„Funky Koval: Sam przeciw wszystkim”, czyli latające Chevrolety i prywatny detektyw w kosmosie

„Funky Koval” wydawany był już kilkakrotnie w Polsce, na Węgrzech i w Czechosłowacji. W tym roku wydawnictwo Prószyński i S-ka postanowiło odświeżyć pamięć czytelników, wobec czego już w sierpniu będzie się można spodziewać w sklepach kolejnej części. Reflektorowi przypadł zaszczyt recenzji drugiego zeszytu. No właśnie – ciężko jest oceniać komiks, który uchodzi od wielu lat za kultowy i za którego ekranizację zabrali się amerykańscy producenci.

Dla oczytanych fanów i zagorzałych fantastów „Funky Koval” to rarytas, którego specyficzna stylistyka wciąga już od pierwszych stron. Dla komiksowych amatorów, po części i mnie, to dobry test. Wydaje się, że aby naprawdę zrozumieć i polubić ten komiks, trzeba się na nim trochę znać albo przynajmniej nie mieć żadnych uprzedzeń. Pierwsza część przygód galaktycznego detektywa wydana została w 1982 roku i przyszłość widziana oczami twórców mocno nawiązuje do tej epoki. Ubrania, fryzury, pojazdy, broń i gadżety są oczywiście podrasowane, ale mają ten niesamowity, lekko kanciasty sznyt. Sam Funky Koval wygląda na kosmicznego easy-ridera i – jak przystało na słodkiego drania – związany jest z dwiema kobietami.

O czym jest ten komiks? „Funky Koval” to przede wszystkim połączenie science fiction z sensacją, ale uważny czytelnik z pewnością dojrzy tam sporo nawiązań do innych gatunków. Może właśnie dzięki tej różnorodności i dosyć uniwersalnej historii zyskał taką popularność. Główna oś fabularna zasadza się bowiem na walce głównego bohatera z wpływową korporacją. Funky jest zmuszony działać sam, jeżeli jednak ktoś postanawia mu pomóc, to wyłącznie z wyrachowania i dla własnych korzyści. Klasyka, którą znamy na pamięć, dodatkowo okraszona ironicznymi nawiązaniami do świata polityki. Oczywiście w wystarczająco enigmatyczny sposób, tak aby odzwierciedlały one cechy panujące w tym środowisku niezmiennie, niezależnie od czasu, miejsca i ustroju.

Niezależnie od części, czytelnik zostaje wrzucony w środek akcji i – bez większych wyjaśnień – porwany na misję z Funky Kovalem. Od razu też zauważyć można ciekawe obrazowanie. W przeciwieństwie do klasycznych komiksów, w których kadry są równe i z pietyzmem podzielone, tu – dzięki grafice i pomysłowości Bogusława Polcha – należy ogarnąć kilka kadrów naraz. Często mniejszy wcina się w większy, stanowiąc jego dopełnienie. Kiedy indziej scena urywa się i zostaje przeniesiona o kilka tysięcy mil dalej. Takie rozwiązania przywodzą na myśl film i mam ogromną nadzieję, że producenci wykorzystają ten walor w ekranizacji. Dla kogoś, kto komiksy zna tylko z gazetowych pasków, nie będzie to prosta lektura, ale właśnie dzięki temu oryginalnemu rozplanowaniu przestrzeni „Funky Koval” naprawdę wciąga.

Jeżeli ktoś jest uwrażliwiony na kolory i lubi, kiedy w komiksie paleta barw jest ciekawa, jedyna w swoim rodzaju, charakterystyczna, to musi sięgnąć po tę serię. Każda scena ma tu inną kolorystykę, bardzo spójną i pasującą do kontekstu, lekko pastelową, ale z mocną kreską. Natomiast jeśli chodzi o plansze, w których widzimy przestrzeń kosmiczną, to z pewnością zachwyci Was pomysłowość i często abstrakcyjna architektura i zjawiska świetlne.

Podobno gdyby „Funky Koval” został wydany w USA (jednym z największych poza Japonią centrów komiksowego przemysłu), to jego autorzy byliby dziś milionerami. No cóż, świadczy to dobrze o komiksie, ale z pewnością źle o polskim rynku wydawniczym. Tymczasem mamy 2011 rok i V wydanie jest bardzo przyzwoite, na samym początku pokazany został proces tworzenia okładki i plansz, na końcu z kolei wydawcy dorzucili dwie dodatkowe, które stanowiły niegdyś element promocyjny komiksu. Naprawdę dobra pozycja, chyba nie tylko dla starych wyjadaczy!

—————————————————————————————-
„Funky Koval: Sam przeciw wszystkim”; Wyd. Prószyński i S-ka 2011

To również może Cię zainteresować:

Czytaj inne teksty autora:

Brak komentarzy

Skomentuj




Aby dodać komentarz przepisz tekst podany na obrazku poniżej.