Jaskółki i wojna, czyli o książce Germana Sadułajewa „Jestem Czeczenem”

„Zapewne mogą dalej tak żyć. Rano wyłączać budzik brzęczący w telefonie, myć zęby, golić się, napełniać wannę i pół godziny leżeć w ciepłej wodzie, rozpuszczając sny [...]. Jak gdyby nie istniało nic więcej. Jak gdyby nic więcej się nie zdarzyło”[1]. Ale zdarzyło się. Albo nie: raczej dzieje się, ciągle na nowo, nieprzerwanie bez końca. Bomby kulkowe, bomby paliwowo-powietrzne albo granatniki rozszarpują rzeczywistość, rozdzierają na strzępy serce i umysł, który potrafi przypominać już tylko o jednym. Wojna. Nawet gdy uda się z niej wyrwać, wciąż odmienia się ją przez wszystkie przypadki. A co gorsze posiada się tylko jeden czas – teraźniejszy.

Szymborska pisała, że po „każdej wojnie ktoś musi posprzątać”[2]. To bardzo pragmatyczne i rzeczowe podejście. Trzeba zebrać gruz, naprawić drogi, odbudować budynki. Zacząć od nowa. Tyle że najpierw należy zrobić tę rzecz najtrudniejszą: wyczyścić obolałą duszę z tysięcy tkwiących w niej pocisków. Sadułajew w swojej książce pokazuje, jak traumatyczny jest to proces i – prawdę mówiąc – chyba nie do końca możliwy. Szczególnie jeśli jest się Czeczenem?

Od pierwszej strony czuje się, jak bardzo osobista jest to książka, jak bardzo przesiąknięta emocjami. Jest jak wyznanie, pamiętnik, na który można przelać cały ciężar i trwogę, zalać go łzami, podrzeć kartki w przypływie gniewu i przytulić, kiedy samotność przydusza bezlitośnie. Ma się wrażenie, że autor pragnie poprzez nią dokonać swego rodzaju katharsis, a zarazem potraktować tę opowieść z jednej strony jako spłatę długu za życie, które jest, a z drugiej – jako pokutę za nieobecność, której, mimo upływu czasu, ciągle doświadcza. Pisze: „jestem tylko odpryskiem czyjegoś życia. I w szybie mojego serca odbijają się oczy – ale nie pamiętam, czyje”[3]. To bycie daleko: od rodziny, ojczyzny, wojny ratuje życie w sensie fizycznym, ale nie chroni przed ciężarem wspomnień i przypuszczeń: dlaczego? a gdyby?… Bohater książki przypomina mi trochę ocalonego z wiersza Różewicza. On także przeżył, ale czy potrafi czuć się szczęśliwym? Dominuje w nim raczej poczucie zagubienia i strachu. Tak bardzo potrzebuje drogowskazu, tego, by białe znów było białe, a czarne nie stawało się jakąś nieokreśloną szarością. A do tego wszystkiego nie wolno mu płakać…

„Jesteś Czeczenem? Nie, chyba nie. Ale bardzo chciałbym być”[4]. Choć być Czeczenem wcale nie jest łatwo. Sadułajew pisze o niezwykłym patriotyzmie tego narodu. O dogłębnej, prawdziwej miłości do matki ziemi, matki ojczyzny. O niespotykanej odwadze, honorze, umiłowaniu wolności tak wielkim, że wciąż na nowo popycha do walki i poświęceń. To opowieść-symbol, w której kryje się nie tylko ból, ale i poetyckie uniesienie, odkrywające choć odrobinę czeczeńskiej duszy, tak mało nam przecież znanej. I dlatego potrafi wzruszyć, napłynąć do oczu i wylać poza ich brzegi…

Czy warto przeczytać „Jestem Czeczenem”? Tak. Do końca. Warto pozwolić sobie na posłuchanie opowieści o tragedii wojny, niemal namacalne, choć to wszystko toczy się z dala od nas; opowieści o oddaniu i poświęceniu dla wartości rzeczywiście ważnych, o bólu, którego nie da się niczym zagłuszyć i o poezji, która nawet sąsiadując z brutalnością, nie traci nic ze swej niewinności.
————————————————————————

1. Sadułajew G., Jestem Czeczenem, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, s. 7.
2. Szymborska W., Koniec i początek
3. Sadułajew G., Jestem Czeczenem, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, s. 121.

4. Sadułajew G., Jestem Czeczenem, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011, s. 79.

German Sadułajew; „Jestem Czeczenem”; Wydawnictwo Czarne; 2011.

To również może Cię zainteresować:

Czytaj inne teksty autora:

Brak komentarzy

Skomentuj




Aby dodać komentarz przepisz tekst podany na obrazku poniżej.