Kino-sztandar. Trzy razy o rewolucji Wiertowa i Godarda

1. Niewątpliwie: jeden z największych przełomów w historii filmu, jedno z najbardziej znanych arcydzieł światowej kinematografii, radykalny przeskok, przełom, zerwanie zasłon, kamera jako  uwodzicielskie narzędzie polityki.

Marginesy: Kłucis, awangarda w służbie rewolucji? (źródło: www.absolutcordoba.com)

Popatrz, są wczesne lata dwudzieste, ubiegły wiek, ciepła i spóźniona wiosna, wysoko nad Pałacem Zimowym faluje chorągiew z sierpem; jest nagła jak uderzenie świadomość siły drzemiącej w filmowej taśmie, jest światło, potem dym, kilka zamazanych klatek, zapadła rosyjska wieś, jeszcze pionierski obóz. Zasuszone twarze dzieci i staruszek, świat wyprzedza wyobraźnię, wschody i zachody słońca są bardziej czerwone niż dawniej, może nawet bardziej czerwone niż róże i krew, zarekwirowano zboże na potrzeby sowieckiej władzy, kwitną chabry i maciejka, psy szarpią po Moskwie resztki kości, znów zjazd partii, kałmuk w watowanym płaszczu głaszcze dłonią kolbę karabinu; czarne oczy zdradzają znużenie, może niecierpliwość, wreszcie gniew, będzie dobrze, powtarza, dobrze, ale wciąż dla stolicy, dla stolicy, powtarza, panimajetje?, nad niskim czołem świeci srebrzysta gwiazda.

Kamera, sprawny instrument, kadr, wioska, słomiana strzecha, lato: będzie lepiej, patrzcie uważnie, pionierzy śpiewają Międzynarodówkę, jeszcze dzieci, pomogą, pomogą Wam zebrać zboże, zgonić bydło, źdźbło trawy w zaciętych wargach, nad głowami buja się wielkie słońce i herb hufca. Kino-oko Wiertowa jako symbol, rozrzutny gest epoki, naiwna i szczera wiara w oczyszczającą moc proletariackiej duszy. Cóż da nam siłę, jeśli sztuka już nie potrafi, cóż da nam ufność, jeśli czarny celofan nie przepowie prawdy, jeśli nie zdradzi podłego fałszu reakcji i malowniczej legendy kontrrewolucji. Lepszy świat w okrągłych iskrach obiektywu: buduje się nowy ład, popatrzcie, robotnik podaje brudną rękę chłopu, popatrzcie, popatrzcie wreszcie w przyszłość, na prawdę, w przyszłość jasną jak stalowy odlew. Szkli się martwe krowie oko w rzeźni, jakby okrągły i czarny kamyk, obok rozoranego nożem karku wiruje szaleńczo obłok much; kino-oko pokaże prawdę, pokaże mięso dla pracującego ludu miast i wsi, wyciągnięte z gardła wrogiemu światu, odebrane przemocy pachnących ziemią pól i drewnianych chat.

2. Jest później, choć wiosna wcześniejsza, barykada z kilku przewróconych samochodów, za uchem studentki czerwony goździk, dalej gryzący dym, grube ramki okularów, papierosy z filtrem, koktajl Mołotowa podpalił drugie piętro secesyjnej kamienicy. Wieża Eiffla wystrzela w niebo jak zwykle, choć nie pamięta przecież dawniejszych insurekcji tego miasta, nie zna sankiulockich rewolt, zbrojnych tłumów we frygijskich czapkach, zapachu octu zmywającego krew spod gilotyny; nie zna nawet nerwowych tików Robespierra, ani uważnego spojrzenia de Tocquevilla: teraz to zresztą nieważne. Do utraty tchu, bo i na cóż czekać, kwitnie bez, niebo jest błękitne jak lustro albo olbrzymia szyba, a sztuka nie może już przecież istnieć. Nowy czas nie potrzebuje zresztą piękna, nie potrzebuje rozmów i słów: może tylko gestów, może tylko zdecydowania, tylko zaciśniętej pięści. Do czego zresztą potrzebna nam stara gramatyka filmowej przestrzeni, kiedy pod stopami drży bruk, kiedy wreszcie można zburzyć fabryki i hipermarkety, kiedy świat zaczął się bez śladu przelewać przez nasze zdania i twarze. Wolność, równość, braterstwo, mówisz, w Twoich oczach kipi żywioł, nie wszystko mogę przecież pojąć, kadr zimny jak bryła bursztynu, iluzja zostawiona na marginesie; pewny znak nowej epoki.

Tylko trochę później: British sounds, znów studenci, znów zmęczone oczy za grubymi szkłami okularów, akademicki pokój, wargi nerwowo gryzą papierosa, transparent wymalowany żółtą farbą, twarz Mao, złote zgłoski Czerwonej książeczki; Dżiga Wiertow już jest sztandarem nad głowami Nowej Fali, lecz stary ustrój wciąż przecież nie chce się poddać. Popatrz uważniej na gesty fabrycznego robotnika: hełm, martwa twarz, zgięty kark, ruch ręki; ręki, która uniesie się nad tłum w geście triumfu, już niedługo, naprawdę, zaraz, kilka dni, niech tylko jeszcze na skwerach wypali się zima, wypali się spóźniony czas.

3. Dziwny mit zaangażowanej rewolucyjnie sztuki; dziwna władza artysty, zmieniającego iluzję w fakt, zmieniającego krągłe kształty sierpa w księżyc nowego świata. Gdzież jednak podziała się transcendencja i czy w ogóle kiedykolwiek istniała, jeśli musiała ustąpić przed gąsienicami czołgów, jeśli rozwiała się razem z dymem nad Buchenwaldem;

być może chciałbym zapytać jeszcze inaczej –

Czy wystarczy nam nasz ludzki porządek, czy wystarczy szczera wiara w niebieskie/czerwone królestwo już tutaj, czy obyć możemy się bez drugiej strony trwania? Niepokojąca teogonia sztuki, paradoksalna ekonomia piękna: której przecież nawet polityka nie zdołała wyznaczyć żadnej trwałej ramy.