Zabawy z Fabułą…

Dla R.K. za „Bóg zapłać”

Fabuła od jakiegoś czasu jest pewna, że słowa mają zdolność kreacji świata. Ma też niezbędne poczucie smaku, które nie pozwala jej pisać o miłości, wakacyjnych przygodach i karierze modelki. A szkoda, boby chciała. Jadąc dzisiaj autobusem, zobaczyła staruszkę z bananem. Zna ją – nazywają ją Jezuska, bo kiedyś rozebrała się przed księdzem i nie opuszczała żadnej mszy. Czasem siadywała na przystanku, śpiewając patriotyczne piosenki. Na jej widok dzieci śmiały się, a dorośli odsuwali się na bok. Fabuła zawsze reagowała jak dorosła, chciała nawet posunąć się dalej i napisać o niej opowiadanie, ale szybko przypomniało jej się o mocy kreacyjnej. Po co światu jeszcze jedna plująca bananem Jezuska?

(fot: Milena Dziadak)

Fabuła postanowiła opisać ojca, ponieważ jest jej bardzo potrzebny, a stworzenie go nie wydaje się trudne. Kwestia pamięci i odrzucenia dzienników, które nie są prawdą, a nadawaniem życiu formy, w której ciekawsze „ja” więcej czuje i przeżywa. Więcej żyje.

I bez kilku kartek papieru Fabuła pamięta czas, w którym ojciec był już całkiem podobny do pączka, chociaż dalej odżywiał się zdrowo. Zawsze przywiązywał do tego dużą wagę, często też ćwiczył; bieganie, joga. W czasie wspólnych wyjazdów do Rabki zawsze rozpoczynał dzień od wbiegnięcia na górę Banię, śmiał się, że przez niego okoliczne psy nie mają łatwego życia, gdyż zawsze cośkaże im biec i szczekać za nim. W Szczyrku próbował wbiec na Klimczok, ale mówił, że to nie to samo, brakowało mu tych psów. Twierdził, że to, co każe biec im, działa też na niego.
Teraz ojciec to mógł się najwyżej toczyć i strasznie ciężko oddychał. Był listopad, spytała go, czy wróci do domu na święta. Było ciemno, dziś już nie pamięta tej rozmowy, która się między nimi wydarzyła. Może jednak wymyślić ładną scenę.

— Tatusiu, wrócisz do domu na święta? — zapytała mała dziewczynka w czerwonej piżamce.
— Nie wiem, ale obiecuję ci, że i tak będziemy razem.
— Jak to?
— Widzisz, jeśli będziemy oboje o sobie myśleć, będziemy mogli sobie siebie wyobrazić, tak jak wyobrażamy sobie myszki, księżniczki i innych przyjaciół.
— Bez ciebie nie ma księżniczek, myszek i innych przyjaciół.
— Nie prawda — odpowiedział — są w naszych książeczkach.
— A ty tam będziesz?
— Na razie nie, ale mogę tam być, jeśli tylko będziesz chciała.

Pomimo że dziewczynka bardzo chciała, już nic się nie zmieniło. Tata nie spędził z nią ani tych, ani żadnych innych świąt.
Przypomina też sobie historię o rybkach. Gdy była mała, kochała zwierzęta, w szczególności karpie pływające w wannie. Siadywała przy nich, opowiadając najpiękniejsze bajki. Pewnego dnia uświadomiła sobie jednak, że ryby te co roku znikają w tajemniczy sposób. I mało tego, co roku dostaje inne ryby, a nie jak jej się wcześniej wydawało – odwiedzają ją te stare. Refleksje stały się powodem płaczu i krzyku. Po raz pierwszy przekonała się, że myślenie boli.
Następnego dnia znalazła na swoim stoliku akwarium z rybkami.
— Widzisz Fabułko — wyjaśnił tata — to są twoje karpie, tylko po reinkarnacji.

Fabuła oprócz otwarcia na różne religie odziedziczyła po ojcu stosy książek, zeszyt wierszy, pięć zeszytów notatek o własnej teorii filozoficznej, dwadzieścia książek dla dzieci i dyfuzję stawu szczękowego.

Gdyby miała zdefiniować ojca na potrzeby tego opowiadania (a ujęcie czegoś w słowa jest początkiem wszystkiego, na co wskazuje Biblia), powiedziałaby, że to człowiek głęboko nieszczęśliwy. Artysta, poeta i filozof, którego te, a nie inne czasy wysłały początkowo na studia metalurgiczne, a następnie stanowisko dyrektora produkcji wagonów tramwajowych. Widziała kogoś, kto prowadził podwójne życie. Nocami nie był partnerem zabaw, zamykał się przed światem pośród książek i zeszytów. Wtedy nie istniał, a dotknięcie klamki jego drzwi stawało się świętokradztwem. Czasem efektem nocnych posiedzeń były piękne bogato ilustrowane bajki. Czytając je, Fabuła po raz pierwszy poczuła moc słowa pisanego. Tworzącego nową rzeczywistość i dającego drugą możliwość, alternatywę.

Kilka lat później usłyszała o teorii wszechświatów równoległych. Każda decyzja, którą podejmujemy, tworzy nowe wszechświaty, których jest tyle, ile alternatyw wyboru. W ten sposób żyjemy nieskończenie, a każda decyzja ma sens.
Teoria ta przypomniała jej się siedem lat po tapczanowej rozmowie, gdy spotkała kobietę myślącą, że tata żyje. Strasznie chciała być w jej alternatywnym wszechświecie.

(fot: Milena Dziadak)

W tym momencie Fabuła stwierdza, że musi nadać temu tekstowi fabułę, czyli właściwie oddać mu się cała. Wyobraża ją (się) sobie mniej więcej tak: opiszę ojca jak najlepiej się da, opiszę każdy dzień w alternatywnym wszechświecie, a wtedy może uda mi się pokonać czasoprzestrzeń i zmienić miejscami z alternatywną Fabułą. To nie może być takie trudne, skoro umiał to robić dziadek. Miała 4 lata, gdy siedziała z nim przy oknie w kuchni – widziała stary dom, kilka garaży, wokół których kręcili się jaśni, niewyraźni ludzie. Dziadek pokazywał ich palcem i nadawał imiona. Nie dziwiła się temu wcale, dziś też się nie dziwi, gdyż wie, że wypowiedzenie czyjegoś imienia powołuje go do życia nawet z bardzo daleka.

Czasem zastanawia się tylko, kim oni byli. Może to przyjaciele dziadka z czasów wojny, którzy uciekli do Szwajcarii na deskach umocowanych pod pociągiem. Kilka dni podróżowali, słysząc jednostajny stukot, czując szybkość świata. Gdy dojechali na miejsce byli bardzo głodni, a przed nimi rozciągało się ogromne jezioro. Ustalili, że każdy z nich uda się w inną stronę, wyżebrze jedzenie i spotkają się po drugiej stronie zbiornika. Na wyznaczony cel doszedł tylko jeden z nich. Do dziś nie wie, co stało się z jego towarzyszem.
Magia czasów, teraz wystarczyłoby zadzwonić na komórkę.

Fabule wydaje się, że wie, jak potoczyła się ta historia – koledze zabrakło opowieści, fabuły ktoś nie zdąży wymyślić do końca. Lub mężczyzna wróci, gdy jego twórca pozbiera stracone słowa w całość, z której powstaną oczy, uszy, penis, dłonie, nogi, życie.

Może to nawet zrobić Fabuła. Ta jednak zaczyna układać na nowo ojca, musi się skupić – zebrać materiały, poznać jego istotę, by nie powstała obca osoba. Marzenie zamiast człowieka. Zacznie od jego dla niej początku. Narodzin Fabuły.

Długo szuka, omijając celowo dzienniki – subiektywne ścierwo, materialną namiastkę modlitwy, w której Bóg, adresat naszej spowiedzi i usprawiedliwienie chowają się w kartkach papieru sprowadzonych z Włocławka z ulicy Łęgskiej.
Lepsze są listy, bo przynajmniej subiektywność musi być dostosowana do sposobu odbioru drugiej osoby. Musi być na tyle wykreowana, na ile mieści się w pojęciu względnej prawdy.

Tylko gdzie znaleźć listy. Bierze kartkę…
Fabułka była małą, grubą dziewczynką, która bardzo kochała swojego tatę. Nie mogła się wręcz opędzić od nagłych potrzeb przebywania z nim zawsze i wszędzie. I on był cały jej, całe ranki, popołudnia i wieczory. Nocami jednak należał do zupełnie innego świata. Świata tajemnicy i magii tak strasznej, że gdyby tylko Fabułce dany był jego najdrobniejszy kawałek, umarłaby z przerażenia i pod ogromem jego potęgi. Bardzo długo udawało się omijać nocny pokój, aż pewnego wieczora nieznana siła dochodząca jakby z innego świata kazała stanąć jej na pulchnych paluszkach i zakraść się do tajemniczego miejsca. Otulona w nockę, nacisnęła klamkę. Jej ojciec unosił się metr nad ziemią, oczy jego nieobecne pojmowały alternatywne zasady bytu. Fabułka nigdy nie widziała go takim wielkim i obcym, więc czym prędzej wydarła kartkę z jego świata, wróciła do swojego pokoju i o wiele dalszej przyszłości. Szkoda, że nie zdążyła spojrzeć na jego twarz. Zobaczyłaby promienny uśmiech.

Fabuła nie wie, czemu napisała ostatnie dwa zdania. Nie rozumie, dlaczego ojciec się uśmiechał. Zresztą nieważne, miała świstek z tamtej rzeczywistości. Jego list do matki, która właśnie zrodziła Fabułkę.

Moja,
Wiem, że jesteś bardzo zmęczona, kochanie, bo urodziłaś mi Fabułkę, którą teraz muszę uczynić dużą i dojrzałą. Nic się nie martw, stworzę ją na swój
(zamazany fragment).
Na początku poza czasem nadam jej imię. A później…
Pierwszego dnia stworzę jej włosy. Te, z których będzie dumna. I te, które będzie golić, i te, z którymi nie będzie wiedziała, co zrobić. A pomimo ich różnorodności będą dobre.
Drugiego dnia stworzę jej uda, które w lustrze będą urastały do nienormalnych granic. A pomimo tego, że dzięki nim nauczy się kryć jedzenie w szufladzie przy biurku i okłamywać siebie kostkami lodu i watą polaną sokiem, będą dobre.
Trzeciego dnia stworzę jej oczy, piękne, duże oczy, które nauczy się podkreślać rozjaśniając cieniem swój łuk brwiowy. A mimo że zobaczą i przeczytają zbyt dużo i tak będą dobre.
Czwartego dnia stworzę jej piersi, zbyt małe, by zadowalać, a zbyt duże, by zapomnieć o staniku. A mimo to dobre będą, do pochylania się w zbyt dużym dekolcie.
Piątego dnia stworzę jej
(kolejny zamazany fragment)
Szóstego dnia stworzę jej przyszłość niedokonaną, daleko w Afryce, blisko przy mężczyźnie, która mimo niespełnienia dobra będzie.
A siódmego dnia odpocznę, lecz przedtem stworzę coś, co określi ją do końca – moją śmierć.
A potem zamiast chaosu nastanie czas, w którym Fabuła znajdzie ten list, nie zwracając uwagi na mój uśmiech, i zrozumie, że bez twórcy dzieło nie żyje, nie ma racji bytu. Będzie wiedziała, że pisarz nie nadaje wolności, a tworzy więzienie w dwu wymiarze. Wtedy Fabuła
(ostatni zamazany fragment)

Fabuła odłożyła kartkę. Zrozumiała, że nie ma racji bytu, że pisarz nie nadaje wolności, a tworzy więzienie w dwuwymiarze i (już naprawdę ostatni, nieodczytany przez autorkę, bohaterkę oraz czytelnika fragment).