Bóg nieskończony, czyli o „Bogu urojonym” raz jeszcze

Kilka tygodni temu ukazała się na łamach Reflektora recenzja książki Richarda Dawkinsa Bóg urojony. Książka to już nienowa (wydana w 2006 r.; wydanie polskie – 2007 r.), ale – jak widać – wciąż wzbudza emocje. W przypadku artykułu Michała Zalewskiego były to głównie emocje negatywne. Recenzent dosyć bezceremonialnie obszedł się z autorem omawianej publikacji, obdarzając go m.in. mianem marnej karykatury Zeusa, a rezultat jego przemyśleń zawartych w książce podsumowując jako katastrofalny. Trzeba przyznać, że oceny to dosyć odważne i surowe. W poniższym artykule mam jednak zamiar podważyć ich zasadność. 

(fot: Ania Nicto)

Na dobry początek chciałbym przybliżyć nieco sylwetkę tak sponiewieranego w rzeczonym artykule autora książki. Profesor Richard Dawkins (zoolog, etolog, ewolucjonista) stał się znany opinii publicznej bynajmniej nie jako symbol ateizmu, ale jako znakomity popularyzator nauki (do 2008 r. był profesorem katedry Public Understanding of Science na Uniwersytecie Oksfordzkim). Głównym tematem jego zainteresowań jest ewolucja. Za swoją działalność na niwie popularyzatorskiej otrzymał wiele prestiżowych nagród, a jego książki – takie, jak Samolubny gen czy Ślepy zegarmistrz – zostały przetłumaczone na wiele języków (w tym polski), zyskując uznanie zarówno w środowisku naukowców, jak i wśród laików.

Warto też na wstępie zaznaczyć, że tematyka ewolucji, w przeciwieństwie do wielu innych dziedzin nauki, cieszy się wzmożonym zainteresowaniem ze strony pewnej części osób wierzących. Są to głównie członkowie kościołów protestanckich, silnie reprezentowanych na terenie Stanów Zjednoczonych. Ich poglądy dotyczące powstania świata i człowieka mają w zwyczaju stać w opozycji do aktualnego stanu badań naukowych. Z kolei ich liczebność, przekładająca się także na spore wpływy polityczne, sprawia, że próbują owe poglądy przedstawiać jako co najmniej równorzędną alternatywę dla teorii ewolucji (zresztą nie tylko dla niej). Profesor Dawkins, zajmujący się głównie upowszechnianiem wśród szerokiej publiczności wiedzy naukowej, siłą rzeczy niejednokrotnie musiał w swej karierze wchodzić w polemikę z tego typu przekonaniami. Sądzę, że tutaj właśnie należy szukać źródeł powstania Boga urojonego. Krytyka przytaczanych przez kreacjonistów argumentów zajmuje bowiem w omawianej pozycji całkiem sporo miejsca.

Dawkins nigdy nie krył swoich poglądów dotyczących religii i dawał im wyraz już w swoich wcześniejszych publikacjach. W książce Bóg urojony postanowił szerzej zapoznać czytelników ze swoim zdaniem w tej materii i jednocześnie spróbować ich przekonać, że życie pozbawione wiary w istnienie Boga (lub bogów), jest możliwe. W tym celu autor podejmuje w kolejnych rozdziałach polemikę z argumentami pojawiającymi się zwykle podczas dyskusji osób wierzących z ateistami bądź agnostykami. Nie twierdzi bynajmniej, że religia jest źródłem wszelkich nieszczęść (jak sugeruje autor zamieszczonego w Reflektorze tekstu). Wyraźnie nie zgadza się jednak z tymi, którzy uważają, że religia jest ludziom niezbędna do życia (z takich czy innych powodów).

Wbrew słowom surowego recenzenta, brak w książce stwierdzeń sugerujących, iż teoria ewolucji ma zastąpić istniejące dotąd wierzenia religijne i odpowiedzieć na wszelkie nasze problemy. Możemy natomiast dowiedzieć się z niej, że darwinowska teoria jak najbardziej radzi sobie z wyjaśnieniem kwestii powstania i rozwoju życia na Ziemi. Dawkins z jej pomocą stara się także objaśnić niektóre mechanizmy rządzące zachowaniami człowieka (wliczając w nie zachowania religijne). Trudno w teorii ewolucji natomiast szukać odpowiedzi dotyczącej problemów egzystencjalnych. Nauka – ani jako całość, ani tym bardziej żadna z jej dziedzin – nie stawia sobie za cel udzielenia odpowiedzi na wszystkie ludzkie problemy. Autor książki zaznacza zresztą, że żaden naukowiec nie powinien unikać przyznania się do swej niewiedzy, bo to właśnie owa niewiedza powinna pchać go do dalszej pracy. Co nie znaczy bynajmniej, że musi on w swoich staraniach osiągnąć sukces (znaleźć odpowiedź na postawione sobie pytanie).

Z podanych wyżej powodów dość nieszczęśliwym zabiegiem jest nazywanie książki prof. Dawkinsa biblią ateistów. Nie rości sobie ona bowiem prawa do uchodzenia za źródło wszelkiej wiedzy, a tzw. święte księgi zazwyczaj takowe prawa sobie właśnie roszczą (tudzież przypisują im takie aspiracje niektórzy wierzący). Poza tym Richard Dawkins niekoniecznie musi wyrażać zdanie wszystkich ateistów. Wszak nie jest on posłańcem bożym niosącym Prawdę, z którą nie należy dyskutować.

(fot: Ania Nicto)

Autorowi recenzji bardzo nie spodobała się konstrukcja wywodu Dawkinsa. Określa ją mianem taniej sofistyki, która na dodatek rości sobie pretensje do traktowania jej poważnie, co jest według niego niesmaczne. Przekręt ma tkwić w karykaturalnym przedstawianiu religii, konfrontowanej potem z rzeczowymi poglądami naukowymi. Sęk w tym, że cięty język czy prześmiewczy ton, jakiego używa Dawkins, nie jest elementem jakiejś płytkiej manipulacji (podobnie zresztą jak w przypadku przywoływanego przez autora Monty Pythona). Razić może przede wszystkim z powodu przyzwyczajenia do tego, że religia musi być z założenia traktowana na specjalnych zasadach. Autor książki porusza zresztą ten temat już w pierwszym rozdziale, uczciwie ostrzegając, że nie zamierza zastosować się do owej zasady specjalnego immunitetu udzielanego religii, gdyż nie uważa, by były ku temu jakieś racjonalne powody.

Osobiście nie bardzo rozumiem, dlaczego przedstawianie pewnych ludzkich przekonań jako absurdalnych – w konfrontacji czy to z nauką, czy z elementarną logiką – stanowi jakiś zarzut w stosunku do autora. Ośmielam się na dodatek podejrzewać, że gdyby Dawkins pisał o kwestiach niezwiązanych z religią, stosując podobną retorykę, nikt nie zarzucałby mu manipulacji. Ponieważ jednak pisze o religii, o której źle pisać nie wypada, naraża się na krytykę.

Kolejnym problemem, który budzi wątpliwości autora artykułu, jest kwestia założenia przez Richarda Dawkinsa, że istnienie Boga jest pewną hipotezą naukową. Stwierdza on, iż nie rozumie, na jakiej podstawie Dawkins zakwalifikował ten problem do zbioru hipotez naukowych. Można by w tym momencie zapytać: na jakiej to podstawie miałaby ona zostać wykluczona z owego zbioru? Hipoteza to według słownika języka polskiego, założenie oparte na prawdopodobieństwie, wymagające sprawdzenia. Nauka to z kolei usystematyzowana wiedza o rzeczywistości (poddana pewnym ustalonym wymaganiom). Hipoteza, iż Bóg istnieje, jest niewątpliwie pewnym założeniem (o dosyć problematycznej weryfikacji), dotyczącym rzeczywistości, w której funkcjonujemy (wszak ten Bóg ma na ową rzeczywistość w istotny sposób oddziaływać). Autor Boga urojonego tłumaczy zresztą w książce swój stosunek do tego problemu, lecz jego surowy krytyk nijak nie komentuje podawanych przez Dawkinsa argumentów, ograniczając się jedynie do paru złośliwych komentarzy. Autor recenzji nie wspomniał także o pewnym szczególe, a mianowicie, że profesor Dawkins poświęca jeden z rozdziałów właśnie kwestii dowodów na istnienie Boga (tak, tego samego Boga, którego istnienia bądź nieistnienia nie można udowodnić). Charakterystyczne, że owe „dowody” podawane są zwykle przez osoby wierzące, które deklarują przy tym, że tak naprawdę to wcale ich nie potrzebują, by wierzyć…

Nieporozumieniem nazywa także Michał Zalewski rozważania autora książki dotyczące moralności. Warto w tym momencie zaznaczyć, że stwierdzenie, iż powstanie kodeksów moralnych jest jednym z głównych osiągnięć, jakie przypisuje sobie religia, jest nie tyle założeniem przyjętym a priori przez Dawkinsa, ale kolejnym argumentem podawanym przez osoby wierzące (przytaczanym jedynie przez autora Boga urojonego), a mającym świadczyć o pozytywnym wpływie systemów religijnych na życie człowieka. Dawkins natomiast rzeczywiście przedstawia argumenty mające przekonać czytelnika o wykształceniu się pewnych norm postępowania w wyniku ewolucji. Zagadnieniami tymi zajmuje się, zresztą nie od dziś, psychologia ewolucyjna. Twierdzenie, że moralność u ludzi mogła się wykształcić niezależnie od systemów religijnych, nie znaczy jednak, że wyznawanie jakiejkolwiek religii nie może mieć wpływu na konkretne dobre lub złe uczynki człowieka. Richard Dawkins nigdzie nie stwierdza, że religia może być inspiracją jedynie dla tych złych czynów.

(fot: Ania Nicto)

Autor książki jest krytykowany także za nadmierne koncentrowanie się na wątpliwych, z dzisiejszego punktu widzenia, przepisach zawartych w Księdze Powtórzonego Prawa. Argumentem przeciw jego podejściu ma być cytat (który w innym miejscu Dawkins sam przytacza) mówiący, że dobrzy historycy wiedzą, że nie należy oceniać sądów z przeszłości, kierując się kryteriami własnej epoki. I faktycznie, z punktu widzenia historyka tego typu osądy wydają się wątpliwym pomysłem. Problem w tym, że z punktu widzenia religii, Biblia nie przekazuje nam jedynie obrazu moralności ludu izraelskiego w starożytności, ale ma dawać wskazówki moralne obowiązujące tak niegdyś, jak i dzisiaj (wszak znaleźć się one miały w Biblii dzięki natchnieniu jej autorów przez doskonałego, a przez to niezmiennego, Boga). Nie jest to więc spojrzenie z punktu widzenia historyka. Dawkins, koncentrując się na niemoralnych, z dzisiejszego punktu widzenia, fragmentach Pisma Świętego, chce zwrócić uwagę na niekonsekwencję osób wierzących. Upatrując w Biblii źródła moralności (a nie tylko źródła historycznego), podchodzą do niej bowiem zwykle w sposób niesłychanie wybiórczy, starając się nie widzieć fragmentów, które akurat im nie pasują.

Słuszne wydaje się za to stwierdzenie, że owe różnice w normach moralnych mogą przeczyć tezie o wykształceniu się moralności wyłącznie w wyniku procesów ewolucyjnych. Co jednak nie znaczy również, że musi mieć ona swe źródło wyłącznie w kulturze.

Pozwolę sobie w moim tekście skomentować także owe dwa smakowite kąski, które autor artykułu Dawkins vs Bóg pozostawił bez komentarza. Pierwszy kąsek to stwierdzenie, że ateizm jest powiązany z lepszym wykształceniem, wyższą inteligencją i większą intelektualną wrażliwością. Korelacja poziomu wykształcenia i ilorazu inteligencji z deklarowaniem ateizmu to nie autorska teza Dawkinsa, ale wniosek wynikający z przytaczanych przezeń badań w tej dziedzinie. Jednak statystycznie wyższy odsetek ateistów wśród ludzi lepiej wykształconych i z wyższym ilorazem inteligencji nie znaczy naturalnie, że mamy tu do czynienia z jakimś sztywnym podziałem na inteligentnych, wykształconych ateistów i nieinteligentnych, niewykształconych wierzących.

Drugim kąskiem jest natomiast przypisanie Dawkinsowi stwierdzenia, że nienawiść Hitlera do Żydów była inspirowana wczesnym chrześcijaństwem. Otóż muszę przyznać, że mimo usilnych poszukiwań, nie udało mi się nigdzie w książce znaleźć podobnej tezy. Jest co prawda rozdział, w którym prof. Dawkins analizuje kwestię dyskusyjnego ateizmu Hitlera (dla niektórych ateizm wodza III Rzeszy ma być dowodem, że odrzucenie wiary w Boga może prowadzić tylko do zła), ale trudno doszukać się w nim wymienionego wyżej stwierdzenia.

Na zakończenie swojego artykułu autor postanowił podzielić się z czytelnikami garścią bardziej ogólnych refleksji, do których skłoniła go lektura książki Richarda Dawkinsa. I tutaj dostało się już nie tylko profesorowi Dawkinsowi, ale całej nauce oraz wszystkim widzącym jedynie czubek własnego nosa naukowcom. Akapit ten jest pełen kategorycznych i kontrowersyjnych stwierdzeń, co prawda nie popartych żadną argumentacją, ale za to wygłoszonych niezwykle pouczającym tonem. Nauka jest tu oskarżana o zawłaszczanie przestrzeni, która do niej nie należy, przy czym owa przestrzeń została wyznaczona przez samego autora, według kryteriów tylko jemu znanych. Naukowcy z kolei pobłądzili, lekceważąc wielowymiarowość człowieka i łudząc się, że odpowiedzą na wszystkie (dręczące człowieka) pytania. Chcąc dać odpór niecnym zakusom nauki, autor sięga do słów wzniosłych, przeciwstawiając płytkim dociekaniom naukowców niezgłębione obszary ludzkiego ducha, wymogi serca, moralne i religijne ideały, transcendencję wartości… Trudno oczekiwać, aby z takiego starcia przedstawiciele nauki mogli wyjść inaczej niż z pokornie spuszczonymi głowami…

Podstawowym celem nauki jest poznawanie i objaśnianie rzeczywistości, a przez to pomnażanie wiedzy ludzkiej. Postulaty te starają się naukowcy realizować z lepszym lub gorszym rezultatem, nie zakładając bynajmniej, że uda im się niechybnie pozyskać kompletną wiedzę o otaczającym nas świecie. Niektórzy twierdzą wręcz, że im więcej znajdujemy odpowiedzi na dotychczasowe pytania, tym więcej pojawia się pytań nowych. Najczęściej jednak, jak już wcześniej wspominałem, nie zniechęcają one naukowców, ale mobilizują do dalszej pracy. Postulowane przez autora artykułu, z którym mam przyjemność polemizować, wydzielanie  obszarów, których nauce penetrować nie wolno, wydaje się pomysłem wręcz absurdalnym. Kto i na jakiej podstawie miałby bowiem decydować o tym, co nauce wolno, a czego nie? Czemu miałoby właściwie służyć to samoograniczanie się – prócz poprawiania samopoczucia ludzi nieufnie na dociekania naukowców spoglądających? Mieliśmy zresztą przez całe wieki do czynienia z ograniczaniem pola dociekań naukowych, zazwyczaj z powodów religijnych. Nie muszę chyba dodawać, że nie miało to zbyt dobrego wpływu na rozwój nauki.

Czytając artykuł Michała Zalewskiego, ma się wrażenie, że dał się on ponieść emocjom. Pozwolił sobie potraktować autora Boga urojonego (pod koniec okazuje się, że także wszystkich innych naukowców) z góry, nie wykazując jednak, w moim przekonaniu, swych przewag intelektualnych. Co więcej, przypisał autorowi książki co najmniej kilka tez, których ten nigdy nie wygłosił (podejmując z nimi potem polemikę…). Na koniec sam wygłosił kilka tez, które dla mnie są znacznie bardziej kontrowersyjne niż tezy Richarda Dawkinsa (i na dodatek niczym niepoparte). Jeśli jego celem miało być zdyskredytowanie sposobu argumentacji zastosowanego w książce, to moim zdaniem, ów cel nie został osiągnięty.