Prezydentki

Bądźmy między sobą szczerzy, tutaj nie zdarzy się już nic więcej. Pokój ciasny jak pudełko zapałek, na kanapie przetarty koc, tuż obok zardzewiały i nieszczelny zlew, w mlecznej strudze światła wirują srebrne strzępy kurzu. Kobiety są trzy, ale jakby była tylko jedna: nie zostało przecież nic do odkrycia, całym kosmosem rządzi ten sam smutek i ta sama tęsknota, te same obawy wciąż strzępią nasz głos i gaszą ciepłe iskry w naszych oczach.
(ilustracja: Ewa Doroszenko)

Przyszłość już dawno była, cóż więc można jeszcze dodać; i gdzie pójść dalej, jeśli tuż za progiem tylko odległe światy, znane z telewizji (pokrzywiona antena, szum, po ekranie skaczą białe plamy) albo z  wyblakłych pocztówek (kim dla mnie byłeś i dlaczego byłeś, skąd ta pocztówka i dlaczego nazywałam Cię synem, dlaczego nie pamiętam kształtu Twoich warg, nie pamiętam bladych żyłek odrysowanych na karku i sztywnej szczeciny nad niskim czołem?). Ech, może zdobądźmy się wreszcie na prawdę: i tak nic nam nie zostało oprócz tej ostatniej rozmowy, oprócz słów cierpkich i niedbałych, słów brzęczących jak garść cynowych koralików, słów cedzonych z wysiłkiem przez zaciśnięte zęby, zdradzających już nawet nie gorycz, a tylko beznadziejnie fizjologiczny lęk. Niczego więcej nie mogą nam przecież opowiedzieć Prezydentki Wernera Schwaba i Krystiana Lupy; niczego zresztą  więcej nie pragnie dla siebie ta chorobliwie sterylna przestrzeń, przestrzeń odgrodzona od rozkładu tylko odrapanymi ścianami z tektury i ciężarem żeliwnych drzwi, przestrzeń zamknięta zmętniałym murem alkoholu w źrenicach, gwałtem pornograficznych marzeń i gestów, przemienianych wciąż od nowa w zwierzęcy krzyk lub religijny obłęd.

Tyle o spektaklu: drastyczne wcielenie wulgaryzmu w seksualny mit, obrzydliwa dialektyka wychodka, przerażenie jako konstytucja ludzkiego ciała. Prosta narracja codzienności, podobna jednak w swojej estetyce aktowi trawienia albo wypróżniania jelit; i kto wie, może celna, jeśli naprawdę chcemy powiedzieć tylko tyle, że czas zwyczajnie mógł się skończyć, zabierając ze sobą całą cudowną tęczę namiętności i nieugaszone pragnienie pełni, że nad naszymi dachami już na zawsze zawisły ołowiane listopadowe chmury. Nie mam jednak wątpliwości: zwyczajnie wstrętna w sposobie wyrazu, jeżeli chcemy powiedzieć coś więcej. Naiwność jako przyczynek do wrażliwości – chociaż to przecież być może mi brak racji, kiedy tak kategorycznie odmawiam wstrętowi prawa wstępu na deski teatru i kiedy wolę inne niż kał klucze do transcendencji.

—————————————–
Prezydentki
Wernera Schwaba i Krystiana Lupy