Globalna szuflada: kultura na allegro

(fot: Ania Nicto)

Globalizacja to kolejny przegadany do granic możliwości temat. Mówi się o niej, słyszy się o niej niemal bez przerwy. O jej plusach i minusach, zagrożeniach i szansach, jakie ze sobą niesie. Jak mantrę powtarza się, że jesteśmy globalną wioską i w tych dwóch słowach dokonuje się charakterystyki współczesnych czasów. Jesteśmy tak blisko siebie, że prawie możemy chwycić się za ręce, zobaczyć swe twarze z odległości setek tysięcy kilometrów. Nosimy to samo, słuchamy tego samego i widzimy dokładnie to, co sąsiedzi zza któregoś z oceanów. Do znudzenia podobni i przewidywalni. Przynajmniej w tym ogólnym zarysie. Bo z perspektywy globalizacji ujednolicenie jest wartością i to wzmacnianą możliwością ogromnego zysku i związanej z nim władzy. Różnice – to tylko relikty przeszłości, szybko ulegające unicestwieniu. A z perspektywy kultury?

„Gość jest najpierw jak złoto, potem – jak srebro, w końcu – ciąży jak żelazo”. To przysłowie abisyńskie, jak dla mnie, jest doskonałą definicją globalizacji. Szczególnie dobrze się sprawdza w sferze kultury. Bo przecież nie da się zaprzeczyć – to, co nowe, technicznie doskonalsze, wzbudza zachwyt, kusi i przyciąga lśniącym chłodem metalicznych powierzchni. Wydaje się cenne jak skarb. Z czasem jednak na jego nieskazitelnym obliczu zaczynają pojawiać się pierwsze rysy i zadrapania. Aż w końcu srebrzysty połysk zamienia się w chropowatość żelaza. Przestaje być zachęcający. Staje się szkodliwym rupieciem. Niepotrzebnie zagracającym naturalny dotąd krajobraz.

Pewnie większość z Was widziała film „Bogowie muszą być szaleni”. I pamięta, jaką kolosalną rolę odegrała w nim pusta szklana butelka, wyrzucona z samolotu na terytorium zamieszkałe przez plemię Buszmenów. I tak to się właśnie zaczyna. Wielki świat wkracza najpierw przez maleńkie szpary w drzwiach i oknach, by potem, z całym impetem, zawładnąć izolowaną dotąd społecznością. Przynosi prąd i podkoszulki produkowane w Chinach, radio i nóż, naukę pisania i czytania oraz zasadę: wszystko jest na sprzedaż… nawet własna kultura i dziedzictwo.

Jak opowiada narrator filmu, butelka wzbudziła pośród żyjącego szczęśliwie, spokojnie i według pradawnych reguł plemienia ogromne poruszenie. I obudziła nieznane dotąd emocje: zazdrość, egoizm, chciwość, a nawet agresję. Stała się przyczyną cierpienia.

Dla nas ta butelka przyjmuje nieco inną formę. Najczęściej papierowego banknotu czy innego materialnego przedmiotu o nieskończenie wielu kształtach. W kulturze pierwotnej (i nie tylko) stają się nią także masowe media, pożerające czas i zwykle dokonujące bezwzględnej standaryzacji. Magia rytuału, barwne zwyczaje czy prastare wartości przegrywają z niebieskimi neonami szklanych ekranów. Ktoś powie: i co z tego? Świat nie może przecież stać w miejscu, a zmiany są naturalną koleją rzeczy. Tak, to prawda. Tylko dlaczego ta upragniona modernizacja przywdziewa tak drapieżne szpony i bez wahania rozszarpuje stary świat? Co gorsza, niszczy także jego moralność i bagatelizuje jego duchowy wymiar.

Wracając jednak do kultury. Bardzo trafnie Silbey ujął globalizację jako nowy „postindustrialny kolonializm”[1]. Niezwykle subtelny, bezkrwawy, przepojony hasłami dobrobytu i szczęścia na wyciągnięcie ręki. Kolorowo uśmiecha się z przepełnionych półek sklepowych i telewizyjnych odbiorników. Barwa nie gwarantuje jednak jakości, czasem jedynie efektownie przysłania jej brak. I tak często jest z treścią przekazów płynących z mass mediów. Szczególnie wśród społeczności słabo rozwiniętych, będących w początkowej fazie kontaktu z globalną siłą, charakteryzują się one płytkością i wulgarnością. Pokazują luksusową rzeczywistość, której się pragnie, w obliczu niełatwej codzienności, która jest tu i teraz. Marzenia o dobrobycie stają się coraz intensywniejsze. Dochodzi nawet do tego, że wystawia się własną kulturę i tożsamość na sprzedaż, na publiczny widok zgłodniałych wrażeń turystów. Zwiedzanie choćby masajskich wiosek czy możliwość zakupu prawdziwie egzotycznych przedmiotów, są coraz powszechniejszą ofertą biur podróży, liczących na większe zyski. Tu jednak wpada się w błędne koło: chcąc uciec od jednolitości i jednakowości globalizacji, pragnie się oryginalności i naturalności. Często jednak ten pierwotny świat, który wydaje się być ostoją spokoju, podskórnie przesiąknięty jest już zapachem pieniędzy (które nigdy nie śmierdzą…?) i chęcią ich pomnażania. Miał rację Szekspir mówiąc, że świat jest teatrem, a ludzie aktorami. Tylko czy prezentowany przez nich spektakl ma jeszcze coś wspólnego z prawdą? Czy nie jest tak, że po wyjeździe zagranicznych gości zwija się bambusowe stroje, opuszcza się gliniane, prowizoryczne domki i przenosi się do betonowych bloków?

Bywa, że to, co zaczyna być zaliczane do sfery wspomnień i przeszłości, budzi sentyment, tęsknotę, żal. Nieraz trudno pogodzić się z czymś, co odchodzi, z wizją świata, jaką prezentował choćby Bronisław Malinowski. Ale jest to nieuniknione. I nie ma co tu demonizować globalizacji, nawet jeśli, jak twierdzi Bauman, „przynosi wielkie korzyści [tylko] nielicznym”[2]. Zmian nie da się zatrzymać. Może nawet nie wolno tego robić? Ale świat niepomiernie traci na bagatelizowaniu ludowych mądrości czy zrywaniu kontaktu z naturą. Oby tylko do reszty nie stał się tak zimny, próżny i konsumpcyjnie doskonały[3], jak opisywany Singapur z książki Tiziano Terzaniego. Oby ludzie potrafili oddychać nie tylko „klimatyzowanym powietrzem”[4]…

 

—————————————————————————————————–

Więcej na ten temat w polemicznym tekście Michała Zalewskiego
„Co wyciągniesz z globalnej szuflady?”

—————————————————————————————————–


[1] Wojciech J. Cynarski, Proces globalizacji. Dialog kultur czy konflikt wartości?, Instytut Europejskich Studiów Społecznych w Rzeszowie, Rzeszów 2002, s. 23.

[2] Wojciech J. Cynarski, Proces globalizacji. Dialog kultur czy konflikt wartości?, Instytut Europejskich Studiów Społecznych w Rzeszowie, Rzeszów 2002, s. 27.

[3] Tiziano Terzani, Powiedział mi wróżbita. Lądowe podróże po Dalekim Wschodzie, ZYSK I S-KA, Poznań 2008, s. 161.

[4] Tiziano Terzani, Powiedział mi wróżbita. Lądowe podróże po Dalekim Wschodzie, ZYSK I S-KA, Poznań 2008, s. 164.