„Z familoka w świat”. Zwykła – niezwykła czapka górnicza – wywiad z prof. Ewą Kosowską

Familok to nie tylko dom, ale również zjawisko – to obszar, w którym samo słowo „familok” jest uzasadnione jego występowaniem zarówno w postaci materialnej, jak i słownej. To miejsce, w którym świat ma czerwone okiennice, kopalnie, górnicze czapki z pióropuszem i kilka żymeł do zjedzenia.

Czy wychodząc z tego świata, trzeba się z nim definitywnie żegnać? A może wręcz przeciwnie – jest to niemożliwe? Wywiady publikowane w cyklu „Z familoka w świat” próbują na te pytania odpowiedzieć. Chcemy poznać losy ludzi wywodzących się z naszego województwa, którym udało się zrobić tak zwaną karierę – a także poznać i zobaczyć, czy i w jakim stopniu „śląskość” jest cechą wyróżniającą. Co dał im ten region, a czego pozbawił? Czy dalej są mieszkańcami tytułowego familoka?

Nasz cykl zaczynamy od wywiadu z prof. Ewą Kosowską – antropologiem kultury, kierowniczką Zakładu Teorii i Historii Kultury w Instytucie Nauk o Kulturze Uniwersytetu Śląskiego – który pozwoli nam rozpocząć refleksję o poczuciu tożsamości, obszarze nazywanym małą ojczyzną i jego wpływie na świadomość zarówno jednostki, jak i społeczeństwa.

Czym dla Pani Profesor jest Śląsk?

Mam przede wszystkim świadomość, że to część większej całości. I że Śląskiem jest trochę tak, jak z grzecznością w „Panu Tadeuszu” – „wszystkim należy, lecz każdemu inna”. Chociaż w Katowicach czasem się o tym zapomina. Wiem, że bardzo wiele osób tutaj myśli o Śląsku jako o regionie przede wszystkim industrialnym – regionie kopalń, hut i familoków, który terytorialnie pokrywa się z Górnośląskim Okręgiem Przemysłowym. A to już kategoria, która historycznie pojawiła się stosunkowo niedawno, chociaż silnie utkwiła w powszechnej świadomości. Pewnie dlatego dzisiaj mówiąc o „czarnym Śląsku”, myślimy częściej o GOP-ie niż o urodzajnych czarnoziemach Opolszczyzny. A przecież niegdyś to właśnie Górny Śląsk był „Śląskiem zielonym”, rolniczym. Śląsk to Pszczyńskie, Rybnickie, Raciborskie. Śląsk to Cieszyńskie, z wielowiekowymi tradycjami „zapiśników” i prywatnych biblioteczek chłopskich – ewenement w skali europejskiej. Górny Śląsk to także swoista przeciwwaga Dolnego Śląska, który przez wieki był kuźnią intelektualną dla całego regionu.

Czy zatem należy na Śląsk patrzeć z szerszej perspektywy, myśleć o czymś, co niektórzy nazywają Śląskiem w historycznych granicach? Czy skupiać się na doświadczeniu lokalnym; postrzegać Górny Śląsk przez pryzmat tego, co zostało ukształtowane tuż przed II wojną światową i przede wszystkim w PRL-u, to jest jako terytorium zamieszkiwane przez ludzi, którzy są związani przede wszystkim z przemysłem?

Przemysł na Górnym Śląsku znacząco zaczął się rozwijać w pierwszej połowie XIX wieku. Był budowany przez miejscowych chłopów, którzy musieli przejść proces adaptacji z kultury agrarnej do industrialnej: przenieść się ze wsi do przykopalnianego osiedla, z chałupy do familoka. Kultura familoka to kultura przełomu XIX i XX wieku. Fraza „Z familoka w świat” pokazuje ważny proces radykalnych przemian, które dokonują się na naszych oczach, ale wymazuje to, co było przed familokiem. Oczywiście rozumiem, że z perspektywy współczesnego doświadczenia familok może być odskocznią, punktem wyjścia. Bo wszystko inne niekiedy ginie w mrokach niepamięci.

Dla mnie Śląsk jest „pokojem przechodnim”, miejscem stałego lub czasowego zamieszkania różnych ludzi, czerpiących moc z kontaktów wzajemnych; jest fenomenem kulturowym bardzo zróżnicowanym wewnętrznie i jednocześnie zadłużonym we wszystkich niemal kulturach europejskich.

Mówiąc o Górnym Śląsku, wiążemy często początek jego istnienia z wybudowaniem pierwszej kopalni.

A tymczasem zachowały się żywe ślady wcześniejszego okresu!

Jaki wpływ miały tamte czasy na Górny Śląsk, który teraz poznajemy?

Trudno jednoznacznie na to odpowiedzieć. Kultura agrarna w całej Europie jest kulturą podobną, ponieważ kształtowana jest przez te same wymogi – uprawę ziemi, hodowlę, konieczność mieszkania w bezpośrednim sąsiedztwie pola. Ramy czasowe, w których wykonywane są pewne czynności i zakres potencjalnych doświadczeń przestrzennych jest wszędzie bardzo podobny. Na pewno w momencie przejścia każdy z regionów, w którym dokonuje się taka transformacja, uzyskuje trochę inne efekty. W przypadku Górnego Śląska takim śladem związku z kulturą agrarną jest między innymi trzymanie zwierząt domowych przy familokach – w ostatniej fazie już tylko królików i gołębi, a rzadziej świnek. To także typ więzi sąsiedzkiej, kontroli obyczajowej; to strój, potrawy, preferencje estetyczne. To również założenie, że kobiety siedzą w domu, a mężczyźni idą do pracy.

Jeśli weźmie Pani pod uwagę warunki przestrzenne, widoczne w chałupie i familoku, to w obu wnętrzach wystrój  i jego układ są relatywnie podobne. Wymuszają podobne relacje proksemiczne, podobne przyzwyczajenia. Na przykład: i w chałupie wiejskiej, i w familoku najważniejsza jest kuchnia. W momencie, w którym familok jest zamieniany na blok, kuchnia coraz częściej staje się już miejscem tylko do gotowania. Nie ma szans, żeby cała rodzina zasiadała do stołu w sześciometrowym pomieszczeniu. Jednak  ostatnio zaczynamy bardzo cenić domy wolnostojące, otoczone wypielęgnowanymi ogrodami, położone w zdrowej okolicy. Jest w tym nadzieja na nowoczesny powrót do przeszłości. Ale to nie takie proste. Zaczynają się rozluźniać więzy rodzinne. Zmienia się styl mieszkania i życia. Chociaż na Górnym Śląsku tempo tych zmian jest relatywnie wolniejsze, bo tu ciągle pamięta się o kulturze tradycyjnej.

A przecież nie ma czegoś takiego, jak kultura tradycyjna, która  zastygła w jednej ściśle określonej formie. Dzisiaj bardzo często, mówiąc o niej, wracamy tak naprawdę do wieku XIX. Wtedy dość wyraźnie przeplatały się  ze sobą stare lokalne tradycje agrarne z nowymi, ponadlokalnymi  zwyczajami, wymuszonymi przez pracę w przemyśle. Pojawiła się inna organizacja czasu, inny typ zależności interpersonalnych, inne zakresy swobody indywidualnej. W opracowaniach etnograficznych natknęłam się na informację, że mundur górniczy był początkowo strojem kontestowanym. Górnicy nie chcieli go nosić. Z czasem to się zmieniło. Czapka górnicza, często z tym regionem kojarzona, nie jest już elementem stroju odświętnego ani jednoznacznym symbolem rangi. Dzisiaj zmieniła się jej funkcja i to nakrycie głowy niesie za sobą niekiedy więcej znaczeń niż trzydzieści, czterdzieści lat temu.

Jaką jednostkę możemy nazwać „małą ojczyzną”? Czy terytoria województw odwzorowują powiązania społeczno-kulturowe?

Podziały administracyjne są efektem pewnych działań politycznych, często w niewielkim stopniu zależnych od woli mieszkańców. Przecież zarówno kwestia poplebiscytowego podziału Śląska, podziału regionu po II wojnie światowej, jak również kwestia kilkakrotnie zmieniających się granic województw pokazuje, że trudno utożsamiać z „małą ojczyzną” całe województwo, raczej pewną jego część. Może się Pani urodzić w województwie katowickim, wykształcić w śląskim, a co będzie za 15 lat – to się dopiero okaże. Ale można korzystać z nazwy „województwo śląskie” i potencjału, jakie ta nazwa ze sobą niesie, by szukać w niej zwornika tradycji ponadlokalnych.

A czy dzisiaj, w czasach częstych migracji, świata „bez granic”, globalizacji, „mała ojczyzna” jest dalej ważnym terminem? Czy w ogóle  możemy mówić o lokalnym patriotyzmie i poczuciu przynależności do danego regionu?

Jestem przekonana, że tak. Muszę jednak jeszcze raz podkreślić, że „mała ojczyzna” niewiele ma wspólnego z granicami administracyjnymi; więcej z pewnymi granicami doświadczenia. Bardzo młody człowiek zwraca uwagę na swoje najbliższe środowisko – otoczenie, krajobraz, fonosferę. Jeżeli  urodzi się w mieście, nie przerazi go dźwięk tramwaju, ale już  ryczenie krowy może go nieco zadziwić. W kategoriach kulturowych mała ojczyzna jest tym, co składa się na nasze doświadczenie i buduje system wartości do piątego, szóstego roku życia. Coś, co nas matrycuje, w tym sensie, że daje nam podstawę do porównań. Jeżeli zachwycimy się obrazem hałd, to stanie się on symbolem naszej ojcowizny, naszego dziedzictwa i najpiękniejszym krajobrazem, który będzie podstawą wszelkich późniejszych porównań. Jeżeli urodzimy się na Opolszczyźnie, to podstawą naszej tęsknoty będzie zieloność pól. „Mała ojczyzna” to coś, co nas kształtuje, działa na naszą podświadomość. Jeżeli ludzie wyjeżdżają i tęsknią, to nie myślą o określonych, szerokich  granicach administracyjnych. Tęsknią, ale gdyby kazano im narysować mapę tego terenu, zapewne mieliby z tym duże kłopoty. Oni tęsknią do swobodnego mówienia, gwarantującego więź ze swoimi; tęsknią do tego, co jest postrzegane zmysłowo i emocjonalnie. I niekiedy, jak wychodźcy z Górnego Śląska mieszkający już ponad półtora wieku w Teksasie, przekazują tę tęsknotę z pokolenia na pokolenie. „Mała ojczyzna” jest „ojczyzną serca”, co oznacza prymat emocji w postrzeganiu tego, co „moje”.

Jakie są cechy szczególne kultury, której mieszkańcy tego regionu doświadczają i którą poznają?

Kultura Śląska jest kulturą, która z jednej strony bardzo wcześnie wprowadziła w swój obszar obowiązek szkolny, a więc naukę czytania i pisania, ale z drugiej strony jest to kultura, która dłużej niż inne regiony zachowała i zachowuje swoją warstwę oralną. Jeśli weźmiemy pod uwagę właśnie tę specyfikę Śląska, to można powiedzieć, że w niej zachowało się sporo z okresu przedindustrialnego, przededukacyjnego – to znaczy sprzed reformy szkolnej. To skutkuje m.in. większym znaczeniem kontekstu różnych wypowiedzi i szukaniem specyfiki tego, co śląskie, np. w zachowaniu pewnego dystansu do tego, co się mówi i o czym się mówi. Ludzie tutaj mieszkający, mówiąc, komentując jakąś sytuację, często podkreślali – czy to poprzez humor, czy przez zachowanie – swój dystans do niej. Mieli świadomość swoistej separacji od tego, co mówią. Umiejętność dystansowania się do własnych wypowiedzi jest niezwykle rzadkim rysem w innych obszarach kraju, gdzie ludzie inaczej doświadczeni przez historię częściej ostentacyjnie identyfikują się z tym, co mówią. Ale to dystans sprawia, że Ślązacy słyną z poczucia humoru i umiejętności bawienia się słowem.

Powiem Pani jednak, że dziesięć, piętnaście lat temu byłoby mi prościej odpowiedzieć na to pytanie. Użyłabym kilku ogólników – wspomniałabym o pracowitości, o przywiązaniu do kopalni. Mogłabym mówić o wyjątkowej pozycji kobiety w rodzinie śląskiej. Ale dzisiaj w świetle różnych badań prowadzonych na szeroko rozumianym Śląsku taki osąd coraz częściej nabiera charakteru przedwczesnego uogólnienia. Znaczącą pozycję kobiety spotykamy w prawie wszystkich kulturach agrarnych, chociaż w szczegółach w każdej kulturze Europy może to wyglądać troszkę inaczej. Kwestia pracowitości jest tym, co przywiązywało całe pokolenia rodzin górniczych do kopalni. Natomiast w sytuacji, gdy nastąpiła zmiana w sposobie zatrudnienia, okazało się, że członkowie rodzin górniczych mogą pracować w bardzo różnych zawodach. Nie muszą kultywować zawodu ojców i dziadków, co by oznaczało, że być może dzisiaj potrzebujemy nowego spojrzenia na tę specyfikę i potrzebujemy wyjścia z okopów tych stereotypów, które umieszczały Ślązaka w kręgu pięciu, sześciu absolutnie wyjątkowych cech. Trzeba by na nowo zbadać wzory kulturowe, a to niezwykle trudna sprawa, gdyż mamy do czynienia z dynamiczną rzeczywistością i niewielką liczbą fachowców przygotowanych do takich diachronicznych badań.

Myślę, że wielu ludzi uważa, że Ślązak jest rozpoznawalny, np. w Warszawie, po pewnego rodzaju prowincjonalizmie, po sposobie bycia, po specyficznym słownictwie.

Ode mnie na pewno Pani nie usłyszy o tego rodzaju stereotypach.

Często takie stereotypy są jednak utrwalane przez różnego rodzaju przekazy medialne, przez  seriale, kabarety.

Nie wiem, skąd bierze się zgoda na takie przedstawienie. Oczywiście w jakimś wymiarze jest to prawda, ale sprowadzanie całej prawdy do jej fragmentu jest kłamstwem. Kultura tego regionu jest specyficzna, ponieważ jest wypadkową specyficznych warunków, ale jest także analogiczna do innego rodzaju kultur, które pojawiły się na styku agraryzmu i industrializmu. Tu mamy do czynienia dodatkowo z różnymi wpływami państwowymi i dodatkowymi utrudnieniami, np. w manifestowaniu jasnej i prostej identyfikacji. Losy ludzi mieszkających na Śląsku były bardzo skomplikowane, często tragiczne; ukrywano je niekiedy przez całe lata. W zależności od tego, kto rządził, podawano różne życiorysy. Może tak nie powinno być, może należy zacząć od odgrzebania historii rodzinnych i przez historie rodzinne dotrzeć do określenia tego, co jest dorobkiem i dziedzictwem tego regionu, oraz tego, co nim nie jest. A może ta aura niedomówień jest jedną z cech śląskości? Może mówiąc o specyfice kultury należy zwracać większą uwagę na parytet między tym, co powszechne i tym, co wyjątkowe? Między tym, co znane wszystkim, a tym, co znane niektórym? Możemy np. mówić, że na tej ziemi urodziło się wielu noblistów, ale to wcale nie znaczy, że każdy Ślązak może wymienić ich nazwiska. Myślę, że często wie o nich tyle samo, co np. przeciętny warszawiak. Czas zrezygnować z łatwych diagnoz i zmienić przekonanie o wartości szybkich odpowiedzi na pytania dotyczące kultury.

Czy dla antropologa Śląsk jest ciekawym terenem?

Jest niezwykle ciekawy, ponieważ pozornie mamy tutaj do czynienia z bardzo dużą ilością śladów prowadzących do kultur lokalnych, które antropolodzy nazywają kulturami relatywnie zamkniętymi. Tymczasem na teren Śląska od kilkuset lat przyjeżdżali ludzie z najdalszych części Europy i Azji. Tu spotykały się wpływy kulturowe, które w efekcie dały niezwykle interesującą mieszankę – trudną do zintegrowania, a zarazem przyjęcia przez wszystkich. Mogłabym, poprawiając się, powiedzieć, że na Śląsku jest dużo różnych mieszanek kulturowych. Osoby tu żyjące mogą czerpać z tradycji lokalnej i światowej, a  to wszystko jest na tyle ze sobą splecione, że tworzy niejedną nową jakość. I właśnie te odmienne jakości są interesujące, gdyż stanowią potencjał tej ziemi. Wybór tylko jednej zubaża całość.

Nie wiadomo, dlaczego mamy kompleksy. Wydaje nam się, że nie nadążamy, że jesteśmy śmieszni, wycofani. A to nieprawda, Śląsk zawsze był w awangardzie, lecz ta awangarda nie dotyczyła wszystkich obszarów kulturowych. Nikt nie powinien zatem ani zapominać o swojej tradycji domowej, ani się tylko do tej tradycji ograniczać.

Zwróciła Pani profesor uwagę na to, że Ślązacy często zapominają o swojej historii. Czują się odrzuceni, mają kompleksy wynikające z miejsca urodzenia. Jak pani profesor myśli – o czym modelowy mieszkaniec tego regionu opowiadałby na kozetce u psychoanalityka?

Myślę, że jeśli chodzi o przeciętnego mieszkańca tego regionu, owa kozetka nie wchodziłaby w ogóle w grę. To pomysł na terapię pochodzący z innej kultury, spoza tego, co nasze. Oznacza opowiadanie o tym, co domowe, komuś, kto jest z zewnątrz. Starsi raczej się na to nie zgodzą: czują, że ta kultura przetrwała w swojej odmienności m.in. dlatego, że część jej tajemnic jest strzeżonych do dnia dzisiejszego. Być może należałoby zacząć od oswojenia tej swoistości tradycyjnymi metodami: przez literaturę i sztukę; przez sublimację dosłowności. Ale ten proces, który przecież już trwa, wymaga cierpliwości, spokoju i czasu. Spokojnego czasu na refleksję, koncepcję i realizację.

To również może Cię zainteresować:

Czytaj inne teksty autora:

Artykuł skomentowano jeden raz

Komentarze:

  1. [...] Prof. Ewa Kosowska, filolog i kulturoznawca na pierwszym spotkaniu zatytułowanym „Z łopatą na (po)łów” przedstawi antropologiczny aspekt pojęcia kreatywności w historii kultury. Zastanawiać się będziemy m.in. nad tym, co przez możliwość bycia kreatywnym wyróżnia człowieka od innych organizmów żywych. [...]

Skomentuj




Aby dodać komentarz przepisz tekst podany na obrazku poniżej.