Autobusowy Flâneur – reżyser miejskiego życia

Flâneur, niespieszny przechodzień „z żółwiem na smyczy”, kluczowa postać XIX-wiecznych paryskich pasaży, esteta i dandys, którego nuda wygania na przechadzki, traktujący przestrzeń miejską jak wnętrze swojej kamienicy. Flâneur, czujny detektyw lub reporter, gotowy natychmiast podążyć za interesującym i fascynującym miejskim tropem, zboczyć z utartego szlaku i zabłądzić w labiryncie ulic w poszukiwaniu sensacji ukrytej za rogiem czy w bramie. Flâneur, reżyser miejskiego życia, obecny w tłumie, ale jednocześnie w nim schowany, snujący w głowie własne scenariusze i obsadzający w wymyślonych rolach mijanych przez siebie przechodniów. I wreszcie flâneur, pilny czytelnik miejskiego palimpsestu, gdzie w odrapanych murach, w sąsiadujących ze sobą budynkach z różnych epok, w brukach i chodnikach śpi wielowarstwowa przeszłość miasta.

(fot: Marek Grajcar)

(fot: Marek Grajcar)

Persona na wskroś miejska, miastem oddychająca, przez miasto ukształtowana i ukonstytuowana, wsłuchana w jego rytm i zapatrzona w ślady.


Miasto postmodernistyczne. Miasto epoki „płynnej”, gdzie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość egzystują obok siebie, mieszając się i migocąc. Miasto epoki „schizofrenicznej”, parafrazując Frederica Jamesona, która tworzy tożsamości żyjące seriami wiecznych „teraz”, wyabstrahowanych, zawieszonych w próżni epizodów. Miasto epoki, która przesiąknięta jest konsumpcjonizmem, gdzie z każdego kąta migocą neony reklam, gdzie rozpościerają się plansze billboardów, gdzie „galerie” i „pasaże” są przeważnie handlowe. Miasto epoki, gdzie każdy spieszy przed siebie, gdzie wyścig szczurów zaczyna się już na ulicy, gdzie każdy patrzy przed siebie, a rzadko dookoła.

Teoretycznie nie ma w nim miejsca dla flâneura – zadumanego, leniwego intelektualisty o szczególnej wrażliwości estetycznej. Spełnił się zły sen Edgara Allana Poe. Człowiek tłumu musi walczyć o przetrwanie w wielkomiejskiej dżungli. Namiastkę schronienia, przestrzeń do swobodnych wędrówek znajduje jedynie w galeriach handlowych i w telewizji, gdzie jednak wszelka spontaniczność i wolność są pozorne, bowiem wszystkie te kolorowe, atrakcyjne widoki podane są na tacy, mając na celu dotarcie po nitce wzroku do kłębka portfela tego – jak chce Zygmunt Bauman – „flâneura wywłaszczonego”.

A.D. 2010. Środek rozbuchanego, konsumpcjonistycznego, atożsamościowego, niespójnego i rozedrganego postmodernizmu. Albo wręcz – jak już chcieliby niektórzy – postpostmodernizmu. Jedna z głównych ulic Katowic, które może nie stanowią stolicy postmodernistycznej Europy, jednak mnogość widocznych reklam, pośpiech, ruch, sznury samochodów, sznury ludzi i widoczny na horyzoncie gmach Silesia City Center mówią swoje.

Zaczyna się już na przystanku. Ten szary pas chodnika upstrzony papierkami, z krążącymi po nim gołębiami; barwny tłumek ludzi oczekujących na autobus; splatające się na skrzyżowaniu wstęgi pojazdów. Szum i rytm, w innej tonacji auta, w innej stukająco-szumiące tramwaje, w innej autobusy ryczące niczym olbrzymie juczne zwierzęta. Także zapachy – ktoś pali mimo zakazu, ktoś wyperfumował się odrobinę zbyt mocno, ktoś w torbie wiezie kapustę, a na kogoś nie trzeba nawet patrzeć, żeby zgadnąć, że jest bezdomny…

Jednakże to dopiero preludium, wstęp dopiero zaostrzający zmysły, szykujący na to, co zacznie się w momencie wejścia do autobusu.

(fot: Marek Grajcar)

(fot: Marek Grajcar)

Autobus, linia 23, kurs w stronę przystanku „Zabrze Goethego”, jednak dla niżej podpisanej tylko do „Bielszowice Fińskie Domki”. Trasa długa, prawie godzinna, przez Katowice, Chorzów, Świętochłowice, wreszcie Rudę Śląską. Wycieczka krajoznawcza po Śląsku. W godzinach południowych nie ma dużego ruchu, zatem można zająć miejsce siedzące, wedle uznania włożyć słuchawki w uszy i przyszykować się na rozpoczęcie spektaklu. Ba, nawet dwóch.

Pierwszy wewnętrzny. Wewnątrzspołeczny nawet, bo wszak pasażerowie autobusu na ten, krótszy lub dłuższy, moment wspólnej podróży tworzą swoją małą społeczność. Niektórych się już rozpoznaje – ten mężczyzna, który kolejny raz ubrał sweter w romby i ten, którego iście sarmacka postura i wąsy Zagłoby wręcz kłócą się z dżinsową kurtką. Wielu nowych. Jak ta para, chłopak i dziewczyna, którzy po chwili, pomimo niewygodnej pozycji, zasypiają wtuleni w siebie i wydaje się, że śpią naprawdę głęboko. Zmęczenie, niewyspanie czy po prostu poczucie bezpieczeństwa, jakie daje obecność drugiej osoby? Grupa ludzi, prawdopodobnie rodzina: mężczyzna koło pięćdziesiątki, około trzydziestoletnia kobieta, nastolatka i dwoje dzieci w wieku szkolnym: chłopiec i dziewczynka, jedno ładniejsze od drugiego. Brat i siostra siedzą obok siebie w milczeniu, ale coś pozwala sądzić, że rodzeństwo łączy pewna szczególna więź – może to podobieństwo w poważnym spojrzeniu dużych ciemnych oczu, a może fakt, że siedzą nieco dalej od reszty domniemanych krewnych.

No i całokształt – wszystkie gesty, miny, czynności; jedni drzemią, inni czytają, jeszcze inni jedzą, rozmawiają, śmieją się, kłócą się przez telefon, gapią w okno, słuchają muzyki. Wsiadają, wysiadają, przepychają, przepraszają, otwierają i zamykają okna. Dokąd jadą? Skąd? Gdzie mieszkają? Przyjrzyj się. Sam możesz to wymyślić.

(fot: Marek Grajcar)

(fot: Marcin Dziadak)

Wreszcie spektakl drugi, zewnętrzny. Choć trasa autobusu nie ulega zmianie i z czasem można już samemu recytować z pamięci nazwy przystanków, to jednak ulice mają to do siebie, że każdego dnia oferują coś nowego na starym tle. Miejski palimpsest odsłania kolejne warstwy.

Osiedle Tysiąclecia. Ronda i wieżowce, połacie zieleni skontrastowane z nieco bezosobowymi bryłami wielopiętrowych bloków. Na jednym z trawników piękna kompozycja z przystrzyżonego krzewu i kwiatów przedstawiająca pawia. Na chodniku przy rondzie zasuszone truchło szczura.

Chorzów Batory. Na dzień dobry stylistyczny paradoks: przed niewielkim barakopodobnym sklepem spożywczym podest z wyrzeźbionymi, dostojnie leżącymi figurkami lwów. Brzydkie, szare, obskurne okolice dworca i jakby żywcem przeniesiony sprzed dekad bar mleczny. Sunący obok autobusu tramwaj jakby walczył z nim o prawo do wyznaczania rytmu ulicy.

Świętochłowice. Wąska, obskurna przestrzeń Batorego rozszerza się i rozjaśnia tuż przy skwerku rozpościerającym się przed parkiem. Potem wjazd pod tunel, zieleń robi się ciemniejsza i dziksza, widać słabo zabudowane obrzeża osiedli, zamknięty na głucho bar „Jorgusiowy Raj” (kim był Jorguś i czemu musiał zamknąć interes?).

Ruda Śląska. Po jednej stronie ulicy cmentarz, po drugiej wyłaniające się spod trawy fundamenty. Porośnięte mchem kamienne schodki wyglądają jak nie z tego świata, jakby prowadziły w inny, magiczny wymiar, co podkreśla przesączające się przez liście drzew złote światło słońca. Plansza obok informuje o stojącym tu kiedyś kościele, ale autobus jedzie za szybko, by dowiedzieć się czegoś więcej. Centrum Nowego Bytomia – studyjne kino Patria, szalet miejski, monumentalna wieża kościoła świętego Pawła i wręcz cyberpunkowe kontury Huty Pokój tworzą kolaż łączący ze sobą niemal każdy przejaw ludzkiego życia: od naturalistycznego, przez kulturalny, do duchowego. Aspekt konsumpcyjny pojawia się wraz z mijanym Centrum Handlowym Plaza. Swojski, górniczy klimat tworzą mijane familoki i przypominająca zaniedbany dwór Kopalnia Bielszowice.

Autobus zatrzymuje się na osiedlu Fińskich Domków. Dla niektórych to koniec podróży i koniec przedstawienia. Pora wysiadać i sprawdzić, czy stary husky znów będzie spał na schodach pierwszego mijanego domku, czy dzieciaki wybrały się już na rowerowe przejażdżki i jakie samochody są dziś zaparkowane przed bramą warsztatu.

Kolejny spektakl za parę godzin – w drodze powrotnej.

Nieważne, na co, ważne, jak się patrzy. Postmodernistyczne wymieszanie płaszczyzn czasowych i przestrzennych wcale nie wywłaszcza flâneura z ulicy. Owszem, zmusza go niejednokrotnie, by puścił smycz z żółwiem, by przyspieszył kroku, ale jednocześnie wyczulił też spojrzenie. Czasem narzuci mu rytm i kierunek wędrówki, ale to uczy go tylko, by nie poddawał się biernie okolicznościom, a nauczył się wyławiać ciekawostki z tego, co jest mu dane. Palimpsest mieni się, tekst nieraz się rozmywa, reklamy wrzeszczą, a towary wyciągają macki we wszystkie strony. Ale prawdziwy flâneur to jednocześnie prawdziwy intelektualista i nie da ogłupić się konsumeryzmowi, a przyjrzy mu się krytycznie i wyciągnie własne wnioski. W centrum handlowym odwróci wzrok od metek z ceną i stworzy frapujący scenariusz z udziałem klientów czekających w kolejce do kasy, po to, by następnie udać się w brudne bramy robotniczego osiedla – wszak brzydota to też kategoria estetyczna.

Modernistyczne paryskie pasaże miały swojego flâneura, postmodernistyczne przestrzenie wielkomiejskie mają swojego – czy to pędzącego w tłumie przez przejście dla pieszych, czy to wędrującego między regałami w supermarkecie, czy też właśnie przyklejonego do szyby autobusu. Możesz być jednym z nich. Rozejrzyj się. Wsłuchaj. Zauważaj. Myśl.

(fot: Beata Rakoczy)

———————————————————————————-

Polecamy kontynuację tekstu – fotokast Marka Grajcara „W okna mgnieniu”.
———————————————————————————-

– Zygmunt Bauman, Dwa szkice o moralności ponowoczesnej, Poznań 1993
– Michał Dzionek, W stronę antropologii przestrzeni. Flâneur – szkic do portretu, http://www.anthropos.us.edu.pl/anthropos2/texty/dzionek.htm
– Frederic Jameson, Postmodernizm i społeczeństwo konsumpcyjne, [w:] Postmodernizm. Antologia przekładów, red. Ryszard Nycz, Kraków 1997
– Anna Zeidler-Janiszewska, Dryfujący flâneur, czyli o sytuacjonistycznym doświadczeniu miejskiej przestrzeni; [w:] Przestrzeń, filozofia i architektura, red. Ewa Rewers, Studia kulturoznawcze t.12, Poznań 1999.