Uwiedzeni na zawsze i bez wybaczenia

Żyją z dnia na dzień. Nieprzezornie. Nieuchwytnie. Zachłannie. Społeczne normy są im dobrze znane, ale czy będą ich przestrzegać, wybór zostawiają częściowo sobie, a częściowo okolicznościom. Podróżnicy. Ci prawdziwi. Nie mylić z turystami. Których wiecznie „nosi”, którzy usiedzieć nie mogą. Zagonieni, zmęczeni, nieraz głodni i niewyspani, gubią głowy, pędząc za marzeniami, które snują się niczym koty dachowce przy postrzępionych nogawkach starych dżinsów, i których nijak odpędzić od siebie nie można.(fot. Janusz Drobisz)

Poranek: otworzyć odrapaną szafę, buty wyciągnąć, butom pomóc przełknąć jak zawsze zapętlone sznurowadła. Plecak, przedłużenie pleców. Czapka, przedłużenie czapy. Kilka kromek, termos z kawą. Mapa, śpiwór, bliżej nieokreślony talizman, marker do stopa, szybkim spojrzeniem omieść niekoniecznie pozamiatany pokój. Klucz w zamek i w drogę.

Taki ich obraz zawsze jawił mi się przed oczami: wycięci z falistej tektury, poszarpani na brzegach. No logo. No make up. Organic.

Stereotyp włóczęgi, obieżyświata czy powsinogi – nieważne – mówi nam, co o nich myśleć i jak ich oceniać. Najczęściej – jako ujmująco prawdziwych, w opozycji do naganianych stadnie turystów, podążających za parasolką: to teraz kościół i w lewo. Wkraczając coraz głębiej w tułaczy świat, nadszedł czas, pomyślałam, by przyłożyć tekturowy szablon do rzeczywistości. Zadać podróżnikom proste pytanie: dlaczego? I z tą wiedzą spróbować dorysować kartonowym ludkom ludzkie twarze.

Czworo samozwańczych Włóczykijów (tak, tak, przycupnąwszy sobie na mostku), odpowiedziało na to pytanie. Mają po dwadzieścia parę lat. Żaden nie jest bezdomnym piechurem przemierzającym boso świat. Żaden nie złoży w kostkę swojego dobytku, by zmieścić go w jednym tylko plecaku. Są nieprzyzwoicie, jak to przystoi Włóczykijowi, niepozorni. Spokojni, w większości małomówni i introwertyczni.

Zuza, lat 24. Od pięciu lat podróżuje po mało atrakcyjnych turystycznie, ale bogatych kulturowo zakątkach Polski. Pozakrajowe kierunki – magnesy to przede wszystkim Czechy, Francja, Włochy. Autostopowiczka z siedmioletnim doświadczeniem.

Michał, lat 22. Podróżuje głównie w poszukiwaniu ciekawych doświadczeń, życzliwych ludzi i dobrego jedzenia. Główne kierunki to Rumunia i Bułgaria, ale zdarzyły się i bardziej egzotyczne jak Majorka. Na studia w Brnie jeździ z okolic Cieszyna autostopem od czterech lat.

Seweryn, lat 20. Jeździ stopem po Polsce i Europie od trzech lat. Weekend majowy spędził ścigając się w Mistrzostwach Autostopu. Tegoroczna trasa: Sopot-Praga. Wolny duch, nie przywiązuje się do rzeczy materialnych, ogranicza je zresztą, by puste kilogramy nie zmniejszały jego mobilności. Fizycznej i duchowej.

Janek, lat 23. Klasyczny anty-turysta. Nie interesują go tak zwane miejsca godne uwagi. Choć podróżował wzdłuż i wszerz Europy Wschodniej, odbył wyprawę do Azji Centralnej, przyznaje, że szczególnie ukochał sobie włóczęgę po Polsce.

Inspiracje podróżnicze, czyli co pewnego dnia może wypchnąć człowieka z rodzinnego gniazda

Podróż często jawi się jej uczestnikowi jako wynik indywidualnych motywów wprawiania siebie w ruch. Ale jest pewna rzecz, i nie można o niej zapomnieć, że to także silny topos. Do przełknięcia, do zmierzenia się z nim. Do rozważenia granicy między „idę drogą” a „droga przesuwa się pod moimi stopami”. Jak mówi Zuza: podróż narzuca scenariusz przeżywania: konwencje literackie, grupy artystyczne i społeczne – minstrele, XIII-XIV-wieczni śpiewacy i poeci, romantyczni emigranci, bitnicy, hippisi, ponowocześni globaliści… Te rozbudzające wyobraźnię tradycje generują nasze wyobrażenia tego, kim stajemy się, zamykając za sobą drzwi mieszkania. Wsiadając do pociągu i wybierając siedzenie twarzą do kierunku jazdy, czekając na nowe, nakręcamy w sobie potężna machinę. Bitnikowski sen wsysa.

Zuza jest tego świadoma, w inspiracjach swoich podróży wymienia fascynacje młodych lat: kontrkulturę, anty-konwencję, bunt przeciw normom i instytucjom. To przede wszystkim subkultura hippisowska – mówi. Michał wskazuje sieć idei, niejako w komplecie kulturowym przyswojonych: wiele inspiracji znalazłem w literaturze. Pierwszy był Jack Kerouac i jego książka „W Drodze”. Coś nieprawdopodobnego! Wiem, jak wiele rzeczy w tej książce jest zmyślonych, ale… taka przygoda!!! Inne postacie to Jack London (człowiek z bardzo ciekawym życiorysem) i jego „Wspomnienia alkoholika”, „Droga”, „Włóczęga wśród gwiazd”, dalej: Nicolas Bouvier, Zikmund i Hanzelka, Gary Snyder, ostatnio „Into The Wild” Johna Krakauera – bardzo filozoficzna książka (moim zdaniem zupełnie inna od filmu). Z muzyków kojarzę z podróżowaniem Boba Dylana czy tez bluesmanów – włóczęgów.
Ale –
dodaje – inspirujących ludzi jest naprawdę wielu, ważną rolę odgrywają koledzy. No bo z kim podróżować jak nie z kolegami?!

Seweryn również wspomina książkę i film „Into The Wild” jako silny impuls. Ale jeden z kilku. Nie pamiętam – mówi – co mnie wygnało z domu. Nie mam pojęcia. Kiedyś w górach poznałem człowieka, który naopowiadał mi o podróżowaniu stopem i jakieś pół roku później przejeździłem przez weekend swoje pierwsze 800 km, i nawet nie tyle spodobało mi się to, co uzależniło mnie. Na początku tyle, potem zacząłem się interesować ludźmi, którzy całkowicie poświęcili się takiemu życiu i tak się to ciągnie.

Janek jest świadom, że wieczną gotowość do włóczęgi przekazali mu rodzice. Od zawsze spędzał mnóstwo czasu pod namiotami, na wsi, poza domem. Ulubione trampki nigdy nie ustały długo na przedpokoju. Inspiracje kulturą wyczuwa podskórnie: Od dawna mam – szczególnie wiosną – taką zupełnie nieodpartą pokusę, żeby się gdzieś rychło urwać. Jakby kiełkująca tęsknota za czymś innym, znanym z książek albo dawniejszych czasów.

No właśnie – nieodparta pokusa. Jest uniwersalne określenie na to: coś mnie nosi

Mój dobry znajomy porównał kiedyś „tę podróż, od której wszystko się zaczęło” z uczuciem do femme fatale. Bał się siły, jaka zaczęła go ciągnąć w świat, bał swojej odwagi i brawury, tego, że wskoczył na karuzelę, i że porwała go ona na dobre. Zakochał się. A w czym dokładnie? W tym czymś.

28-letnia Agnieszka nazywa to coś połówką magnesu w sobie. Druga część znajduje się w różnych, kolejnych i kolejnych miejscach, ludziach, sytuacjach. To nie pozwala jej usiedzieć na miejscu. A bezruch jest zły. To pewne.

Jak jeszcze można rozumieć to coś? Do czego podróżników nosi? Albo od czego od-nosi?

Seweryn dotyka dwóch biegunów: Nosi mnie do intensywniejszych przeżyć, poznawania świata, czasem do odcięcia się od jakiegoś otoczenia, chociaż to ostatnie nie jest miłą motywacją. Odczuwam to jako taką formę głodu do, nie wiem sam, wolności? Sam nie potrafię tego sprecyzować. Po prostu nosi.

Potrzeba „bycia w drodze” i odmiany jest silna a czasem wręcz paraliżująca. Janek jest przekonany, że nie podróżuje się, by „coś zwiedzić”, „coś zobaczyć” – raczej, żeby najzwyczajniej pobyć w odmiennych miejscach i klimatach. Michał nazywa siebie człowiekiem, który właściwie dobrze czuje się w domu, ale czasem wyjechać musi. Po co? Żeby przewietrzyć sobie głowę, zmienić otoczenie, zaczerpnąć nowej energii do życia.

Zuza poraża mnie swoją wrażliwością. Spokojna, małomówna, mówi o drodze bardzo metafizycznie. Niespokojnie, ale pięknie. Co mnie nosi? Bezdomność. Pragnienie drogi. Chęć pozostania anonimowym. Przyczyn szukam w braku identyfikacji z dominującym dzisiaj typem społeczności. Kultura masowa jest tym, co zróżnicowało społeczność. Możesz być turystą i czuć się dobrze. Możesz być włóczęgą i istnieć na marginesie. Droga jest tą właśnie formą bezdomności, marginalizacji swojego istnienia. To nie jest trend, bycie alternatywnym w potocznym rozumieniu. Dla mnie to nawet nie świadomy wybór. Marginalizacja jest koniecznością. Możliwością przetrwania, minimum ryzyka, że dostaniesz pomieszania zmysłów. Droga to całkiem sprawnie działający mechanizm egzystencji. Nie zastanawiasz się nad tym, coś cię niesie, po prostu idziesz.

Na usta ciśnie się pytanie o eskapizm. Czy tak? Zygmunt Bauman w swych „Dwóch szkicach o moralności ponowoczesnej” przychyliłby się do tego. Spośród nakreślonych figur, nie tyle społecznych ról, co życiowych scenariuszy – pielgrzyma, spacerowicza, turysty, gracza i włóczęgi – tymi słowy określa ostatniego:

„Co utrzymuje włóczęgę w ruchu? Pociąga go nadzieja niespełniona, popycha nadzieja rozwiana. Monotonia wędrówki jest nieplanowanym efektem namiętnej, nieprzerwanej pogoni za o d m i a n ą . Żaden z postojów nie spełnia oczekiwań, żaden równać się nie może żywym jeszcze obietnicom innych popasów, dotąd nie wypróbowanych. (…) Włóczęga wie zawsze dobrze, od czego ucieka. Wie nie całkiem i mgliście tylko, ku czemu zdąża. (…) Jawi się więc włóczędze świat, który przemierza jako zbiorowisko szans; każda szansa dobra, żadnej nie warto przegapić, spryt wymaga, by się schylić i podnieść ją, gdy się trafi, ale i nie zginać grzbietu zbyt gorliwie, aby nie pozbawić go giętkości na przyszłość. Być może ten świat jest dla kogoś ogrodem – dla włóczęgi jednak jest pastwiskiem. Je się trawę póki jest, nie kłopocząc tym, czy odrośnie.”

Teoria Baumana dotyczy zestawu psycho-społecznych postaw budujących tożsamość. Włóczykijstwo, jako scenariusz życia, staje się czymś znacznie głębszym niż tylko wypełnieniem wolnego czasu – wypełnieniem umysłu. Stojąc – umierasz. Idąc – też umierasz. Ale nie raz, a tysiąc razy. Ta śmierć pierwsza i ostatnia to śmierć człowieka, który oddał fragment siebie w ręce społeczności. Pozwolił głaskać się po głowie. Pozwolił wymierzać klapsy. Ona w naturalny dla siebie sposób obleka go niewidoczną warstwą wartości, która, gdy człowiek ten pozostaje w bezruchu, zastyga. A każdy późniejszy ruch kruszy ją, wywołując ból. Śmierć druga, trzecia, tysięczna, to nie śmierć właściwie, a raczej rodzaj snu, w jaki zapadają podróżnicy. I z którego, co leży w naturze snu, zawsze się budzą. Każde rozstanie to odcięcie więzi, ale rytuał pożegnań i powrotów to równocześnie tkanie znacznie subtelniejszej sieci łączności. A sieć ta rozrastać się będzie w nieprzewidywalnym kierunku. Bo włóczykijstwo jest nigdy nie dającym nasycić się głodem, jakiego pewien typ osobowości od zawsze doświadcza. Głód ten, prędzej czy później, dochodzi do głosu.

A czasem kamyk wywołuje lawinę.

Czarny kot, biały kot, czyli co jest najtrudniejsze, a co najpiękniejsze w podróżowaniu

Zuza przyznaje się do egoizmu opisanego przez Baumana włóczęgi: trudno nie zgodzić się z Baumanem, włóczęga posili się na pastwisku i idzie dalej. I piękne jest to, co mu to daje. Droga to recycling swojego ja. Kiedy idę, to idę również przez swoją głowę. Droga nie jest ani „od”, ani „do”, nie ma celu oprócz drogi. Idąc, staję się medium między światem, który oswoiłam, a tym, co niepoznane. Jestem ruchomym punktem, nieuchwytnym i bez imienia. Pamiętam taką podróż, całkiem niedaleką, wisiało coś wtedy w powietrzu. Lekkość bardzo znośna. Bez bagażu i bez zaplanowanego powrotu, bycie samemu pozwoliło na porzucenie swojego wzorca i wejście w wir poznawczy: ludzie, muzyka, pasje. Popularne trudy i znoje typu: nie ma gdzie spać, nie martwią mnie zbytnio.

Pewnym paradoksem jest mówienie o tułaczu jako osobie niezależnej. Wyjątkową formą tułaczki jest autostop. Możesz być wolny, możesz być freespirit, dać się ponieść. Ale zależysz, cały czas… Zuza zwraca mi na to uwagę, kiedy rozmawiamy o stopie: taka podróż to zdanie się na innych ludzi, obdarzenie zaufaniem np. osoby kierującej pojazdem, która pomoże dostać się tam, gdzie chcesz. Podobnie ze spaniem u nieznajomych osób. Nie znam ludzi, którzy oferują mi swoją pomoc, nie wiem, jakimi wartościami się kierują, kontakt z nimi to uciszenie osobistych potrzeb. Nie powiem im zbyt wiele o sobie. Ale to okazjonalne wyrzeczenie się swoich przekonań sprawia, że staję się maksymalnie otwarta na poznanie nowych osób, miejsc, tradycji. Kiedy człowiek nie ma potrzeby nazywania po imieniu siebie samego, staje się pustym naczyniem do napełnienia nowymi barwami. Czy boję się tej zależności? Strach istnieje i jest zupełnie naturalny. Granicą, do której możesz się „wyrzec” siebie, jest własne fizyczne istnienie. Do tego miejsca ufam. Nie boję się, że ktoś obrazi mnie za powierzchowność, oceni to, co widzi i słyszy. Może to banał, ale słyszę często, że podczas podróży ktoś odzyskuje wiarę w ludzi. Podpisuję się pod tym.

Seweryn, mówiąc o rzeczach najtrudniejszych, wcale nie potrafi ocenić ich jednoznacznie: Miejscami niesamowita samotność, od której teoretycznie mogę uciec nie podróżując lub robiąc to z kimś, ale czuję się do niej czasem przymuszony. Jest smutna, ale kusząca w dziwny sposób, tęskni się do niej mimo wszystko. Z kwestii bardziej przyziemnych trudna jest początkowa ocena, czego nam w podróży potrzeba, aby zapewnić zaspokojenie podstawowych potrzeb, co owocuje zupełnie pomylonym bagażem na plecach. Osobiście jestem ciągle głodny i to strasznie uciążliwe w takim trybie życia – kiedy nie jem odpowiednio dużo i często zaczynam być coraz głupszy, i mniej uważny, czasem przypomina to lekkie odurzenie, a to bardzo utrudnia sprawę podróżowania. Trzeba przyznać, że ten stan jest ciekawy, ale niepraktyczny zupełnie.

Z perspektywy n-krotnego pasażera, siedzącego przy kierowcy, który staje się dla niego mapą, przewodnikiem, kompasem, a czasem po prostu mniej lub bardziej ciekawym towarzyszem rozmów o życiu i śmierci, mówi: W podróży czuję się chyba najszczęśliwszy. Rozwijam się i patrzę z dystansu na głupotę, która siedzi we mnie (szczególnie jeśli chodzi o myślenie, że czegoś się nie da zrobić). Podejście do świata w podróży mam lepsze niż w domu, jak dla mnie autostop jest/był najlepszym lekarstwem na moją wiarę w ludzi. Świat w drodze, jak i już trochę na stałe, jawi mi się jako lepszy. I czuję, że tak właśnie powinno być.

Czy człowiek z duszą włóczęgi kiedykolwiek się zatrzymuje? Czy powroty „do domu” są tylko przystankiem?

Janek wspomina wizytę, sprzed lat, u Ryszarda Kapuścińskiego. Na podobne pytanie miał odpowiedzieć, że podróżować można tylko wiedząc, że na samym końcu podróży jest dom.  Zgadza się z nim. Myślę, że chyba
właśnie tak, choć to paradoksalne, ale pewnego rodzaju zakorzenienie jest fundamentem podróżowania. Zawsze wyjeżdża się ze świadomością powrotu. A sama podróż -dodaje-  jest karnawałem.

Janek walczy o umiejętność oddzielania czasu karnawału i czasu postu. Nasza kultura zapomniała o tym podstawowym rozróżnieniu, mieszając to w jakąś kompletnie niestrawną papkę. Myślę, że z wiekiem coraz łatwiej przychodzi mi odróżnianie okresów zabawy i pracy, być może także dzięki podróżom. Z drugiej strony nie idzie tylko o podejście do świata i ludzi; tu zawsze trzeba starać się o jakąś dobroć i zaufanie. Niewątpliwie bardziej idzie o podejście do siebie. Co nie zmienia faktu, że podróże uczą godzić się ze światem, innymi ludźmi i sobą. Albo- mówiąc jeszcze trochę inaczej- podróż pozwala rozumieć odmienność. To bardzo pomaga na co dzień.

Seweryn, na codziennym poziomie myślenia, zatrzymuje się mentalnie już na drugi dzień, po powrocie do domu. Wystarczy mi jeden obiad w domu Mamy, noc w swoim łóżku, spotkanie kilku osób i już ledwo pamiętam podróż. To dla mnie dziwna sprawa –  wiele przeżyć od razu zapominam.  Ale myśl o włóczeniu się – dodaje za chwilę – jest zawsze gdzieś tam w tle mojego umysłu i czasem dopomina się swego.

Okresy osiadłe i ruchome pomagają mi i uzupełniają się w moim życiu – kontynuuje Sewerynmyśl o podróżowaniu leczy trochę nudę codzienności i uświadamia mi moją wolność, a kiedy znowu leżę, gdzieś obok jakiejś szosy w śpiworze, to myśl o domu, regularnych posiłkach, czy bliskich, jest bardzo ciepła i pomocna. Relacje międzyludzkie są raczej łatwe do utrzymania na tym etapie podróżowania na jakim jestem – stwierdzam, że osoby którym zależy na kontakcie ze mną go zachowują, sam nie widzę problemu w utrzymywaniu kontaktu z ludźmi niezależnie od odległości – moja pierwsza dalsza podróż była właśnie odwiedzinami u kogoś kogo lubię. Kontakty przyjacielskie i koleżeńskie moim zdaniem są niezależne od dłuższych przerw jeśli się zachowa odpowiednią higienę psychiczną – pożegnanie i powitanie przy dalszych podróżach. Trudniej już jest z kontaktami damsko-męskimi, tego jeszcze nie rozgryzłem.

Samotnicy, bo… „ludzie są zbyt ciekawi i zbyt nachalni”

Jak się okazuje Włóczykijowi, będącemu zawsze w jakimś stopniu outsiderem, doskonale żyje się na marginesie, potrafi łączyć świat drogi ze światem postoju. Sam decyduje o dystansach dosłownych i mentalnych między sobą a społeczeństwem. Czyżby więc otwartość umysłu podróżnika brała się nie tyle z możliwości spotkania dużej liczby osób na swojej drodze, co z możliwości zignorowania niektórych z nich? Zdaje się, że z Zuzą tak właśnie jest.

Droga to hodowanie emocji, spostrzeżeń, bycie wewnątrz siebie. Zazwyczaj w kontaktach międzyludzkich jest tak, że ludzie chcą zagarnąć drugą osobę zbyt blisko siebie, są zbyt ciekawi i zbyt nachalni. Nie potrafią zrozumieć pragnienia alienacji, czynią wyrzuty. Dlatego otaczam się ludźmi, którzy rozumieją mój sposób bycia, mentalnie są to sami włóczędzy.

Złapani w locie, czyli droga, która najwięcej ich nauczyła

Dla Michała to stop z kolegą po Europie. Celem było Saint Tropez. Niestety nie zobaczyli słynnej stacji żandarmerii, ale przemierzyli 3200km stopem po Europie zachodniej. Poznaliśmy przy tym wielu dobrych ludzi, którzy zawsze chętnie nam pomagali. To właśnie podczas tej podroży nauczyłem sie, że to sama droga jest celem…

Ważny był też spontaniczny wyjazd do Bułgarii- wieczorem telefon od kolegi, rano już w pociągu. W tej drodze najciekawsze było to, że w miejscu tym byłem już nie raz, ale zawsze w większej grupie, turystycznie. Zwiedzać znane miejsca „na dziko”, z odpowiedzialnością za samego siebie, to zupełnie inne doznanie. Można porównać wycieczkę z podróżą. Ta druga zdecydowanie wygrywa!

Janek uważa, że prawdziwą podróż może odbyć tylko po Polsce.  To wrażenie, że jest się u siebie, że z każdym można porozmawiać, że obcuje się ze swoją prywatną niemal tradycją jest bezcenne i nieporównywalne z niczym innym. Ma to w sobie jakąś zupełnie uwodzicielską szczerość. Najbardziej fantastyczne wspomnienia mam niewątpliwie z włóczęgi po kraju.

Autostop po Pomorzu był dla niego jedną z takich włóczęg.  To dość długa historia, ale wybrałem się z kumplem i pod Kołobrzegiem jakoś się rozdzieliliśmy, a że nikt z nas nie miał komórki, okazało się to rozstaniem ostatecznym. Przez kilka dni jechałem sam, rozmawiałem sam i sam spędzałem czas (poza przystankami u znajomych w nadmorskich miejscowościach, ale to były tylko punkty docelowe). Chyba dopiero wtedy odkryłem, na czym w istocie polega podróżowanie.

Seweryn mówi jako ostatni. Bez cienia żalu stwierdza, że: pewnie jeszcze taka będzie.  Póki co, pierwszy dalszy wypad zalicza do najowocniejszych: nagle odkryłem, że jest masa innych pomysłów na życie niż te, które znam ze swojego otoczenia. To jedna z cenniejszych rzeczy w podróżowaniu, szczególnie autostopem – kontakt z ludźmi, którzy bywają zupełnie inni i zaszczepiają mi w głowie nowe myśli.

Inną sprawą jest to, że „przebyte kilometry” to niekoniecznie „odległość dla człowieka” – spróbuj przebyć 20 000 km lądem i samolotem, i porównaj, ile stało się wewnątrz Ciebie? To ten sam odcinek, patrząc geograficznie, ale na tym podobieństwo się chyba kończy. Czasem przeżywam ciekawsze myśli i stany, idąc z bloku do sklepu, niż jadąc gdzieś daleko, autostopem na kilka dni.