Jak KATOwidzę?

Nie napiszę tego z pozycji czterech piątych socjologa. Nie napiszę opierając się o kilka klasycznych pozycji psychologii. Nie jako miłośnik modernistycznej architektury. Nie jako działacz społeczny. Nie jako Ślązak. Nie jako osoba „z zewnątrz”.
Nie jako ja – ja nawet, ale postać, bez wieku i płci, nie ukrywająca mimo to, że jest alter ego autora.
Jako przechodzień sobie napiszę.
Spacerowicz, który szczególnie chwali sobie dzień po zachodzie słońca.
Jako mieszczuch katowicki od lat czterech.
…powymiatam sobie śmieci spod dywanu.
A co! 

(fot. Milena Dziadak)

Jakie nasze miasto jest, każdy widzi.
Jakie nasze miasto jest, każdy widzi.
Jakie nasze miasto jest…
Przeczytaj to sobie kilka razy. I wizualizuj w wyobraźni, najprecyzyjniej jak tylko potrafisz. Kształty, kolory, zapachy, strukturę.
Każdy, zamykając oczy, zobaczy coś innego. Wielka sala w IMAXie. Silesia 3D. Siedzimy w wygodnych fotelach. I rzucamy prosto z mózgów obrazy na ekran.
Każdy widzi inaczej.

W rzędzie I siedzą aktywiści, działacze społeczni. Na mniejszą lub większą skalę. Pojawiło nam się na Śląsku wiele grup działających w  imię idei. Którzy zamiast narzekać, milczeć lub odkaszliwać nerwowo dla spławu tematu, zakasali rękawy i zaczęli zmieniać wizerunek miasta. Kto na przykład? Stowarzyszenie Moje Miasto, inicjatywa Ratujmy Górnośląskie Zabytki, sztab wolontariuszy ESK, grupa NIETAK, inicjatywa ligocka Umyj Sobie Dworzec, Prostujemy Obraz Śląska czy wybudzający Kato ze snu Przedświt.[Przepraszam, bo to przykłady wyrywkowe i na pewno kogoś pomijam. Równocześnie się z tego ciesząc, bo fakt pomijania oznacza, że koncepcji prostujących jest więcej].

W rzędzie II nonszalancko rozwalają się maruderzy i cynicy. Wizualizacja  ich  miasta nie wychyla się poza spójny, logicznie może nawet uargumentowany i lekko skostniały już obrazek. Nazywają Chorzów sypialnią, a Katowice pracownią. Na komunikacji w metropolii przejechali się już tyle razy, że plują na nią siarczyście. A słowo siarczyście dzwoni w ich pasażerskiej wyobraźni zębami. Na szczęście zima minęła. Co wizualizują na wielkim ekranie na wiosnę? Wydarzenia, koncerty, wernisaże, wypady z przyjaciółmi do knajp? Nie. Czekają na przebudowę, wybudowę, dobudowę, zabudowę. Zaprzestanie, wznowienie, odnowienie, postarzenie. No i te kupy, wszędzie psie kupy. Jak człowiek ma cieszyć się życiem i nieba sięgać, jak ma stawić stopę na księżycu, skoro nawet do spodka nie dojdzie, żeby nie wdepnąć butem w gówno!

W rzędzie III, tak co drugie krzesło, siedzą sobie porównywacze. Każden z wagą w ręce. Spostrzegawczy bywalcy świata, Europy, a przede wszystkim innych miast polskich. A przede, przede wszystkim „sąsiedniej wsi”, która, jak to płot-w-płot bywa, buduje nasze wyobrażenie o nas samych. Kraków to. Kraków tamto. Nigdy nie będziemy, to nie to samo, inna tradycja, inna historia. Inni włodarze miasta, inne pieniądze. I w ogóle. Ichni smok zieje ognistszym ogniem niż nasz.

W rzędzie IV nic się nie dzieje. Obojętność, nuda, dopasowanie. Od święta: dopasowanie, nuda, obojętność. Życie sobie płynie obok. Panta rhei, tak właśnie, panta rhei. Dwa razy do tej samej rzeki nie wejdą. A może i wcale nie wejdą, bo to Rawa. Ktoś widział kiedyś jak cegła Rawą płynęła.

Rzędów jest jeszcze parę. Im dalej w las, tym więcej drzew.
Tym więcej cienia.
Tym słońca mniej.
Skrajność i w dół równia pochyła.
A jak mówi staro-nasze-polskie przysłowie: czasem słońce, czasem cień.
Być powinno.
Dyć nie jest.

A ja tak sobie myślę o czymś, co stało się dla mnie jasne niedawno całkiem.
W trakcie i po koncercie Jose Gonzalesa na Mariackiej. Bo koncert mnie zachwycił!
I nie o liczbę osób chodzi, i nie o idee wręczania słoneczników przez ESK, i nie o wybór artysty ani nawet o cover ukochanego Joy Division.

O przyjemność patrzenia i przyjemność uczestniczenia chodzi. Która wzbierała na twarzach wszystkich słuchaczy, która się rozsiewała jak wirus na około, a którego to wirusa zwierzę społeczne tak bardzo potrzebuje.
Li – po musierowiczowskiemu – i jedynie.

Jakie miasto jest, każdy widzi.
To wszystko jest prostsze niż mogłoby się wydawać.
I warto uważniej dobierać metafory. Bo głupi był to pomysł, by porównywać obraz metropolii z filmem w przyciemnionej, kinowej sali.
Zupełnie, powiem więcej, nie na miejscu.
Bo miasto to ruch.
To płynność nieustanna.
To nie coś, co mnie otacza.
Co stoi, leży, kuca, płaszczy się przede mną.
Miasto to synergia. Ludzi, ich działań i przestrzeni.
Bo – przepraszam, że brzmi to jak tani slogan reklamowy – szczęśliwe miasto to szczęśliwi ludzie.

Zapytasz więc teraz, jak widzę Kato?
Gdzie znajduję piękno i atmosferę?
Czy także natykam się ciągle na psie odchody i mam tego dosyć?
Czy Katowice wyleczą się kiedyś z kompleksu mniejszej wsi?

Więc odpowiem, rzędzie I, że atmosferę miasta widzę w Twoich błyszczących oczach, rzędzie II, że owszem, do czystości miastu wiele brakuje, ale brud widzę pomiędzy rzęsami na Twoich zaciśniętych powiekach, a -rzędzie III- kompleks mniejszości w Twoich zapadniętych kącikach ust.
Jeden kącik na Kraków.
Drugi na Wrocław.

To brutalne dla wyobraźni.
Ale poczucie, że miejsce w jakim żyjemy, nasiąka nami, czyni je żywą tkanką, stawia poza miejscem i poza czasem. Generator zmian to ludzie, ich zaangażowanie, ich wiara.
Dlatego tu i teraz dzielę się myślą, która nastraja – pozasloganową zupełnie – pozytywną energią:

KATO ZMIENIŁY SIĘ!

Bo jakie miasto jest, każdy widzi…
Ja widzę dziś kogoś, kogo ono obchodzi. Komu się chce. Kto robi coś dla niego, wierząc w tego sens. Działa z naturalną pewnością siebie, kreatywnością i zaangażowaniem. Widzę rosnącą potrzebę uczestniczenia, może jeszcze trochę po omacku, ale zawsze. Nieprzypadkowość wreszcie i lojalność widzę, bo pewni ludzie pojawiają się regularnie na tematycznych wydarzeniach.

Czy to już moda na Kato?
Czy to Ślązacy? Czy napływowi? Studenci? Może wreszcie naszedł czas studenckiego coming-outu w Katowicach? Bo czas najwyższy.

Dla zwykłej gimnastyki umysłu warto utworzyć sobie w głowie alternatywny bieg rozwoju: nie piękna przestrzeń wypełni się zadowolonymi ludźmi, ale zadowoleni ludzie uczynią zadowolonymi innych ludzi. Uczucia tłumu mają swoje niezmienne właściwości! Dlatego tak ważne jest, by życie miejskie kwitło „na oczach”.
Ale równie, a może jeszcze ważniejsze- bo to punkt zapalny, by kwitło „w” nich.

Wieczorny spacer po mieście już się kończy.

Może to, co piszę, brzmi dla Ciebie naiwnie.
Nie uwzględnia złożoności problemu, skomplikowania relacji, trudności chodzenia na kompromis instytucji i innych podmiotów, grubości barier mentalnych, jakie nosi Śląsk, nie uwzględnia, grubości – wreszcie – portfeli, które mają moc nieporównywalnie większą od paru rzędów czarnych literek jakiegoś idealisty.

Może mi nawet powiesz, że nie jestem stąd i gówno wiem. A ja po prostu mówię, co widzę, ciesząc się przy tym niezmiernie, że z maruderstwa i cynizmu przepłukałam własne oczy. Wierzę w tą zmianę, bo jej chcę. Gdybym nie chciała, znalazłabym dwa tysiące szesnaście powodów, żeby ją wykpić.

Uśmiechnij się, ot tak, do nieznajomej osoby, mijając ją na ulicy.
Może odpowiedzą Ci uśmiechem czyste, zadowolone, spokojne oczy.
I odkryjesz jak to fajnie… zobaczyć w nich, odbijające się nowym blaskiem, tak dobrze znane gzymsy starych kamienic.