Podróż za trzy dziurki, czyli reportaż podróżniczy ze strażą miejską w tle

(fot: Katarzyna Niedurny)

Przejeżdżając tramwajem czy autobusem przez aglomerację śląską, mam czasem wrażenie, że jest jednym wielkim miastem – posiadającym jedynie dzielnice o nazwach: Chorzów, Bytom czy Katowice. Wyglądam przez okno i nie wiem, gdzie kończy się jedna, a zaczyna druga; za oknem te same budynki, ci sami ludzie. Zdanie „Mieszkam na Śląsku” wygłoszone w stosunku do kogoś z innego rejonu Polski, służy za całą lokalizację mojego miejsca na ziemi. Można więc zapytać: czy nie wystarczy poznać jednej „dzielnicy” aglomeracji, by znać je wszystkie? Czy może jednak każda z nich jest czymś niepowtarzalnym? By na własnej skórze przekonać się, jaka jest odpowiedź, razem z koleżanką Różą postanowiłyśmy okiem turysty i podróżnika przyjrzeć się okolicznym i dobrze znanym nam miastom. Bo może nie jest tak, jak mówi przysłowie, że cudze chwalicie – swego nie znacie, a raczej: Swoje znacie, a dalej go nie chwalicie?

Jo sie pytom, kaj je Bytom?, czyli pierwsza weryfikacja celu.

Czy i czym wyróżnia się to miasto na tle innych w naszym regionie? Aby sprawdzić, jak Bytom sam potrafi siebie zareklamować, odwiedziłam rzecznik prasową miasta, Katarzynę Krzemińską-Kruczek.

Bytom wyróżnia się przede wszystkim historią. Jest miastem starszym od Krakowa, gdyż ma już 756 lat. To jest nasz podstawowy atut, a tym, co się z nim wiąże, jest bogata tradycja, objawiająca się na przykład w dużym wyborze miejscowych legend. Bytom jest miastem multikulturowym. Tutaj od wieków ścierały się wpływy niemieckie, czeskie, żydowskie i lwowskie. To także budowało naszą odrębną bytomską kulturę. Jest to również miasto bardzo ciekawej architektury – niestety bardzo zniszczonej na skutek wydobycia górniczego. Bytomskie budynki ciągle narażone są na ruchy gruntu. To ostatnio w mniejszym stopniu dotyczy centrum, ale niestety oznaki tego procesu są dalej widoczne w naszym mieście. Naszą dumą jest również kolejka wąskotorowa – najstarsza nieprzerwanie czynna kolej wąskotorowa na świecie. Można się nią przejechać z dworca PKP do zalewu Chechło. Mija się po drodze elektrociepłownię Szombierki, rezerwat, Dolomity – sportową dolinę. A także takie ciekawe miejsce, jak kopalnia srebra w Tarnowskich Górach.

Bytom jest rzeczywiście miejscem, z którym związana jest duża liczba legend. Choć rodowód miasta wydaje się czymś, co zazwyczaj interesuje tylko jego mieszkańców, i to nawet nie wszystkich, przyznam, że bytomski brzmi całkiem ciekawie:

„Gdy książę Kazimierz Odnowiciel w 1041 roku w drodze powrotnej z Krakowa wraz z oddziałem swoich rycerzy wyjechał z lasu miechowickiego, rozejrzał się po okolicy (…). Ludność z ubiorów wyglądała na myśliwych, pszczelarzy i górników. Wtedy to wspomniany wcześniej rycerz, a był nim Czechus, wojewoda krakowski, zapytał napotkanych pośród zgliszcz na pół wypalonego domu ludzi:
– Był tu nieprzyjaciel?
Otrzymał odpowiedź:
– Był tu.
Wtedy to Kazimierz zwany Mnichem, który wracał wezwany z Cluny do Polski, rzekł:
– Niech więc ta miejscowość nazywa się odtąd Byłtu (stąd późniejsze nazwy Bytum, Bytom) – każemy ją na nowo odbudować”.

My tymczasem, nie mając pojęcia o legendach, zabytkach i historii miasta, rozpoczęłyśmy zwiedzanie od znanego Ślązakom eklektycznego dwufasadowego budynku Opery Bytomskiej. Miejsce to od początku swojego istnienia było związane z działalnością kulturalną. Do 1945 roku miały tu siedzibę teatr miejski oraz dom koncertowy. Budynek nieuszkodzony przetrwał do 2000 roku, kiedy to z niewyjaśnionych przyczyn stanęła w ogniu jego sala baletowa. Dzięki pomocy z kraju i zagranicy udało się w 2005 roku zakończyć przymusową renowację. Zespół operowy z Bytomia powinien być „broszką”, jaką Ślązacy z dumą mogą wypinać na swoich piersiach. Wybitny poziom, uznanie, koncerty w większości stolic europejskich, a także dwukrotne tournée po Stanach Zjednoczonych. Niestety, o godzinie 9.30 rano nie dane było nam posłuchać muzyki.

Obok gmachu Opery można zobaczyć ósmy cud świata. Przepiękne liceum imienia Bolesława Chrobrego – secesyjny budynek z 1901 roku, zbudowany według projektu Bruggera. Cały pokryty jest różnokolorowymi kafelkami, od których odbija się światło, sprawiając, że budynek błyszczy z każdej strony. Na dachu znajduje się wieża, tuż pod nią herb miasta a na niej czarny zegar. Po drugiej stronie budynku widnieje niemieckojęzyczny napis: Hier streb’ die Jugend mit Fleiß und Tugend (tutaj młodzież trudzi się z pilnością i cnotą). Ciekawe, co na ten temat mieliby do powiedzenia uczniowie tego liceum? Dziś nie mogłam ich o to zapytać, w końcu trwają wakacje, w liceum spotkałam tylko dwie osoby – panie woźne, które pozwoliły nam wejść do środka. Ściany pomalowane są tu na charakterystyczny dla szkół jasny kolor bez wyrazu, sufity wygięte w łuki, duże okna, w rogach korytarzy poustawiane są duże kwiaty. Wszystko zresztą jest tu ogromne i przytłaczające. Na drugim piętrze znajduje się aula – w dawnych latach miejsce przeznaczone do odprawiania mszy dla uczniów; w czwartki katolickich, a w środy ewangelickich. Scena służyła przed wojną za ołtarz, tuż obok mieściła się zakrystia. Obok auli od lat mieści się sala biologiczna. Na półpiętrach wiszą ścienne gazetki. Doszukałam się historii Portugalii, opowieści o liceum nie znalazłam. Dane statystyczne szkoły (znalezione w Internecie) mówią, że w 1930 roku najpopularniejsze wśród absolwentów były zawody: nauczyciel szkoły podstawowej, chemik, filolog, kolejarz, lekarz. Dziewięć lat później zaczęła się wojna. Budynek przetrwał, szkoła została i trwa tam do dziś. Tak jak wiele dawnych budynków, opowiadających przechodniom bytomską historię.

Bytom pełen jest ciekawej architektury. Miasto rozkwitało w XIX wieku. Obiekty, które wówczas powstawały, były bardzo bogate i dobrze wyposażone, gdyż miały świadczyć o pozycji społecznej ich właścicieli. Do dzisiaj stanowią perełki architektoniczne naszego miasta. Mamy tu również wiele obiektów postindustrialnych, których możliwości nie do końca zostały jeszcze wykorzystane. Czekamy na ludzi , którzy chcieliby się zająć takimi obiektami. Myślę tu głównie o kopalniach, które zostały w minionym dziesięcioleciu zamknięte i związanych z nimi obiektach. Przykładem dobrego wykorzystania takiego terenu jest szyb Krystyna, który został kupiony przez prywatnego sponsora i obecnie będzie remontowany. Jest to też cechownia kopalni Rozbark, wchodząca w skład całego kompleksu budynków, które w przyszłości mają być jednym z elementów tworzących centrum tańca. Te obiekty są bardzo charakterystyczne, ponieważ powstawały z myślą, by być czymś wyjątkowym w swoim otoczeniu.

Po opuszczeniu liceum usiadłyśmy przy fontannie ustawionej na placu Sikorskiego i oddałyśmy się lekturze Gazety Bytomskiej. Wówczas w mieście organizowana była akcja „Bytom na szóstkę – promocja 6 tras turystycznych w mieście”. Zdaniem jednego z dziennikarzy gazety: „Mi się zdo, co i 10 takich ścieszków szłoby srobić. Przeco momy tych urokliwych starych domów i miejsc ze historią pośrodku wiela. Bo i taki, na tyn przikład, Żabi Doły urokliwe som ze tym wszyjstkim, co tam wyrosło z ziymi, i co se żyje we tych krzokoch. I park we Miechowicach, co mo skryte za starymi dzewami konski zamku Thiele Winklera, i dom Matki wy, i Sroczo Góra, i wiele, wiela inkszego…”(„No i momy, co my chcieli…”. Bytomska Gazeta Miejska, nr 64).

Czy rzeczywiście miasto miałoby ochotę zrobić te „10 ścieszków”?

Na pytanie o kontynuację akcji pani Krzemińska-Kruczek odpowiada:

„Bytom na szóstkę” jest projektem finansowanym ze środków unijnych, który niedługo dobiegał będzie końca. Jeśli znajdą się środki na jego kontynuację, a w mieście mamy bardzo wiele innych palących potrzeb, na pewno będzie dalej realizowany. Na razie takich środków nie mamy, ale myślę, że ta akcja zwróciła wystarczająco uwagę mieszkańców na miejscowe atrakcje i na razie wystarczy.

Rynek bytomski jest miejscem, którego nie mogłoby się powstydzić żadne typowo turystyczne miasto. Jest to prostokątny plac, wokół którego stoją kolorowe, zadbane kamienice, śmiało mogące się równać z tymi wrocławskimi. W jego centralnej części znajduje się fontanna na czerwonym podeście. Przez to rynek jest nazywany czasem „placem Czerwonym”. Obok niej stoi też rzeźba śpiącego lwa, wykonana przez Theodora Kalidego, o którą władze Bytomia stoczyły walkę z władzami stolicy. Rzeźba postawiona była w Bytomiu w 1873 ku czci żołnierzy poległych w wojnie polsko-francuskiej, znikła stąd w latach 50. Do złudzenia przypominający go zwierzak z brązu po latach został odnaleziony w Warszawie jako ozdoba stołecznego ZOO. Władze Bytomia, po wykonaniu wielu ekspertyz, zwróciły się z prośbą o oddanie miastu odlewu. Stołeczni radni utrzymywali zaś, że prace historyków nie dają pewności, czy lew rzeczywiście się bytomianom należy. Porozumienie osiągnięto dopiero po dwuletnich rozmowach, a śląskie miasto dostało rzeźbę w depozyt.

Czy dzięki śpiącemu lwu oraz fontannie rynek może być nazywany symbolem miasta?

W Bytomiu ciężko jest wyróżnić jedno miejsce, które mogłoby stać się symbolem miasta. Pytani mieszkańcy często wahają się między rynkiem a Operą Śląską, które są najbardziej charakterystyczne dla miasta. Ja jednak myślę, że każdy z nich ma swoje miejsce, na które kieruje uwagę osób przyjezdnych. Bytom nie jest typowym miastem turystycznym i nigdy nim nie będzie. Tu przyjeżdża się najczęściej, by korzystać z wydarzeń kulturalnych – nazywamy to turystyką kulturalną. Oprócz tego często spotykamy się z turystyką sentymentalną. Bardzo dużo ludzi wyjechało z Bytomia w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Teraz, po latach, zaglądają do swoich rodzinnych stron, odwiedzają rodziny i przyjaciół.

Wprost z bytomskiego rynku poszłyśmy w kierunku kościoła św. Ducha, by zobaczyć dawne mury obronne i średniowieczną bramę. Spotkało nas tu klika rozczarowań – konkretnie trzy. Pierwszym był kościół, drugim mury, a trzecim brama. Ale po kolei. Kościół jest dość niewielki, mały, biały, o kształcie walca, brudny, porysowany różnymi sprayami, a w dodatku zamknięty. Skąd rozczarowanie? Wyobraźnia zaprowadziła nas w ciemny zaułek, bowiem spodziewałyśmy się więcej po przeczytaniu relacji Józefa Lompy z „Bajek i podań”:

„Wychodząc z miasta, wstąpiłem do kościoła św. Ducha, na gruncie szpitalnym stojącego, w ośmiobok wystawionego na małym pagórku, na tym miejscu, gdzie roku 1298 Władysław Łokietek, król Polski, uciekając przed swoim przeciwnikiem do Władysława, księcia opolskiego, z rotą swych wiernych nocował. Gdy powrócił, z wdzięczności ku Bogu tu kościół z drzewa wystawił, polecając opatowi miechowskiemu, ażeby proboszcz dóbr Chorzowa i Dębu w pobliżu Bytomia, roku 1257 przez przodków jego klasztorowi miechowskiemu darowanych, z ich dochodów ten kościół utrzymywali”.

Dodam też, że bramy i muru pomimo szczerych chęci nie znalazłyśmy. Nikt nie umiał nam w tych poszukiwaniach pomóc, w końcu zrezygnowane stanęłyśmy nad kupą kamieni.

– Ty, popatrz, te kamienie są takie… starodawne… i na upartego tworzą mur – zagadnęłam.
– O są tu schodki i dziura. Myślisz, ze to brama? – ochoczo zgodziła się Róża.

Na wszelki wypadek zatrzymałyśmy się przy niej na chwilę i obejrzałyśmy z każdej strony. Po chwili, niepewne sukcesu, udałyśmy się w stronę ulicy Sokoła, by tam, na miejscu dawnych błoni, chwilę pomarzyć o jednej z bytomskich tajemnic.

„W Bytomiu, w klasztorze minorytów, zakonnicy zamurowali srebrną statuę Chrystusa i dwunastu apostołów. Miejsce schowka wskazuje w czasie pełni księżyca jego światło, przechodzące przez otwór od klucza bramy kościelnej”.

Gdy już prawie uknułyśmy plan zdobycia skarbu, naszą uwagę odwróciła nowoczesność i technika. Tramwaj! Stary tramwaj! Bynajmniej, w naszej okolicy nic dziwnego, ale ten pochodził z 1949 roku i był pierwszym modelem wykonywanym w chorzowskiej firmie Konstal po II wojnie światowej. Nie jest to wynik luk budżetowych czy braków w zajezdniach KZK GOP, lecz kolejny pomysł na promocję miasta. Ulicą Piekarską, na linii 38, codziennie kursuje tramwaj o wdzięcznej nazwie Konstal N. Jest najstarszym w Europie pojazdem regularnie obsługującym kursy liniowe. Bytom zresztą od dawna wyróżniał się na tym tle; tutaj powstała pierwsza linia tramwajowa na Górnym Śląsku – pokonywała trasę Piekary-Gliwice. Trasa Konstalu N wygląda następująco – postój około 5 minut, trasa 3 minuty, postój 5 minut i z powrotem, jednak nie liczy się długość, a przeżycia. A tramwaj ten gwarantuje chwile wręcz niezapomniane. Pierwsza z nich wiąże się zdecydowanie z jego nietypowym dla współczesnych wystrojem. Drzwi posiada on z obu stron, dlatego obojętne, po której stronie ulicy się na niego czeka – zawsze można wskoczyć. Tym bardziej, że drzwi pozostają cały czas otwarte, aż kuszą, by wyskoczyć w biegu. W środku zamiast typowych plastikowych krzesełek znajdują się ławki – jak z parku. Jednak dla mnie zdecydowanie najbardziej interesującym elementem wystroju był kasownik. Dość długo stałam, nie wiedząc, jak się za niego zabrać. Tymczasem po próbach udanych mniej lub bardziej okazało się, że wystarczy wsadzić w szczelinę i przycisnąć. Na bilecie pozostają trzy dziurki.

– He, ale to bez sensu, zawsze możesz tu jeździć na tym samym bilecie i nikt się nie zorientuje – stwierdziła Róża.
– Ale tu się codziennie układ dziurek zmienia – niespodziewanie odpowiedział pan motorniczy.

Przynajmniej wiemy już, ile dziurek warta jest najprzyjemniejsza część tej podróży.

Przyznaję szczerze – oferta miasta jest nie do pogardzenia, ale także nie do przejścia. Liczne zabytki, domy, cmentarze i kościoły umknęły naszej uwadze. Po 4 godzinach chodzenia poczułyśmy się okropnie zmęczone.

————————————————–
Tekst nieautoryzowany przez panią rzecznik Katarzynę Krzemińską-Kruczek.