Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?

Z góry ostrzegam – to będzie tekst o miłości. Nie znaczy to, że już na wstępie odpowiem na postawione w tytule pytanie. Chcę jedynie zaznaczyć, że poniższe rozważania nie będą wolne od klasycznych wad wszystkich tekstów o miłości: będą wysokokaloryczne (muszę to zaznaczyć ze względu na diabetyków), a ich autor będzie święcie przekonany, że całkowicie zgłębił naturę owego uczucia.

Gruntem dla tych rozważań niech będzie film Między słowami (w oryginale Lost in Translation) Sofii Coppoli. Przed jego obejrzeniem byłem przekonany, że córka F.F. Coppoli do końca życia będzie mi się kojarzyć jedynie z rolą w trzeciej części Ojca chrzestnego, jednak szybko przyszło mi zmienić zdanie. Lost in Translation jest dziełem na tyle wybitnym w swej formie i treści, że grzechem byłoby nie poświęcić mu odrobiny uwagi.

(fot: EAST NEWS)

On – znany aktor, który lata swej świetności ma raczej za sobą; którego życie rodzinne wyczerpało swą witalność i trwa w cichej rezygnacji; który przyjeżdża na drugi koniec świata, aby reklamować gorzałę. Ona – świeża absolwentka filozofii, która nie wie, jak zagospodarować swoje życie; której małżeństwo okazuje się zupełnie nietrafione. I jeszcze Tokio – błyskające neonami miasto postępu, zatłoczonych ulic i salonów taniej rozrywki.

Myślę, że dla odpowiedniego zrozumienia więzi rodzących się pomiędzy dwójką bohaterów należy dobrze przyjrzeć się miejscu, w którym rozgrywa się akcja filmu. Bo jest to również film o samotności w wielkim mieście, wielkim świecie – świecie, w którym ludzie wiele mówią, aby wyrazić skromną w gruncie rzeczy treść, a życie pędzi tak szybko, że traci się świadomość samego siebie. Biedny człowiek, który się w tym zagubi. Nie jest mu nawet dany głęboki sen ludzi zadowolonych z siebie. Pozostaje wpatrywanie się w industrialną przestrzeń lub popijanie whiskey w hotelowym barze. Na takim emocjonalnym gruncie spotykają się bohaterowie Lost in Translation, by stworzyć niezwykłą uczuciową więź. Mówi nam to bardzo wiele. Okazuje się bowiem, że prawdziwej relacji międzyludzkiej nie można budować w oparciu o reguły codzienności, gdyż dopiero wyrwanie się z codzienności – nawet niedobrowolne – jest warunkiem, by cokolwiek w tej materii osiągnąć. Znalezienie się poza nurtem życia może wywoływać uczucie pustki, jednak ta pustka jest właśnie niezbędną do przyjęcia czegoś głębszego przestrzenią.

Dotarliśmy wreszcie do fundamentalnego pytania: jaka jest natura tego czegoś głębszego, co rodzi się pomiędzy rozbitkami z Tokio? Przyjaźń czy miłość? Myślę, że istotnym przesłaniem obrazu Coppoli jest całkowite zniesienie tego sztucznego podziału usztywniającego wzajemną bliskość. Dynamizm relacji międzyludzkich z natury swej nie daje się upchnąć w martwe aprioryczne formy, które ciążą nam nad głową i każą się zastanawiać nad każdym naszym gestem. Bo to też częsta postawa: nie umiejąc w pełni ogarnąć tego, co czujemy, uciekamy się do przygotowanych już modeli zachowań, urobionych wzorców i przetestowanych sytuacji, dzięki którym łatwiej nam określić, na czym stoimy – czy jeszcze przyjaźń, czy może już kochanie. Przypomina mi się scena z Dróg wolności Sartre’a, w której Mateusz w taksówce obejmuje ramieniem Iwicz i całuje ją, by zaraz potem uświadomić sobie, że zburzył w ten sposób całą niezwykłość istniejącego pomiędzy nimi uczucia, chcąc skanalizować je w tym nazbyt klasycznym zachowaniu. Nie tędy droga.

Klasyczny podział na przyjaźń i miłość, tak często eksploatowany w sztuce, ulega tutaj zatarciu w wyniku zrozumienia, że obie potrzeby – przyjaźni i miłości – wyrastają z jednego emocjonalnego nastawienia, którym jest potrzeba autentycznej bliskości. To właśnie bliskość jest skromnym pojęciem skrywającym się za wzniosłymi pojęciami miłości i przyjaźni i to ona jest właśnie potrzebą realną, w której często zamyka się tu i teraz emocjonalnego odniesienia się do drugiego człowieka. Miłość i przyjaźń to świetny materiał na książkę, piosenkę albo wiersz; życia raczej nie zbuduje się na abstraktach.

Istotne jest, że potrzeba ta, wynikająca z zagubienia i samotności, musi być wzajemna. W tym jest cała magia spotkania, gdy niedopasowani do świata bohaterowie w świecie tym potrafią się nawzajem odnaleźć – przez przypadek, jak zawsze. A może ludzie samotni potrafią się rozpoznać w tłumie?

Jest jeszcze finałowy pocałunek. I złośliwi powiedzą teraz: ha, a więc jednak miłość, a cały film to jedynie romantyczna historia. Pozostaje mi w odpowiedzi na ten zarzut powtórzyć raz jeszcze to, co napisałem wyżej: potrzeba autentycznej bliskości. A w obliczu bliskości wszyscy są trochę jak dzieci – nie wiedzą jak się zachować, spuszczają oczy w dół i bawią się palcami. Nie inaczej bohaterowie filmu Coppoli, których wcześniejsze pożegnanie w hotelu było rozpaczliwie sztywne. I zazdroszczę im, że w ostatecznym rozrachunku ta sztywność ich nie pogrzebała. Końcowy pocałunek to kropka nad i. Bo pocałunek to niełatwa sprawa, to ostateczne odkrycie swoich uczuć, nie ma tu już miejsca na odwrót i niezdrowy dystans. Dla dwójki z Między słowami to również potwierdzenie, że to, co było, było naprawdę. I nieważne, że trwało krótko, bo przecież wielu ludziom nawet tak krótki czas nie jest dany. Chociaż przyznam, że tego akurat bohaterom omawianego obrazu nie zazdroszczę, bo choć przeżyli w te kilka dni i nocy coś niezwykłego, to jednak czas wracać do dawnego życia. A może nie do dawnego, może do odmienionego? Tak czy inaczej, nie bardzo chyba tego chcą, co widać ostatniego wieczoru w barze, gdy on mówi: nie chcę wyjeżdżać. Na co ona odpowiada: to zostań, założymy kapelę jazzową.

Zostań. Jest nawet piosenka o takim tytule i chyba jej słowa najbardziej tu pasują:
Stay with the demons you drowned,
Stay with the spirit I found,
Stay.

———————————

Między słowami/Lost in Translation; Sofia Coppola; Japonia, USA, 2003
Drogi Wolności
; Jean Paul Sartre; Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2005
Stay
; U2; Zooropa; 1993