Gorzki smak teatru…

Teatr narodził się z ducha biesiady. Z ducha śpiewu i święta. Przede wszystkim jednak z ducha wspólnoty. Antyczne początki sztuki teatralnej są ściśle związane z rytuałem religijnym, zakładającym uczestniczenie wielu ludzi. Pierwsze teatry powstawały na stokach wzgórz, tak, aby na widowni mogło się zmieścić jak najwięcej osób. Widowiska, oprócz zasadniczej funkcji świętowania i oczyszczania (katharsis), były platformą spotkania.

(fot. Janusz Drobisz)

(fot. Janusz Drobisz)

Mieszkańcy wielu miejscowości i społeczności mogli przebywać razem, razem obcować ze sztuką, razem świętować. Pracodawcy wypłacali swoim podwładnym pensje za dni widowisk, aby każdy, nawet najuboższy obywatel mógł uczestniczyć w święcie teatru. Wszyscy mogli więc doświadczyć oczyszczenia, wspólnie świętować, a przede wszystkim – mieć udział w przyjemności, jaką dawało widowisko.

Antyczne początki teatru to zamierzchła przeszłość. Wieki dzielą nas od greckich widowisk. Zmianie uległ kształt spektakli, ich treść i forma. Przeobrażenia te są naturalnym stanem rzeczy, sztuka odpowiada przecież na wyzwania i zapotrzebowanie współczesności. Bez względu jednak na zmiany w treści i formie widowisk, jeden element powinien pozostać niezmieniony. Mam na myśli wspólnotowy charakter i integracyjną funkcję teatralnych spotkań.

Przeobrażenia opakowania nie powinny przecież wpływać na zmianę zawartości, a tym bardziej smaku teatru. Dla mnie tym smakiem jest nie tylko interakcja aktora z widownią, ale możliwość obcowania ze sztuką we wspólnocie. Niestety o tej podstawowej, wydawać by się mogło, idei teatru wielu współczesnych widzów zapomniało. Przyszło mi się o tym przekonać podczas jednego z plenerowych spektakli, będących zwyczajową odpowiedzią teatrów na letnie, nieco cieplejsze dni.

Przygotowano odpowiednie miejsce, publiczność otoczyła teren gry, spektakl się rozpoczął. Wśród widzów przyglądających się poczynaniom grupy teatralnej znalazł się mężczyzna w średnim wieku, który zdawał się chwilami walczyć z grawitacją. Nie chcę przesądzać, co mogło być powodem tej walki. Niemniej warto wspomnieć, iż wychodził z niej zwycięsko, nie narażając na szwank zdrowia ani swojego, ani znajdujących się w jego otoczeniu jednostek. Jego chybotliwa postawa została jednak negatywnie oceniona przez stojącą opodal młodą (na tyle, aby pamiętać ze szkoły o wspólnotowych początkach teatru) dziewczynę. Spektakl powoli dobiegał końca, gdy wspomniana niewiasta skierowała swe kroki i słowa skargi do strzegących porządku ochroniarzy. Rośli mężczyźni swoim zwyczajem chwycili chybotliwego i wyprowadzili poza teren teatralnych działań.

(fot. Janusz Drobisz)

(fot. Janusz Drobisz)

Zamiast zastanawiać się nad przesłaniem spektaklu bądź analizować grę aktorską i scenografię, myślałam nad opisanym incydentem. Czy chybotanie mężczyzny (znajdującego się w czasie spektaklu również blisko mojej osoby) aż tak bardzo zakłócało odbiór? Czy było aż tak irytujące, tak nieznośne i wulgarne, że konieczne było usunięcie go z widowni? Czy owe chybotanie obrażało aktorów, publiczność i ideę teatru w ogóle? Nie wydaje mi się. Może było konsekwencją spożycia jakiegoś trunku (nie zdziwiłabym się, gdyby było to wino, jakże silnie związane z narodzinami teatru). Może było reakcją na muzykę towarzyszącą przedstawieniu. Może było wynikiem choroby, może naturalnym sposobem poruszania się mężczyzny. Interpretacja chybotania jest mało znacząca. Znacznie bardziej zaintrygowała mnie postawa niewiasty, która zadecydowała o usunięciu chybotliwego z widowni. Wydaje się oczywiste, iż u podstaw jej reakcji leżała egoistyczna chęć zapewnienia sobie niezakłóconego odbioru. Co jednak dawało jej prawo usunięcia innego widza z kręgu oddziaływania sztuki? Większa kompetencja kulturowa? Wyższy status materialny? Mniejsza chybotliwość ciała? Zapewne wszystkie te elementy miały wpływ. To dzięki nim ochroniarze potraktowali dziewczynę serio, a jej prośbę jako rozkaz. Zapewne ich reakcja na jakąkolwiek prośbę chybotliwego byłaby inna.

Uczestniczyłam w teatralnej uczcie. Na wolnym powietrzu, wokół przestrzeni scenicznej, wśród ludzi. Właśnie tak – wśród ludzi, obok nich, ale nie z nimi. Zatęskniłam za ideą Wielkich Dionizji, za katharsis, za wspólnotą. Uczestniczyłam w teatralnej uczcie i po raz kolejny zdałam sobie sprawę z prawdziwości frazy mówiącej, iż nie powinno się jeść samemu. Bez towarzystwa innych, bez wspólnoty nawet najlepsza sztuka traci smak.