Dyzio marzyciel

Budzę się, powoli otwieram oczy. Wszystko jest jakby zamglone. Otwarłem. I co widzę?

Moja żona stoi nade mną w pełnym uśmiechu, wygląda całkiem całkiem, jak na siebie oczywiście, i do tego ku mojemu zdziwieniu podaje mi śniadanie. Nie wyschniętą kromkę chleba posmarowaną zjełczałym masłem, ale apetyczną bułeczkę, a na niej serek, pomidorek, ogóreczek, sałatka, cebulka i uwaga – szyneczka. Do tego obok stoi kawa, śmietanka, cukier w kostkach i gazeta, dzisiejsza nawet. To dość podejrzane, bo moja żona nigdy nie wykazywała zainteresowania prasą, chyba że dziennik zbudowany z 10 stron, w tym z 5 stron reklam, rozdawany pod dworcem można nazwać prasą. Do tego, poza zdawkowym „Dzień dobry Kochanie” nic nie mówi, a to dopiero anomalia!

Postanowiłem przyjąć ten niewątpliwy dar losu i przejść do zwykłych porannych czynności. Dłuższy sik, mycie zębów, czesanie tych kliku włosów i zamierzam jak co dzień ponarzekać na niewyprasowaną koszulę, niewypastowane buty, ale… cholera, nie ma na co narzekać. Wszystko przygotowane, czyściutkie. Pewnie zrobiła to tylko po to, żebym sobie nie mógł ponarzekać albo może czegoś ode mnie chce, pieniędzy na bluzeczkę czy lakier do paznokci. Tylko czekać, aż pojawi się jakaś prośba.

– Cześć, tato!
O, moja córka przemówiła. Jakoś inaczej wygląda… co to może być? A już wiem! Pozbyła się z twarzy całego tego żelastwa i włosy nie zakrywają już całej twarzy, nawet ubrana jest jak człowiek. A jednak nie zaliczyłem totalnej klęski wychowawczej.

Wychodzę z domu, spieszę się, bo autobus zawsze jest za wcześnie albo za późno. Stoję na przystanku i moim oczom ukazuje się autobus, patrzę na zegarek. Co jest… 7:54 dokładnie, przyjechał o czasie. Wsiadam.
– Proszę siadać, pewnie czeka pana dłuższa droga ode mnie.
– Dziękuję.

Siadam, bo taka okazja może się więcej nie powtórzyć. Rozglądam się wokoło, wszyscy czytają książki. Zerkam, żeby w duchu chociaż pośmiać się z tych żałosnych amatorek Harlequina. Jedna czyta Tołstoja, druga Sienkiewicza, a facet obok Dostojewskiego. Ale mi się trafił autobus na poziomie, aż wstyd wyciągnąć gazetę.
Dojechałem. Mijam grupkę młodzieży, jak zwykle przytrzymuję kurczowo torbę i komórkę w kieszeni. Może nauczę się jakichś nowych przekleństw. A tutaj młodzi rozmawiają o jakimś sprawdzianie, o wierszu omawianym na lekcji. Chyba trafiłem na szkolnych prymusów.

Wchodzę do mojego biurowego molocha, mijam portiernię.
– Dzień dobry, może pralinkę?
– Dzień dobry, nie, dziękuję.
Co za baba, obżera się tymi czekoladkami i myśli, że dzięki mnie zje jedną mniej. Takiego wała!

Wchodzę do mojego uroczego miejsca pracy i co widzę? Wszyscy ostro pracują, aż uszy bolą od odgłosu zbiorowego uderzania w klawiaturę. Nikt nawet głowy nie podniesie na głupie „Dzień dobry”. Podchodzę do mojego biurka, rozkładam rzeczy i przeszukuję torbę w poszukiwaniu papierosów, bo przecież nie usiądę od razu do komputera – oczy trzeba szanować. Pójdę do mojego najlepszego kumpla, speca w biciu rekordu Guinnessa w kategorii „jak nie przepracować się w pracy”.
– Cześć, Mieciu!
– Cześć!
– Idziemy na szluga?
– Wiesz, nie dzisiaj, mam jeszcze sporo do zrobienia. W końcu jesteśmy w pracy.
– Żartujesz sobie?
– Nie. Nie widzę w tym nic śmiesznego.
– Ok. To sam pójdę.
– A tak w ogóle, to moim zdaniem powinieneś rzucić palenie. Wiesz, od tego można dostać raka.
– Co ty nie powiesz. Do wczoraj ci to nie przeszkadzało.
– Ludzie się zmieniają. Muszę wracać do pracy.

Świat oficjalnie stanął na głowie. Skoro Mietek nie idzie na fajkę, to coś tu nie gra.
Popracuję trochę, bo zaczynam czuć się nieswojo, nic nie robiąc. Minęły upragnione 2 godziny, czas na przerwę na lunch. Schodzę do bufetu i spotykam największe plotkary w firmie.
– Cześć, dziewczyny!
– Cześć! (chórem)
– Właśnie rozmawiamy o Beacie, prawda, że ładnie dziś wygląda?
– Eee, Beata? Przecież nawet jej nie lubicie.
– Jak to? W firmie wszyscy się lubią, dlaczego miałybyśmy za nią nie przepadać?
– Bo przy każdej możliwej okazji obgadujecie jej wygląd, zachowanie, a ostatnio nawet jej faceta.
– Nie, na pewno nie. Musiało ci się wydawać. Beata to nasza najlepsza koleżanka.
– Ok. Wiecie, idę po kawę.
– Miłego dnia!
– Tak… cześć!

Odchodzę od tego podejrzanego towarzystwa.
– A ty, Beciu, wspaniale dobrałaś kolczyki do bransoletki! (w tle)
Ludzie chyba faktycznie się zmieniają. Te panny nigdy nie powiedziały o nikim dobrego słowa. Zabieram kawę i wracam do mojego biurka, już mam włączać sapera, a tu nagle szef zza pleców.
– Dzień dobry! Mam ogromną prośbę, mógłbyś skoczyć do urzędu? Mam tu dla nich trochę papierów. Oczywiście jeśli nie, to sam to zrobię, ale bardzo cię proszę.
– Oczywiście, szefie.
– Dziękuję bardzo, a i wyrzuć proszę tę kawę, bo jeszcze zalejesz komputer.
– Już wyrzucam, oczywiście. (tego starego grata nic nie ruszy, tym bardziej moja kawa)
– Do widzenia i miłego dnia.
– Do widzenia.

***

No tak, czeka mnie teraz przeprawa do urzędu. Ubieram się, zabieram papiery i wychodzę ku zdziwieniu kolegów z pracy. Na szczęście to w miarę blisko, no i mogę trochę przedłużyć tę eskapadę.
Wchodzę. Kolejka na jakieś 10 osób. Staję ostatni.
– Może pana przepuszczę przede mnie?
– O, dziękuję, jest Pan pewien?
– Tak, proszę bardzo.

Dziwne, może jestem sławny, a nic o tym nie wiem? I nagle wszyscy przepuszczają mnie do przodu, i w ciągu 5 minut stoję przy okienku. Pani w okienku nad wyraz miła, czekałem tylko aż jeszcze zrobi mi kawę i poczęstuje ciastkiem. Może miała dobry dzień albo dopiero zaczęła pracę i jeszcze nie wie, co ją czeka. Pora wracać do firmy.

Po drodze wielka reklama sieci komórkowej – „SKUPIAMY najwięcej abonentów, mimo że nie mamy najlepszej oferty.” Ale się zareklamowali, szczerość to dobra metoda na pozbycie się klientów.
Wracam do pracy, bo już podejrzanie długo mnie nie ma, jeszcze jeden z tych pracusiów na mnie doniesie. Znowu ta sama trasa, mijam portiernię (staroć się uśmiecha, zęby ma całe w czekoladzie).

Koledzy dziwnie się patrzą, jakbym co najmniej 10 osób po drodze zabił. Siadam za biurkiem, coś tam próbuję wystukać. Odliczam czas, wskazówka jakoś wolno idzie. Udało się! Czas do domu. Śniadanie było dobre, więc pewnie na obiad już nie zasłużyłem i czeka mnie zupka chińska.

Wchodzę do domu. Coś ładnie pachnie, czyżby? Nie… Moja żona ugotowała obiad! A gdzie panna z napisem „Aplauz”?
– Cześć, kochanie!
– Cześć.
– Siadaj, już nakładam twój ulubiony rosołek.
– Już.
Ściągam buty, kurtkę. I siadam do stołu.
– Kochanie, umyj ręce.
– Dobrze, już dobrze.
Co to? My w „Klanie” jesteśmy? Że wszyscy ręce myją przed obiadem.
Myję. Wycieram. Siadam do stołu. Zajadam to „moje ulubione danie”.

– Kochanie, zaprosiłam na wieczór Bartka i Maćka.
– Tę parę pedałów?!
– Och, kochanie, to było niegrzeczne.
– Niegrzeczne?! Zapraszasz do domu homo i ja mam się cieszyć i klaskać uszami?
– Nie, ale mógłbyś wykazać się odrobiną tolerancji.
– Tolerancja kończy się, kiedy przekraczają próg naszego domu.
– Postaraj się chociaż być dla nich miły.
– Dobrze, już dobrze.
– Idę gotować.

Szykuje się miły wieczór. Trzeba się na niego dobrze przygotować.
– Mamy jakieś piwo?
– Kochanie, przecież wiesz, że alkohol szkodzi zdrowiu.
– Wiem, a myślisz, że po co go piję?
– W lodówce jest sok marchwiowy, przynieść ci szklaneczkę?
– Nie… nie, nie, dzięki.
Żeby człowiek we własnym domu nie mógł się napić piwa. Soczek marchwiowy to sobie możesz wsadzić… między bajki! Teraz chwila na telewizję, może jakiś meczyk? Włączam. Jeden kanał – publicystyka, drugi – debata, trzeci – jakiś stary film, czwarty i kolejne – programy kulturalne. Gdzie się podziały mecze, reklamy, tandetne seriale? W takim razie idę się położyć na chwilę, bo moja żona znajdzie dla mnie zaraz jakieś „pożyteczne” zajęcie.

Dzwonek do drzwi. Jeden, drugi, trzeci. No i pospane.
– Kochanie, otwórz, proszę!
– Już!
Otwieram drzwi, a tu ta para gejów z kwiatami i winem.
– Cześć!
– Cześć, wejdźcie.
Nie wiem, po co ten cały cyrk – uroczy obiadek, winko, kwiaty. Jeszcze nic nie zjadłem, a już mi się chce rzygać.

–  Cześć, Krysiu!
– Cześć! O, kwiaty, jak miło. Siadajcie.
– Proszę.
No i siedzimy we czwórkę jakby nigdy nic.
– Co tam w pracy?
– Jakoś leci, nie przemęczam się, a u was?
– A bardzo dobrze, firma się kręci…

W tym momencie przestałem słuchać. Bardzo mnie interesuje, co te pedały robią w pracy. Za to moja żona, szczyt tolerancji, nie poznaję jej. Śmieje się, potakuje, żartuje, o co chodzi? I tak sobie rozmyślam, jak to dobrze byłoby położyć się po obiedzie i zasnąć, nikt nie gada mi nad głową…
O, Bartek poruszył mój ulubiony, oczywiście w ich towarzystwie, temat.
– …kościół, świetnie odnowiony, widać, że nasze pieniądze nie idą na marne.
– Słucham?
– Widziałeś kościół po renowacji?
– Eee, nie chodzę do kościoła, wierzę, ale nie w tę „instytucję”.
– Jak to? Można wierzyć i nie chodzić? Nie rozumiem.
– I nie zgodzę się, że pieniądze z koszyka idą na dobry cel.
– Czemu tak uważasz? Przecież to dar prosto z serca.
– Hahaha, serca to wiesz, co ja mogę.
Maciuś musiał się wtrącić, żeby obronić Bartusia własną piersią.
– Nie rozumiem cię. W takim razie po co wierzysz? Ja na przykład nie bardzo wierzę w te kościelne brednie, ale chodzę tak z przyzwyczajenia.
– To tym bardziej bez sensu, nie uważasz?
– Ale przynajmniej kładę do koszyka.
Czekałem tylko, aż moja żona straci kontrolę nad sytuacją.
– Oj, chłopcy, nie ma się o co kłócić, może przyniosę ciasto?
– O, bardzo chętnie!
No nie, nie dała się nam nawet porządnie pokłócić. Czas wyjść po piwo.
– Idę po piwo, przynieść wam coś?
– Po piwo?! Kochanie, mamy gości.
– Nie obrazicie się, chłopcy, jak na chwilę was opuszczę?
– Nie, nie, skądże.
– Widzisz, nie ma problemu.

Ubieram się, staram się możliwie cicho zamknąć drzwi.
Idę ulicą, ciemno już. Dobrze, że chociaż monopolowy blisko.
…lody malinowe na chodniku i ciemność widzę…

Wywracam się żałośnie. Głową uderzam o krawężnik. Tylko proste „kurwa” udało mi się wydusić. Kurwa! Budzę się, powoli otwieram oczy. Wszystko jest jakby zamglone. Nad sobą słyszę nieprzychylne głosy.
– Mamo! Mamo! Lody mi się wyjebały!
– Nie pierdol mi tutaj! Do domu, kurwa!

– Menel zaszczany!… Perełka! Do nogi!
– Ćpun jakiś, wywrócił się i marzy…
– Nie śpij, bo Cię przelecą! Cipo zasrana!

Położył się Dyzio na łące,
Przygląda się niebu błękitnemu
I marzy:
„Jaka szkoda, że te obłoczki płynące
Nie są z waniliowego kremu…
A te różowe –
Że to nie lody malinowe…
A te złociste, pierzaste –
Że to nie stosy ciastek…
I szkoda, że całe niebo
Nie jest z tortu czekoladowego…
Jaki piękny byłby wtedy świat!
Leżałbym sobie, jak leżę,
Na tej murawie świeżej,
Wyciągnąłbym tylko rękę
I jadł… i jadł… i jadł…”.