Z Familoka w świat: Strasznie smutny Śląsk, czyli słów kilka o poznaniu zbyt subiektywnym, by uznać je za obiektywne, ale jednak poznaniu

Dwa domy z niekompletnym zestawem okien stoją po dwóch stronach drzewa. Świat dzieli się na dwie połowy, dzieli mężczyzn – tego idącego w białej koszulce i czapce i tego na rowerze. Rowerzysta ma lepiej – przynajmniej się nie zmęczy. Taki obraz pokazuje jedno ze zdjęć Arka Goli, śląskiego fotografa, dziennikarza Dziennika Zachodniego i zdobywcy wielu prestiżowych nagród, który opowiada nam o swojej pasji, Śląsku i świecie, który bardzo spodziewanie pędzi do przodu na złamanie karku. 

fot. Arek Gola


Jakie były początki Pana zainteresowania fotografią?

Od początku fotografia była dla mnie pasją. Gdy chodziłem jeszcze do podstawówki, a mieszkałem wtedy w Kochłowicach, postanowiłem wraz z kolegą zapisać się do klubu fotograficznego kopalni Nowy Wirek. Tam nauczyłem się robić zdjęcia i wywoływać je. Były to dla mnie prawie magiczne czynności. Uważam, że tak naprawdę każdy z nas jest tą niezapisaną tablicą, a największy wpływ na to, co się na niej znajdzie, mają ludzie, których spotykamy. Dla mnie takim człowiekiem był Franciszek Poliwoda, górnik prowadzący zajęcia w klubie, człowiek pełen prawdziwej pasji. Zresztą do ludzi zawsze miałem szczęście…

Po skończeniu szkoły postanowiłem iść do technikum fotograficznego, ale jedyne było w Piotrowicach i robiło nabór co dwa lata, nie udało mi się trafić. Zacząłem uczyć się w zawodówce i tam miałem praktyki w zakładzie fotograficznym. Szef mojego zakładu był świetnym człowiekiem, który bardzo interesował się fotografią reporterską. Po zdaniu egzaminu czeladniczego zupełnym przypadkiem trafiłem do redakcji Kuriera Zachodniego – z pomysłem, że każda gazeta potrzebuje fotografa. Znowu miałem szczęście do ludzi – bo redaktor naczelny Adam Adaszewski, chociaż przyznał, że nie może mi dać etatu, obiecał odkupywać ode mnie zdjęcia. Tak się to wszystko zaczęło.

Teraz studiuję fotografię w czeskiej Opawie – tam spotkałem ludzi, którzy, tak jak ja, żyją fotografią dokumentalną. Tam poznałem Jindricha Streita – znanego czeskiego dokumentalistę. Rozmowy z nim i innymi Czechami pozwoliły mi po raz kolejny spojrzeć inaczej na to, co robię, zwrócić uwagę na elementy, których wcześniej nie dostrzegałem… W ten sposób w moich fotografiach zawsze jest cząstka ludzi dla mnie ważnych.

fot. Arek Gola; z cyklu "Boże ciało"

Ale jednak nie tylko spotkania z innymi ludźmi decydują o naszym losie. Co pociąga Pana w fotografii, co sprawia, że mógł się Pan nią zainteresować?

Interesują mnie sztuki wizualne – film, teatr, malarstwo i fotografia. Uważam, że obraz o wiele mocniej działa na człowieka i o wiele lepiej oddaje istotę rzeczy niż słowo pisane. Fotografia jest wytłumaczeniem człowieka człowiekowi i przedstawieniem go. Kiedyś realizowałem cykl „Romowie wśród nas”. Mało kto wchodzi do mieszkania Romów i kontaktuje się z nimi, ponieważ ludzie boją się i czują niechęć do tego środowiska. Ja uważam, że Roma nie trzeba się bać. To jest dosyć hermetyczna grupa, ale dzięki temu jest bardzo kolorowa, a ich tradycja nie rozpływa się w dzisiejszej rzeczywistości. Postanowiłem, że pójdę do nich i przedstawię ich reszcie społeczeństwa. Bo nie chodzi przecież o to, że mamy zacząć wpraszać się do domu każdego z napotkanych przez nas Romów, lecz o próbę zdobycia o nich rzetelnej i uczciwej informacji.

Na tym polega dla mnie sens fotografii – na umożliwieniu poznania kogoś, kogo czasem się boimy albo na kogo nie zwracamy uwagi.

Co sprawia, że dany moment uznaje Pan za godny uwiecznienia na zdjęciu?

Te zdjęcia to tak naprawdę zapis moich stanów emocjonalnych i odzwierciedlenie tego, co mnie interesuje, tego, co lubię. A lubię przyglądać się ludziom, tym pozornie banalnym, przebywającym w pozornie banalnych miejscach. Mówię pozornie, bo przecież tak naprawdę nic w nich nie jest nudne i powtarzalne. Lubię, kiedy przestrzeń może opowiedzieć o człowieku. Zbliża się lato, ludzie wyciągają i ustawiają przed familokami fotele i krzesła, konstruują miniogródki, w których spędzają całe dnie. Powstają nowe byty określające ich charaktery. Na pokazywaniu takich miejsc polega mój dokument.

Jak to jest, że nawet przed tymi zwykłymi momentami uciekamy, nie zatrzymujemy się przy nich, a dopiero pokazane na zdjęciu nabierają znaczenia, stają się dla nas czymś godnym uwagi?

Rola dokumentalisty jest o tyle trudna, że to, co dzisiaj fotografuje, jest zwykłe, normalne i banalne. Kiedy wszystkie familoki otynkują, wymienią okna na plastikowe, podwórka zamienią w wygłaskane place zabaw, to ten świat – dzisiaj zwyczajny – będzie widoczny tylko na fotografii.

fot. Arek Gola; z cyklu "Ludzie z węgla"

Na Pana stronie internetowej w zakładce portrety obejrzałam zdjęcia osób, których nie znam, które zobaczyłam po raz pierwszy w życiu, a jednak patrząc na ich twarze, ukazane sytuacje, ich sposób ubioru, czuję, że czegoś się o nich dowiedziałam. Jak sprawić, by portret nie był jedynie podobizną, a zakodowaną informacją o przedstawionej anonimowej twarzy?

Widzi Pani, myślę, że zrobiłem kiedyś błąd, nazywając ten odnośnik portrety. Przygotowywałem tę stronę dawno temu i wydawało mi się, że zdjęcia nie potrzebują dodatkowej opowieści, a tu jednak przydałoby się kilka słów wyjaśnienia, przede wszystkim mógłbym opowiedzieć, dlaczego robiłem te zdjęcia. Powstawały one na początku lat dziewięćdziesiątych, tuż po transformacji. Wtedy krajobraz miasta się zmienił. Nagle, nie wiadomo skąd, na ulicach pojawiało się wielu żebraków, zbieraczy butelek, gości grzebiących w śmieciach. Wcześniej tego nie było! Postanowiłem czegoś dowiedzieć się o tych ludziach, którzy nie poradzili sobie w nowym ustroju.

A jak to wygląda od strony formalnej? Podchodzi pan do ludzi i prosi o zdjęcie czy wręcz przeciwnie – stara się pan, by oni o tej fotografii nie wiedzieli?

Podchodzę do ludzi, nie z aparatem w ręce, tylko bardziej dyskretnie. Zatrzymuję się przy nich i zaczynam rozmowę. Okazuję zainteresowanie miejscem, osobą, opowiadam także o sobie. Tłumaczę, dlaczego chcę zrobić to zdjęcie. A potem mogę liczyć tylko na to, że postarają się to zrozumieć i udzielą swojej zgody.

Fotografuje Pan Śląsk. Proszę powiedzieć, co Pana zdjęcia mówią osobom, dla których są jedynym źródłem poznania tego regionu?

Mówią im, że tu jest fatalnie i smutno – zdaję sobie z tego sprawę… Tylko że ja, pokazując swoje zdjęcia, uznaję, że to jest wycinek Śląska. Jeśli ktoś, oglądając czyjekolwiek zdjęcia, zakłada, że na ich podstawie zdobywa pełną wiedzę, to bardzo się myli.

Śląsk jest na tyle złożony, że nie sposób, żeby jeden fotograf pokazał go dokładnie i zadowolił wszystkich, którzy chcą widzieć i nowoczesne budynki, i meliny na obrzeżach miast. Fotografowie specjalizują się w pewnych kierunkach i symbolice. Ich zdjęcia są wycinkiem jakiegoś miejsca regionu, czasu, o którym dany fotograf subiektywnie opowiada. Moja decyzja polega na tym, że mając do dyspozycji prostokątny kadr, decyduję, czy pokażę to, co widzę po prawej czy po lewej stronie. Nie mam ambicji, by uzurpować sobie prawo do mówienia: Śląsk właśnie tak wygląda.

fot. Arek Gola; z cyklu "Romowie"

To dlaczego odwraca pan aparat akurat w tę smutną stronę? Czy jest ciekawsza?

To jest to, co się zmienia, to, co odchodzi… Mimo że niektóre moje zdjęcia wyglądają fatalnie w kontekście promocji regionu, to są przynajmniej prawdziwe. A przecież o to chodzi. Robiąc te fotografie, nie buduję nigdy planu zdjęciowego, on tam po prostu jest. Ja jestem tylko gościem, który uwiecznia rzeczywistość.

W zasadzie na moich fotografiach Śląsk jest bardzo stereotypowy – biedny, górniczy. Ostatnio usłyszałem o nich opinię zawartą w jednym słowie – kalki. Podobno to wszystko już było, już w latach siedemdziesiątych powstawały takie zdjęcia, a można przecież fotografować Silesię City Center. Owszem można, ale świat moich fotografii ginie, a SCC zostanie, jak nie tu, to w innych regionach.

A jednak musimy szukać nowych, nieuwikłanych w historię symboli.

Tak, dziś są nimi autostrady i drogi.

Dlaczego?

Bo mamy najlepsze drogi w Polsce. Ten region oddycha dzięki nim. Kiedyś miasta budowało się przy rzekach, dzięki tej lokalizacji mogły się rozwijać. Sto lat temu miejsce rzek zajęła kolej, dzisiaj są to drogi, które nadają miastom dynamizmu, przyśpieszając również zmiany przestrzeni. Niedawno, gdy byłem we Francji, zobaczyłem region, który w przeszłości był podobnie zurbanizowany jak nasz. Dziś nie ma tam już żadnej kopalni, szybów i przemysłu górniczego. U nas to też nastąpi.

Jaki będzie Śląsk bez kopalń?

Obawiam się, że będzie przeciętny, taki jak wszystkie inne regiony, bo przecież jego specyfika wyrosła właśnie z przemysłu ciężkiego.

Ja osobiście uwielbiam kominy i hałdy, to są miejsca niespotykane nigdzie indziej. Jak hałdy zrekultywują, a familoki otynkują, to nie zauważy Pani różnicy, nawet jeśli się Pani znajdzie w Łodzi czy Poznaniu. Kominów nie będzie tu i tu.

Ale w takim razie jakie jest wyjście z tej sytuacji? Czy utrzymywanie przy życiu familoka i jego kultury nie będzie czymś sztucznym?

Ostatnimi czasy rozpoczęto rekultywację Giszowca – na pewno zachowana zostanie jego forma. Pojawia się jednak pytanie, jaki będzie duch tego miejsca, jacy ludzie tam zamieszkają? Bo jeśli oni nie będą związani z tym miejscem, jego historią, to i tak wszystko się zmieni.

Możemy przyjrzeć się temu, co się stało z krakowskim Kazimierzem. Pierwszy raz gdy tam trafiłem w latach dziewięćdziesiątych, miałem wrażenie jakby dopiero Niemcy wyszli. Specyficzne obdrapane mury, opuszczone podwórka tworzyły coś magicznego. Parę lat temu w czasie odwiedzin nie poznałem tego miejsca. Gdybym nie wiedział, nigdy bym nie wpadł na to, że to Kazimierz – wszystko tam jest ładne, kolorowe i błyszczące – powstał plastikowy skansen połączony z placem zabaw. Może tu też tak będzie.

fot. Arek Gola; z cyklu "Ulica Wodna"

Innym przykładem takich przemian, tworzenia plastikowego świata, jest proces trwający na warszawskiej Pradze, która staje się modnym do mieszkania miejscem i przyciąga coraz większe rzesze ludzi. Prowadzi to do zwiększenia czynszów, a w konsekwencji wyprowadzki mieszkańców, którzy tworzyli atmosferę tego miejsca. Atmosferę, z której powodu Praga jest wyjątkowa.

Widzi Pani, to wszystko prowadzi do zakłamania rzeczywistości. Za kilka lat pojawią się nowe dzielnice, które staną się modne i to je zniszczy. Ale tak naprawdę to my możemy o tym tylko pogadać. Może to banalne, ale światem rządzi pieniądz i jeśli ktoś będzie chciał sobie kupić mieszkanie na Pradze czy Nikiszowcu, nie możemy mu tego zabronić.

Czyli kultura familoka jest nie do uratowania?

Mamy wokół siebie tyle familoków, że jeszcze to potrwa. Tymczasem ludzie, którzy nie mają pieniędzy i mieszkają w tych domach, wymieniają stare okna na najtańsze, całą szklaną płytę. Gdy patrzę na to z daleka, w ogóle nie widzę już familoka, a dom z dziurami. Z kolei ludzie bogaci chcą familoki ocieplać i zasłaniać cegłę styropianem i sztucznym tynkiem…

Nie wiadomo, co zrobić, żeby było dobrze. Świat się zmienia – to jest fakt. Co możemy zrobić, by go zatrzymać? Robić zdjęcia. Ja je robię.

fot. Arek Gola; z cyklu "Ludzie z węgla"

————————
Zapraszamy na stronę Arka Goli. Tam więcej fotografii i krótka informacja o dorobku fotoreportera.