Z familoka w świat: Dlaczego Śląsk rodzi dobrych tłumaczy i co, poza Hrabalem, powinno znaleźć się w biblioteczce czechofila? Rozmowa z Leszkiem Engelkingiem

Leszek Engelking, rocznik 1955. Polski poeta, nowelista, tłumacz, literaturoznawca i krytyk literacki. Nigdy nie mieszkał w familoku, ale wczesne lata swego życia spędził w Bytomiu. Po ukończeniu szkoły podstawowej przeniósł się pod Warszawę. Studia zaczął od japonistyki, ale by dochować wierności szerszym zainteresowaniom, po roku powtórnie został studentem pierwszego roku Uniwersytetu Warszawskiego – tym razem filologii polskiej. Ukończył ten wydział ze specjalizacją filmoznawczą. Doktorat obronił na Uniwersytecie Łódzkim. Wkrótce nakładem wydawnictwa tego uniwersytetu ukaże się jego praca habilitacyjna. W zeszłym roku polski PEN Club nagrodził go za twórczość przekładową. Engelking to persona znana i honorowana – czy stoi za nią również ciekawy człowiek?

//. Dzieciństwo spędził Pan na Śląsku, w Bytomiu. Jak wyglądał ten okres pańskiego życia?

Spędziłem na Śląsku dzieciństwo i wczesne chłopięctwo – to, moim zdaniem, bardzo ważny okres, kluczowy dla kształtowania się osobowości. Wyglądał… przede wszystkim szczęśliwie. Pamiętam dobrze zwłaszcza te najpóźniejsze lata dzieciństwa i czas gwałtownego wchodzenia w rozmaite sfery życia, łącznie z gwałtownym dojrzewaniem intelektualnym. To była 6, 7, 8 klasa podstawówki. Początek fascynacji poezją współczesną. Tu, w Bytomiu, na przykład chodziłem do DKF-u – zacząłem interesować się filmem. Wtedy myślałem, że może zostanę reżyserem filmowym. Przeszło mi to, kiedy stwierdziłem, że brakuje mi jednej cechy reżysera, która jest niezbędna – cechy bycia sierżantem. Bo reżyser powinien być z jednej strony poetą, z drugiej sierżantem. Nie potrafię chyba z żelaznym zdecydowaniem wyegzekwować od moich współpracowników, żeby było tak, a nie inaczej. Więc pozostała mi raczej kartka papieru czy potem – ekran komputera. I bycie sam na sam z pisaniem.

//. Jak przyjaciele mówili na Pana, kiedy miał Pan 13-14 lat?

Meły. To się wiązało z tym, że moja mama uczyła angielskiego. Między innymi niektórzy moi koledzy chodzili na lekcje do niej, mama nazywała mnie na lekcjach Mary, bo z racji daty urodzenia mam na drugie imię Maria i w dzieciństwie mówiono na mnie w rodzinie Maryś. Ale kolega zmienił Mary w Meły i tak już zostało.

//. A gdyby tak mógł się Pan w tamte lata cofnąć…

To właśnie robię – w najnowszej swojej książce poetyckiej, która nosi tytuł Muzeum dzieciństwa. Książce, która jest już gotowa, ale jeszcze nie wydana.

//. Kiedy będziemy mogli ją przeczytać?

Nie wiem. Na razie szukam dobrego wydawcy. Część tej książki wyszła (i była nawet jej promocja w Bytomiu) w zeszłym roku, ale wydano ją w Saragossie w  Hiszpanii i było to zaledwie osiem wierszy, tom ogłoszono dwujęzycznie. Teraz wierszy jest dużo więcej, bo siedemdziesiąt siedem. Przez ostatnie dwa lata z hakiem, bo tyle pracowałem nad tą książką, dość intensywnie przenosiłem się w przeszłość. Okazało się, że jest we mnie sporo tworzywa związanego z osobistą  przeszłością, myślę tu o tworzywie uczuciowo-refleksyjnym. Dlatego będzie to najobszerniejszy tomik wierszy, jaki do tej pory wydałem. I właściwie monotematyczny, poświęcony dzieciństwu i chłopięctwu, i miastu dzieciństwa i chłopięctwa. Te same motywy powracają w nim wielokrotnie, niektóre można nazwać lejtmotywami. Cały tom to jeden cykl wierszy. Jest tam sporo odwołań dla wielu czytelników chyba dość hermetycznych: do pewnych miejsc w mieście, bytomskich postaci dobrze znanych, ale głównie w moim pokoleniu, także do różnych osób ważnych w historii miasta, nawet do czegoś, co od biedy można by nazwać jego tradycją literacką; tradycja to oczywiście zaledwie szczątkowa, ale na przykład o nieistniejącym już przynajmniej pod dawną nazwą i w dawnej postaci placu Rokoko, położonym zresztą w pobliżu domu, w którym mieszkałem, napisało już wiersze dwu poetów związanych z Bytomiem, Bohdan Urbankowski i Marcin Hałaś. Mój wiersz o tym placu siłą rzeczy wchodzi z nimi w jakiś dialog. A więc aluzje, jak mówiłem, dość hermetyczne, ale przecież poezja współczesna do hermetyzmu nas przyzwyczaiła, odkrywanie źródeł cytatów, rozszyfrowywanie aluzji to część czytelniczej przyjemności. Są w tej książce także odwołania innego typu – do wielkich tekstów kultury światowej.

//. Czy jest coś, co wyniósł Pan ze śląskiego dzieciństwa, co Panu, w szerszej perspektywie, pomogło w życiu?

Myślę, że pomysł z tłumaczeniem z paru języków w jakiejś mierze wiąże się z tym miejscem. Bo Górny Śląsk był przecież, i w pewnej mierze wciąż jest, wielojęzyczny. Mieszają się tutaj języki państw, do których Śląsk należał, mieszają się głównie w gwarze śląskiej czy, jak chcą niektórzy, w śląskim języku. Ta wielojęzyczność znajduje zresztą odbicie w Muzeum dzieciństwa, wszystkie wiersze, z wyjątkiem pierwszego i ostatniego, kończą się wtrętem obcojęzycznym, do tego wtręty obcojęzyczne pojawiają się czasem także w innych miejscach.

//. Języki mieszają się w gwarze, którą Pan potrafi się porozumiewać?

Tak, potrafię się porozumiewać, choć nie robiłem tego w domu rodzinnym. Ale już z niektórymi kolegami – tak. Zresztą bardzo często odkrywam w gwarze śląskiej czechizmy, których wcześniej nie zauważyłem. Jest to mieszanka, nie potrzebuję chyba wspominać o dużej liczbie germanizmów. Poza tym są tu różne formy i słowa staropolskie. Takie miasta, jak Bytom czy Gliwice, miały też silną domieszkę lwowską, kresową, i jeżeli ja mówię trochę po lwowsku, a trochę potrafię, znam sporo słów z bałaku, to dlatego, że właśnie tu się z tym osłuchałem, bo też miałem tu – i mam nadal – kolegów z rodzin kresowych. Zresztą moja znajomość niemieckiego, która w gruncie rzeczy nie istnieje (ale dogadać się, jakoś niegramatycznie, na prymitywnym poziomie, dogadam), też wzięła się głównie z tego, z czym się tu osłuchałem. Dlatego jestem bardzo zadowolony z tego, że moje dzieciństwo przebiegło właśnie tutaj, bo to arcyciekawy region. Znacznie ciekawszy – poprzez tę swoją różnorodność i odmienność, swój kulturowo pograniczny charakter – niż regiony centralne.

//. A jak to jest, gdy nastoletni chłopak ze Śląska jedzie do Warszawy? Jak jest przyjmowany?

Jak to jest w ogóle, nie wiem, mogę mówić tylko za siebie. To był pewien szok dla mnie. Nawet duży. Zawdzięczam dzieciństwu na Śląsku i wyjazdowi do Warszawy cenne doświadczenie: to, że wiem, co to znaczy być emigrantem. Dosyć długo się asymilowałem, aczkolwiek przyjmowano mnie zupełnie normalnie. Wtopiłem się w towarzystwo szkolnych kolegów, część z tych znajomości utrzymuję zresztą do dziś, spotykam się zarówno z kolegami z podstawówki, jak i ze szkoły średniej, a także z tymi z uniwersytetu. Pod Warszawę przeprowadziłem się z rodzicami. Mama pochodziła z Krakowa, ale mieszkała po wojnie w Bytomiu – stąd w ogóle Bytom wziął się w moim życiu – natomiast ojciec był z Zagłębia, chociaż jego ojciec z kolei urodził się jeszcze gdzie indziej. A moja babcia ze strony mamy pochodziła z okolic Tarnopola. Oboje, mama i ojciec, studiowali w Warszawie, tam się zresztą poznali. Zdecydowanie lubili Warszawę, czego raczej nie można powiedzieć o mnie, choć są fragmenty tego miasta, do których mam sentyment… I bardzo chcieli tam mieszkać. Ale oczekiwanie na mieszkanie było w tym okresie długie, z czego teraz się cieszę.

//. Skoro rodzice nie byli stąd – czy czuje się Pan w ogóle Ślązakiem?

To zależy od tego, jak definiować to słowo. Ale zasadniczo tak, bo ja po prostu stąd jestem. Gdybym miał wskazać swoją  małą ojczyznę, czyli Heimat – by użyć terminu niemieckiego – to wskazałbym właśnie to miejsce. I to jest właściwie cała odpowiedź na pani pytanie. Nigdzie nie czuję się bardziej w domu. Po czesku mała ojczyzna to domov.

//. Czy coś, co ukształtowało Pana tutaj, wpłynęło jakoś negatywnie na Pana późniejsze życie?

Nie, nie wydaje mi się, żeby cokolwiek, co wpłynęło na mnie tutaj, potem zadziałało negatywnie. A przynajmniej tak tego nie oceniam. Oferta kulturalna na Śląsku w latach, gdy tu mieszkałem, nie była duża (niewątpliwie sztucznie, odgórnie ją ograniczano, żeby klasa robotnicza nie miała szerszych horyzontów i nie zaczęła się nad pewnymi rzeczami zastanawiać), co z pewnością trzeba uznać za spory minus, ale z tym większą ochotą korzystało się z tych możliwości, które były, i tym większy był głód na przykład dobrego teatru dramatycznego, odwiedzania teatrów chociażby w Krakowie.

//. Jest Pan szczęśliwym człowiekiem?

Myślę, że „szczęście” jest wielkim słowem, za dużym, żeby odpowiedzieć po prostu „tak”, szczęście to raczej nie jest stan stały, tylko chwilowy. Bywam szczęśliwy – na pewno. Ale ogólnie – w innym znaczeniu słowa „szczęście” – uważam, że mam sporo szczęścia w życiu.

//. A gdyby ten trzynasto-, czternastoletni Meły był tutaj zamiast mnie, porozmawiał z panem, to co by o panu powiedział?

Nie wiem, ja nim już nie jestem.

//. Ale kiedyś nim pan był…

W tomiku, o którym mówię, pojawia się m.in. taki motyw, że dziś nie jesteśmy już tym, kim byliśmy dawniej. Niemal w każdej chwili stajemy się kimś innym. Jesteśmy wygnańcami, choćbyśmy się nawet nigdzie nie ruszali, wygnańcami z czasu. Byłem tym chłopcem, oczywiście. Nie mam ostrego poczucia utraty tożsamości. Może ten chłopak byłby zawiedziony, że nie jestem reżyserem filmowym światowej sławy? Diabli go wiedzą, o proszę, jak patrzy spode łba, jak się chmurzy, widzi pani? Ale te zainteresowania, które miałem wówczas, mam do dzisiaj. Zdecydowanie od wczesnych lat szkoły podstawowej zdradzałem zainteresowania przedmiotami humanistycznymi. Poza tym pewnie mam jeszcze parę cech wspólnych z tym chłopcem – na przykład kibicujemy tej samej drużynie piłkarskiej – Polonii Bytom. Co jeszcze? Ogólnie – zainteresowanie światem. Pewna akceptacja zmysłowości świata, fascynacja tą zmysłowością. Głód świata, także materialności świata. Myślę, że to się zaczęło bardzo wyraźnie już we wczesnych latach życia. Właściwie nie widzę czegoś, co by nas bardzo różniło… Może pewna chorobliwa wręcz nieśmiałość – mam nadzieję, że dziś już taka chorobliwa nie jest – to jest cecha różnicująca. Ale i tak, jestem kim innym. Jak każdy.

//. A w kwestii tej otwartości i ciekawości świata… Czeski, słowacki, rosyjski, hiszpański, białoruski, ukraiński, angielski. Czy chęć poznawania tych wszystkich języków wzięła się z chęci poznania mentalności, kultury narodów, które się nimi komunikują?

Zdecydowanie tak. Natomiast dobór tych języków jest w pewnej mierze przypadkiem.

//. Wydaje mi się, że jest to spójne, tylko jakoś ten hiszpański odstaje…

Jako jedyny język romański? No tak, to może w największym stopniu przypadek, bo miałem kiedyś dziewczynę hispanistkę. Z drugiej strony od młodych lat lubiłem literaturę hiszpańską i przynajmniej niektórych autorów z Ameryki Łacińskiej. Ale czy angielski też nie jest przypadkiem? Moja mama uczyła tego języka, więc poznałem go wcześnie. A rosyjski? W tych czasach uczono go nas od podstawówki, pewnie, że trzeba było chcieć się go nauczyć, ale jakieś podstawy otrzymywał każdy.

//. Kiedy Pan zdecydował o tym, że będzie zawodowo zajmował się tłumaczeniem?

Pierwsze tłumaczenie, zresztą poetyckie, zrobiłem w szkole średniej. A kiedy się zdecydowałem? Chyba pod koniec studiów. Chociaż trudno powiedzieć, że się zdecydowałem, nie pamiętam żadnego momentu wyraźnej decyzji, powiedzenia sobie „będę tłumaczem”, po prostu zacząłem się tym poważnie zajmować, uznałem, że to jest dla mnie ciekawe zajęcie i że może mógłbym w tej dziedzinie zrobić coś interesującego. Zresztą tłumaczenie literatury pięknej wiąże się z własną twórczością literacką, chociaż z drugiej strony nie można nie dostrzegać zasadniczych różnic między tymi sferami działalności.

//. Przekładanie jest czymś więcej niż tłumaczeniem?

Ja bym powiedział, że na odwrót. Dla mnie lepszym słowem jest „tłumaczenie”, „tłumaczyć” – to coś więcej niż „przekładać”. Tłumaczyć, czyli objaśniać, objaśniać innym, czym jest dane dzieło i szerzej, czym jest dana kultura. To nie jest proste przekładanie jednego na drugie, przekładanie z miejsca na miejsce czy podkładanie jednego pod drugie. Przede wszystkim tłumaczy się kulturę na kulturę, a nie słowo na słowo czy nawet zdanie na zdanie.

//. I która z tych obcych kultur jest Panu najbliższa?

Chyba jednak czeska. Tę zdecydowanie sam wybrałem, tu może najmniej było przypadku. To zresztą także zaczęło się tutaj, w Bytomiu. Jak wspominałem, chodziłem do DKF-u, bardzo dobrego. Seanse odbywały się w kinie Rozbark. Była to końcówka lat 60., wtedy największą kinematografią świata, pod względem artyzmu, nie nakładów finansowych czy szerokiej popularności, była – obok francuskiej – czechosłowacka. Czechosłowacka nowa fala to było coś. Straszliwie spodobały mi się filmy czeskie. Były bardzo różne, ale te bardzo różne filmy stanowiły niezwykle ciekawą propozycję artystyczną, przełamywały pewne utarte sposoby opowiadania, wnosiły coś zdecydowanie nowego, świeżego. Nowa fala czeska i słowacka, o  której zresztą od dobrych paru lat uczę studentów, była bardzo zróżnicowana, nie ma wspólnego mianownika, nawet pokoleniowego. Bo co właściwie łączy takiego reżysera, jak Miloš Forman, z taką reżyserką, jak Věra Chytilová albo na przykład z Jiřím Menzlem, a ich wszystkich z takim reżyserem, jak Jan Němec. Poza tym, że są świetni? W tym samym czasie tworzyli swoje najlepsze filmy i wpisali się w nurt, który zawojował świat (Oscary dla Sklepu przy głównej ulicy i Pociągów pod specjalnym nadzorem, mnóstwo nagród na festiwalach). Nowa fala mocno weszła w świadomość kinomanów, oczywiście tych ambitniejszych, i zapisała się w historii światowej sztuki filmowej. Została sztucznie i dość gwałtownie przerwana, zakończona przez czynniki historyczno-polityczne, przez stłumienie idei Praskiej Wiosny, przez inwazję państw Układu Warszawskiego. Właściwie w 1969 roku to się absolutnie kończy, nastaje okres niesłychanej jałowości. Ale wcześniej zrobiono bardzo dużo. Lata sześćdziesiąte są zresztą wspaniałym okresem w całej czeskiej i słowackiej kulturze. Zlatá šedesátá, złote lata sześćdziesiąte, jak mówią Czesi.

//. Odnośnie do sytuacji politycznej… Zastanawiałam się, jak na przestrzeni lat zmieniały się stereotypy na temat Czechów. Ze względu na to, jak potoczyła się historia nasza, a jak czeska, w Polsce zwykło się uważać, że Czesi to tchórze, konformiści, że są wygodniccy – w przeciwieństwie do nas – honorowych, walecznych romantyków… Czy ten sposób myślenia jest nadal obecny?

Historia bardzo wpływa na stereotypy, wpływa też na charakter narodowy, który jest oczywiście pewną abstrakcją, ale jako abstrakcja istnieje. W średniowieczu Czesi mieli w Europie opinię ludzi skłonnych do bitki, zawadiaków. Sądzę, że późniejszy stereotyp Czecha, ten, o którym pani mówi, nadal jest żywy. Czesi, przynajmniej niektórzy, doskonale zdają sobie z tego sprawę. Ciekawie o tym myśli pisarz, którego tłumaczę dosyć dużo i którego od dawna znam osobiście – Jáchym Topol. U niego wątki polskie są bardzo silne, jest w jego utworach także stereotyp Czecha, stereotyp Polaka, różne stereotypy. Kiedy przeprowadzałem z nim wywiad, próbowałem go o to zapytać i on najpierw przytoczył ten dowcip: „Polak mówi: my w czasie wojny zabijaliśmy niemieckich oficerów, wysadzaliśmy w powietrze składy amunicji, niszczyliśmy tory kolejowe… – Tak? – odpowiada Czech. – U nas to było zabronione”. Po czym Topol powiada: po pierwsze, w Czechosłowacji też była partyzantka, choć oczywiście słabsza niż w Polsce, po drugie, Czesi są dużo mniejszym narodem – musieli obrać inną strategię przetrwania. Rzecz jasna, niektórym Czechom imponuje waleczność Polaków. Romantyzm niektórym też imponuje, ale innych drażni. Podobnie jest na przykład z polską religijnością.

//. Polacy z kolei  uwielbiają Czechów. Od kilku lat w Polsce rośnie grupa czechofilów. Cieszy to Pana?

No, na pewno nie wszyscy Polacy. Ale oczywiście, że cieszy mnie pozytywny stosunek części Polaków do Czechów i ciekawość w stosunku do ich kultury, bo jest jakaś grupa, do której można adresować przekłady z czeskiego czy teksty poświęcone czeskiej kulturze. Dzięki nim wydawcy nie patrzą na mnie jak na szaleńca, gdy proponuję, że mogę coś przełożyć, nawet jakichś dotąd nieznanych autorów, bo są osoby, które prawdopodobnie zechcą to przeczytać. Tak, zdecydowanie istnieje grupa ludzi, którym ta kultura jest bliska. Dlaczego tak się stało? Pociąga nas chyba to, że są tak odmienni przy jednoczesnym podobieństwie, podobieństwie języka, nowszych losów historycznych… Ta popularność Czechów to zjawisko nie tak nowe, bo pamiętajmy, że w naszym drugim obiegu tłumaczenia z czeskiego były trzecią pod względem liczby grupą tłumaczeń. A na przykład ze słowackiego nie przetłumaczono w nim niestety nic lub prawie nic. A poza tym… może jesteśmy zmęczeni i znudzeni tym swoim wiecznym romantyzmem.

//. Część tych czechofilów to ludzie, którzy przeczytali wszystko, co napisał Hrabal, Kundera – ale na tym koniec. Czy Pan jest taką osobą, która inicjuje nowe tłumaczenia, a przez to promuje innych autorów?

Staram się. Jeżeli ktoś mnie zachwyci, to chcę się tym podzielić z innymi. A sposobem na to jest tłumaczenie. Sam Hrabala nigdy nie tłumaczyłem, dlatego że nie bardzo mam pomysł, jak to zrobić lepiej niż inni, a przetłumaczona jest niemal całość jego dzieła. Ale zaproponowałem parę nowych nazwisk. Wytworzyły się pewne nisze, na przykład Michal Ajvaz ma taki krąg wielbicieli. Zdarzyło mi się, że ktoś mnie zaczepił na ulicy z pytaniem – kiedy będzie nowy Ajvaz? Jan Gondowicz, jeden z naszych najlepszych eseistów i krytyków literackich, uważa, że zdecydowanie należy on do największych współczesnych pisarzy światowych. Zatem, owszem, próbuję proponować nowych autorów. Są też pisarze już dobrze znani, których niestety nie było mi dane tłumaczyć, na przykład Josef Škvorecký, którego strasznie lubię i cenię.

//. A co by Pan tym hrabalowsko-kunderowskim czechofilom nowego zaproponował?

Jest tego dużo, tak dużo, że zdołam wymienić tylko niektóre rzeczy. Można im zaproponować coś, co oni i tak już lubią, np. humor czeski (ale nie znają pewnie fantastycznego humorysty międzywojennego, jakim jest Karel Poláček), albo można zaproponować coś radykalnie innego – np. Ladislava Klímę – klasyka literatury czeskiej z przełomu wieków. To jest coś, co nie bardzo kojarzy nam się z Czechami. Klíma to człowiek wywodzący się z kultury modernizmu. Pewien mój znajomy, profesor bohemistyki na Uniwersytecie Karola w Pradze, porównał go do Witkacego – i coś jest w tym porównaniu. Klíma używa motywów literatury modernistycznej, ale przez to, że je groteskowo wykrzywia, jest to w jakiś sposób inne, wyjątkowe. A z głębokiej tradycji, całkiem nieznany jest czeski barok. Na przykład Jan Amos Komenský kojarzy nam się tylko z pedagogiką, a to przecież także świetny pisarz, jego Labirynt świata i raj serca jest klasycznym dziełem literackim, przetłumaczonym na mnóstwo języków, a u nas przekładu dotąd nie ma. Na pewno to. Co jeszcze? Niezwykle ciekawy, niepodobny do nikogo Jakub Deml, ksiądz katolicki w wielu utworach bardzo daleki od stereotypowego obrazu literatury katolickiej. Trochę tłumaczeń u nas nawet było, w tym kapitalne Zapomniane światło, ale przeszły raczej niezauważone. Na pewno wspomniany już Michal Ajvaz. To zupełnie inny typ prozy niż Hrabal. Daniela Hodrová, którą też tłumaczyłem i chciałbym tłumaczyć dalej, to jeszcze inny typ prozy, który niekoniecznie kojarzy nam się z Czechami – także językowo, bo o ile Hrabal i Škvorecký zapoczątkowali inwazję języka mówionego, to ona konsekwentnie trzyma się języka literackiego.

Mnie fascynują te różne typy czeszczyzny. Nigdzie w Europie nie ma tak wielkich różnic między językiem literackim i językiem mówionym. Stanowi to często ogromny problem dla tłumacza. No bo jak to oddać w języku, który nie jest tak pod tym względem zróżnicowany? Pewnych efektów po prostu nie da się osiągnąć. Widać to zresztą na przykładzie Hrabala, np. to kontrastowe zestawienie języka mówionego, skrajnie potocznego, mającego zresztą swoje normy, z literackim. Czasami w moich przekładach z czeskiego bohaterowie mówią bardziej wulgarnie niż w oryginałach, bo u nas facet, który pije sobie gdzieś piwo przed sklepem, wtrąca co drugie słowo jakiś wulgaryzm. Prosty Czech raczej tego nie robi – bo nie jest mu to potrzebne dla podkreślenia własnej tożsamości. On i tak ma swój język mówiony. Zaskakujące jest, jak stosunkowo mało jest wulgaryzmów w pisanych językiem mówionym czeskich powieściach.

//. Czyli – tłumaczyć na polski znaczy tyle, co tłumaczyć dla Polaka?

Tak, zdecydowanie. Choć oczywiście nie można z tym przesadzać, trzeba też pozostawić poczucie odrębności obcej kultury. Należy zachować równowagę między sprowadzaniem do tego, co swojskie, a więc dobrze zrozumiałe, a zachowaniem tego, co, powiedzmy, egzotyczne, inne, a więc mogące własną kulturę wzbogacić o nieznane elementy, ale co jako odmienne sprawia trudność, choć zarazem może pociągać.

//. Czy można powiedzieć, że skoro tłumaczy Pan z powodzeniem ten problematyczny język, ma Pan w sobie coś z Czecha?

Hm, ja lubię kulturę czeską właściwie pod wszystkimi względami. Wiele rzeczy z  mentalności Czechów po prostu mi odpowiada. A to wcale nie musi być regułą w wypadku translatorów czy miłośników danej literatury. Znałem na przykład wybitnego tłumacza z czeskiego, który nie lubił piwa. Kiepska sprawa, bo coś go omijało i czegoś nie potrafił odczuć, czegoś dla tej kultury ważnego. Ja piwo uwielbiam. Lubię też kuchnię czeską. Podobają mi się czeskie i morawskie miasta i miasteczka. W wypadku Czechów akceptuję bardzo różne elementy kultury… Czesi są, jak sądzę, dosyć nam bliscy pod pewnymi względami, ale pod innymi krańcowo odmienni, bliscy są na przykład, jeśli chodzi o  mowę gestów – mam wrażenie, że odczytywałem ją zawsze prawidłowo. Także mowę gestów kobiet, a nie we wszystkich kulturach jest to proste.

//. Miał pan kiedyś dziewczynę Czeszkę?

Miałem nawet pierwszą żonę Czeszkę.

//. Na koniec zapytam z ciekawości: w jakim języku śnią poligloci?

A diabli ich tam, tych poliglotów, wiedzą. Jeśli o mnie chodzi, to muszę z zawstydzeniem stwierdzić, że rzadko pamiętam swoje sny. A przecież któryś z surrealistów francuskich, idąc spać, wywieszał na drzwiach napis: „Nie przeszkadzać, poeta pracuje”. Sen istotnie może być pracą literata. Ale oczywiście… czasem jednak przypominam sobie coś ze swoich marzeń sennych. W zdecydowanej większości śnię po polsku. Czasem mi się śni, że coś mówię po angielsku czy w jakimś innym języku, a czasem, że mam coś mówić w języku, którego kompletnie nie znam. I to jest koszmar.

//. Poeta, nowelista: Autobus do hotelu Cytera, Haiku własne i cudze, Mistrzyni kaligrafii i inne wiersze, Dom piąty, I inne wiersze, Szczęście i inne prozy. W zeszłym roku opublikowano w Hiszpanii zbiorek jego wierszy Museo de la infancia. Znacznie obszerniejsza książka poetycka – Muzeum dzieciństwa – czeka na odpowiedniego wydawcę w Polsce. Wybory jego wierszy wyszły na Ukrainie, w Czechach i na Słowacji, poezje i prozy Engelkinga tłumaczono również na wiele innych języków.

//. Tłumacz: wybitny, wielokrotnie nagradzany za swoją pracę. Tłumaczył m.in. takich autorów, jak: Vladimir Nabokov, William Butler Yeats, Ezra Pound, Basil Bunting, Charles Bukowski, Nikołaj Gumilow, M. Agiejew, Hviezdoslav, Karol Chmel, Jaroslav Seifert, Jáchym Topol, Ivan Blatný, Egon Bondy, Ivan Wernisch.
W roku 2010 został laureatem nagrody polskiego PEN Clubu „za wybitne dokonania translatorskie ze szczególnym uwzględnieniem przekładów poezji i prozy z języków: angielskiego, rosyjskiego, czeskiego i słowackiego”.

//. Literaturoznawca: wykładał m.in. historię literatury czeskiej oraz historię filmu czeskiego i słowackiego, historię literatury światowej; prowadził zajęcia z teorii literatury, literatury porównawczej, krytyki literackiej oraz nauki przekładu artystycznego. Monografie, szkice literackie: Vladimir Nabokov; Vladimir Nabokov. Podivuhodný podvodník; Surrealizm, underground, postmodernizm. Szkice o literaturze czeskiej; Codzienność i mit. Poetyka, programy i historia Grupy 42.

//. Krytyk literacki, redaktor: przez 11 lat pracował jako redaktor w miesięczniku Literatura na Świecie, współpracuje z wielu periodykami w Polsce i za granicą, jako recenzent zajmuje się zarówno literaturą polską, jak i literaturami obcymi.