Wirtualny dziekanat

Przychodzi baba do lekarza ze studentem w dupie.
Lekarz się pyta: Co Pani jest?
Ona: dziekanat.

(Ilustracja: Natalia Kaniak)

Czy spotkało Cię zdarzenie, które wywołuje uśmiech lub przywodzi na myśl traumatyczne wspomnienia? Zdarzają się „dziekanaty”, do których nie trzeba wchodzić z poczuciem winy, iż mąci się spokój tego świętego miejsca. Nie bez przyczyny użyłem cudzysłowu. Opowieści o sympatycznych paniach, które pomogą napisać podanie do dziekana, przypomną o ważnym terminie… Mnie osobiście zdarzyło natrafić na takie Panie (raz i to nie w moim dziekanacie). Są to jednak jakże miłe wyjątki.

Z pomocą wyobrażenia wyglądu przeciętnego dziekanatu przychodzi pismo skierowane do pracowników dziekanatów pod wdzięcznym tytułem „Pożoga i Skurcz”. To podziemna gazetka o nakładzie kilku tysięcy. Dzięki treściom w niej zawartym czerpiemy wiedzę, jak powinno wyglądać miejsce i kadra spod literki D.

Prawdziwy dziekanat jest tak straszny, że sam dziekan boi się przez niego przechodzić. Pomieszczenia powinny być ciemne, a na ścianach powinny wisieć zdjęcia petentów, którzy nie będą obsługiwani (ich liczba odpowiada liczbie osób na poszczególnych latach). Zdjęcia powinny być czarno-białe, twarze bohaterów powykrzywiane, w histerycznym lęku i boleści. Przeważnie w pomieszczeniach tych powinny zasiadać 2-4 panie. Koniecznie panie. Mężczyzna psuje cały obraz czarciego zakątka.

Wygląd to dosyć indywidualna sprawa. Przeważnie to leciwe zaprawione w boju aktywistki. Szukając jednak przykładnego osobnika czy raczej sztampowego składu  – powinna być w drużynie: chuda wysoka, gruba dowolna, trzecia trudno powiedzieć, bo nikt dokładnie nie wie, jak wygląda, ponieważ nerwy powodują wyrwę w fotograficznej pamięci człowieka. Chuda powinna, obleczona w czarny, długi, sięgający podłogi płaszcz z krwistym podszyciem oraz wysokim kołnierzem, poruszać się jak duch. Przemieszczać się, nie wykazując przy tym ruchu nóg, tak jak gdyby jeździła na wrotkach. Gruba powinna siedzieć. Nikt jeszcze nie widział, jak wchodzi do dziekanatu czy go opuszcza. O trzeciej boję się pisać.

Preferowany środek lokomocji to miotła. Nowe ładne modele z Hipermarketu z lśniącym włosiem nie wchodzą w rachubę. Powinna być drewniana, toporna. Dziś dziekanaty idą z duchem czasu, więc nie powinien dziwić zaparkowany przed wydziałem odkurzacz.

Jakie powinna posiadać usposobienie? Wyjątkowe! Można jednak doszukać się kilku uniwersalnych cech. Każda czynność w dziekanacie powinna sprawiać nieopisany problem. Naturalnie nierozwiązywalny problem, a co za tym idzie – irytację. Może z tą irytacją przesadziłem. Wściekłość i przekrwione bulgoczące białka oczu! Przy tym powinna być cierpliwa. Odpowiedzieć dopiero za trzecim ponowieniem pytania.

[Tutaj ważna uwaga, niezwykle przydatna umiejętność to taki przewrót oczu, abyśmy mogli zobaczyć źrenice z drugiej strony.]

Naturalną reakcją na chęć złożenia podania jest parsknięcie, ale takie uczciwe – z klasycznym uniesieniem ramion i szelmowskim uśmieszkiem. Gdyby się tak zdarzyło, że ktoś bezczelnie przyszedł po pieczątkę przedłużającą termin tej niepotrzebnej legitymacji (gdyby jej nie było, to studenci nie mieliby zniżek, a co za tym idzie – być może mniej dotarłoby ich na uczelnię) powinna szeroko otworzyć oczy ze zdziwienia, popatrzeć z rozbawieniem na kamratki, które w tym czasie już ze śmiechu zaczynają podchrumkiwać. Następnie popatrzeć na niepoważnego studenta, mówiąc (rubasznie się przy tym śmiejąc): ja, ja, przyjdź jutro… tam są drzwi… dobre to było…he heh he (pomiędzy he należy wstawić zaciąganie się powietrzem zakatarzonej osoby, by lepiej oddać wydobywający się dźwięk).

Wirtualność prawdziwego dziekanatu polega na tym, że tak naprawdę go nie ma, kiedy go potrzeba. Nie dziwią przecież godziny otwarcia w stylu: „otwarte, gdyśmy akurat są” lub „otwarte od 3 do 5 rano”, lub „otwarte, ale nie wchodzić” albo „otwarte w weekendy z wyjątkiem sobót i niedziel”.

Vip Student

Jakże inaczej wygląda sytuacja, gdy przychodzimy zapłacić za warunek (dobrze) lub za powtarzanie (lepiej) bądź za przywrócenie (nirwana). Panie w tym momencie dzielą się rolami. Jedna biegnie ku nam z przewieszoną przez przedramię śnieżnobiałą ścierką, usłużnie zapraszając nas, by sobie usiąść. Koleżanki w tym czasie wykonują ruchy rękami niczym kura skrzydłami, która postanowiła właśnie, że od dziś zaczyna latać i polować na owce. W efekcie słychać dźwięk pompowanego powietrza, a ich biusty drastycznie wzrastają.

Jedna z nich bierze czarny neseser i skuwa go za pomocą kajdanek ze swoją ręką dając przy tym pokaz swoich akrobatycznych umiejętności, zapewniając, iż kasa tutaj właśnie będzie najbezpieczniejsza. Ta ze ścierką usadza nas na wygodnym fotelu, podsadza pod buty niewielkich rozmiarów podnóżek i zaczyna czyścić nasze obuwie. Te napompowane, wijąc się wokół nas spazmatycznie, pytają zalotnie, w jakim celu ktoś przybył, ściągając usta w lejek, taką formułą: „jakiż to monsun przywiał Cię, miły Nieznajomy?” Ta z walizką przeskakuje za biurko, robiąc przy tym salto, i wyprężona jak struna, stojąc w szerokim rozkroku, otwiera walizkę, lekkim skinieniem głowy daje znak, że to już pora.

Gdybyśmy popatrzyli w dół, zobaczylibyśmy, jak ta ze ścierką kończy już polerować trzecią nałożoną własnymi włosami warstwę pasty do butów. Gdy już dokonamy formalności, ta z neseserem stuka obcasem o obcas, a w tym momencie wysuwają się jej z czubków butów ostre szpikulce. Następnie krokiem, który wygląda, jak gdyby miała się właśnie wywrócić na plecy na lodowisku, wychodzi z pokoju i udaje się w niewiadomym kierunku, poruszając się jednak cały czas w ten sposób, wyłączając możliwość ataku od przodu (od tyłu nikt by się nie odważył).

Relację Vip Studenta mam od Przyjaciela, który – podejrzewam – chce zachować anonimowość z wiadomych względów.

Nie zrażajmy się jednak realiami. Powinniśmy być zawsze dobrej myśli, być może tym razem trafimy do „dziekanatu”, a nie do dziekanatu.