszu ze sceny mBanku. Primal Scream odgrywał tam owego wieczoru swoją przełomową płytę „Screamadelica”. Panowie z Glasgow dali fantastyczny pokaz czystej, niczym nieskrępowanej radości z grania, promieniującej przez ponad godzinę z głośników, telebimów, a także… twarzy świadków tego show. W czasie ich występu każdy mógł znaleźć coś dla siebie – gospel, rock ‚n’ roll, house. Można by wyliczać bez końca powody, dla których warto było się pojawić pod sceną mBanku po północy w sobotę i tańczyć do upadłego przy dźwiękach „Come Together” czy „Movin’ On Up”. Krótko mówiąc: historyczne wydarzenie i jeden z najlepszych spektakli w historii OFF Festivalu.

Prawdziwą wisienką na torcie był set ironicznego brodacza z Baltimore w USA, Dana Deacona. Potrzeba było dwóch podejść, aby udało mu się w końcu dotrzeć na Śląsk (2 lata temu miał wystąpić na Festiwalu Tauron Nowa Muzyka, jednak koncert w ostatniej chwili odwołano). Kto widział w internecie filmy z jego występów, ten wiedział, co czeka tłum, do którego Dan schodzi ze sceny wraz ze swoimi „zabawkami”. Dzika zabawa przy szybkich, elektronicznych bitach trwała od ok. 1.20 przez trzy kwadranse, w czasie których odbyła się m.in. bitwa taneczna z udziałem publiczności. A wszystko to zostało zwieńczone skurczami mojej lewej stopy.

Po krótkiej wizycie w trójkowym namiocie na secie Kode9, który nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia (jaki dubstep? Gdzie te niskie basy zdmuchujące ludzi z parkietu?), byłem już w drodze na autobus powrotny do domu.

Niedziela

Ostatniego dnia w końcu można się było przekonać, że kalosze nie stanowią jedynie elementu mody i służą do czegoś więcej niż tylko skupiania przez ich właścicieli na sobie uwagi innych uczestników. Z początku pogoda była tak tragiczna, że co bardziej pomysłowi pewnie poruszaliby się po terenie festiwalowym na pontonach. Jednak ok. godz. 18 natężenie deszczu zmalało, co pozwoliło na dalsze koncertowanie.

Ledwo stojąc na nogach po kiepskiej nocy, zmusiłem niejako mój organizm do wysłuchania połowy koncertu Liturgy. Hmmm… już chyba wypad z rodziną na mszę do kościoła byłby dla mnie mądrzejszą decyzją w tamtym momencie. No, ale ludziom wokół się podobało. Moja głowa po prostu nie była jeszcze gotowa na ostre cięcia gitar elektrycznych. Podobnie rzecz ma się z Liars, którzy tego wieczoru dopuścili się wobec mojej osoby muzycznego kłamstwa (o ironio…),  jeśli brać pod uwagę wszystkie zachwyty, opadające szczęki i mokre majtki recenzentów z alternatywnych serwisów muzycznych, ze znanym Pitchforkiem na czele.

Później przyszła pora na Oneidęszerzej nieznany band, ale osławiony w alternatywnym świecie dwunastogodzinnym koncertem. Nie wiem, ilu świadków tamtego wydarzenia wytrwało do końca, ale około godzinna kanonada na dwie perkusje (i niestety ledwo słyszalną gitarę) wystarczyła do wprawienia mnie w dobry nastrój. Było coś pierwotnego, plemiennego w uderzeniach bębniarzy, co wprowadzało w stan bliżej nieokreślonego transu. Występ jak najbardziej na plus.

Błagam, niech ktoś wymyśli maszynę do defragmentacji! Godz. 22, a ja znowu podzielony przez pragnienie ujrzenia na scenie mBanku zespołu dEUS, którego płyty za czasów licealnych nieraz lądowały w moim CD-playerze, i potrzebę zweryfikowania jednej z gwiazd zeszłego sezonu, czyli Twin Shadow. Na początek wybrałem drugą opcję. Po ok. 20 minutach stwierdziłem, że jednak nie warto. Nie doczekałem nawet do największego hitu, czyli „Castles In The Snow” (zagrał to w ogóle?). Natomiast belgijscy rockmani postarali się bardziej o przykucie mojej uwagi. Szkoda tylko, że przez moje spóźnienie nie usłyszałem więcej takich utworów, jak porywające „Suds & Soda” na koniec występu z ich najlepszego albumu – „Worst Case Scenario”.

Ten koncert musiał się udać. Ariel Pink i jego zespół mogą jedynie żałować, że deszcz wystraszył sporą grupę ludzi przybyłych o godz. 23 pod scenę Leśną. Nie bacząc na aurę, blondwłosy Król Freaków i jego Haunted Graffiti dali chyba najlepszy na festiwalu, pod względem stricte muzycznym (klarowność brzmienia instrumentów wyraźnie odbiegała od reszty występów), pokaz żonglerki stylistycznej, w której dominują ciepłe, funkowe pierdzenie (tak, pierdzenie) i pulsowanie basu (genialny Kitajec!) oraz popowe syntezatory rodem sprzed ponad trzech dekad. Sposób chodzenia Ariela, jego dziwne krzyki i szamańskie wygibasy przywodziły mi na myśl Jima Morrisona. Poleciały zatem największe rarytasy z wychwalanej pod niebiosa „Before Today”, takie jak „Round and Round”, „Bright Lit Blue Skies” i  „Beverly Kills”, a najwierniejsi fani stali i krzyczeli pod sceną jeszcze długo po zakończeniu show… no i doczekali się wyjścia członków zespołu, którzy postanowili zrobić sobie kilka zabawnych fotek z rozradowanymi festiwalowiczami w tle.

Czy ktoś z was był na niedzielnych koncertach Sebadoh? Tak,  nie pomyliłem się. Grająca na scenie Leśnej i uwielbiana przeze mnie legenda sceny lo-fi zapewniła mi porządne rozdwojenie jaźni, prezentując dwie odsłony swojej twórczości: zdecydowanie punkową (z wokalami i gitarowym wymiataniem Jasona Loewensteina) i melodyjną, osadzoną w klasycznym amerykańskim rocku (tutaj na mikrofon i z basu na gitarę przesiadał się Lou Barlow). Będąc jednak fanem tego drugiego oblicza kapeli, byłem lekko niepocieszony dominacją bardziej czadowych utworów. No, ale mając tak bogatą w świetne kawałki dyskografię, mogli wrzucić w setlistę, co tylko im się podoba, wiedząc, że i tak ludzie pod sceną, nawet mimo późnej godziny i zmęczenia, nie będą zauważać błota pod roztańczonymi stopami.

Już więcej grzechów nie pamiętam, ale… żadnych z nich nie żałuję, a obietnicę poprawy możecie sobie wsadzić gdzieś, gdyż to jest właśnie urok festiwalu. Nie ma czego żałować! Uniesienia, rozczarowania, przegapione występy, wyrzucone czasami (dosłownie!) w błoto bony na nie zawsze dobre piwo, nieplanowane spotkania ze starymi i nowymi znajomymi – wszystko razem składa się na wyborną, kilkudniową muzyczną imprezę z udziałem masy intrygujących artystów, których czas już niejednokrotnie – wydawałoby się – przeminął, a innych dopiero nadchodzi. I tylko szkoda tego czasu, który trzeba jakoś przekiblować do następnego OFF Festivalu. W całym tym wirze niespodzianek tylko jednego jestem pewien: warto będzie czekać!

PS: Miłośnicy polskiej muzyki, wybaczcie brak jakiejkolwiek patriotycznej relacji z mojej strony. Za bardzo cenię sobie dobry sen, aby zwlec się z łóżka wczesnym popołudniem po tak intensywnych dniach i jechać na Muchowiec w celu oglądania kapel, których można spokojnie posłuchać w ciągu roku w wielu polskich miastach, za niewielkie pieniądze lub za darmochę. Poza tym, cytując nieznajomego z autobusu: „Godzina 15 to jest jakaś porypana pora na koncert! Na coś takiego stać tylko prawdziwych fanów muzyki, prawdziwych MEGALOMANÓW”.