Ekscentryczni performerzy

W dzisiejszych czasach Oscar byłby zapewne ekscentrycznym studentem ASP na wydziale grafiki lub fotografem chodzącym w obdartych rurkach. Lucynda byłaby bizneswomen z powodzeniem zarządzającą dużą firmą, feministką mieszkającą samotnie w dużym apartamencie. Wspólnie organizowaliby ideowo-artystyczne performansy na zaludnionych ulicach Warszawy (czy postawienie kościoła ze szkła w samym sercu morderczego buszu nie stanowiło aktu czystego performansu?). Oboje cieszyliby się, jeśli nie pełną akceptacją społeczeństwa, to przynajmniej częściową tolerancją, a także szacunkiem określonych grup społecznych.

Oskar i Lucynda

„Oscar i Lucynda” to powieść australijskiego pisarza Petera Careya, która została wydana w 1988 roku i w tym samym roku zdobyła prestiżową nagrodę Booker Prize. Jest to postmodernistyczna proza bawiąca się konwencją powieści wiktoriańskiej. Carey stwarza dla głównych bohaterów świat wysoce nieprzyjazny. Purytańskie społeczeństwo nie jest w stanie zaakceptować tych dwóch rudowłosych odmieńców. Oscar jest duchowym ekscentrykiem, który bardzo wcześnie stracił matkę, a brak ten przekształcił się w śmiertelny lęk przed wodą. Lucynda wychowała się w cieniu silnej i niezależnej osobowości matki, co sprawiło, że wyrosła na kobietę zbuntowaną przeciwko zwyczajowemu pojmowaniu kobiecości.

Pomimo że urodzili się i wychowywali w różnych miejscach, pomimo że dzieli ich płeć i przynależność do klasy społecznej, Oskar i Lucynda są swym wzajemnym odbiciem w szklanej tafli intrygującej pasji, którą stanowi pogoń za ulotnością.

Najciekawszy paradoks wynika z połączenia religii i hazardu: Oscar jest przecież młodym, uzależnionym od gier duchownym. Hazard objawia się nie tylko na płaszczyźnie wyścigów, kart czy kości. Hazardem jest także, a może przede wszystkim, życie człowieka. Oscar twierdzi, że religia i wiara stanowią jeden wielki zakład, który ustanowił sobie najwyższą z możliwych stawkę: ludzkie życie. Oscar przeszedł na anglikanizm, sprzeciwiając się ojcu, wskutek rzucenia swego życia na szalę losu, a konkretniej – rzucenia za siebie kamyka, który padł na jedno z pól wyrysowanej przez niego gry w klasy. Spór międzywyznaniowy jest jednym z głównych zagadnień podejmowanych przez Careya.

Lucynda zapełnia hazardem ogromną pustkę, jaka wypełnia jej kruche, kobiece ciało. Nie ma nic do stracenia prócz majątku, który ciąży na niej, krępując swobodne ruchy niczym znienawidzony gorset zbyt mocno obściskujący talię.

Oboje są naprawdę żałośni. I naprawdę – realistyczni. Są to bohaterowie, jakich rzadko spotyka się w powieściach. Nielubiani, mało atrakcyjni dla otoczenia, czasami śmierdzący i brudni, a czasami śmieszni i ośmieszani. Wysoce realistyczna proza. Carey stworzył dla swych tytułowych bohaterów świat bardzo nieprzyjazny, wręcz podejrzanie nikczemny i nietolerujący natur odstających od norm społecznych. Analitycznie bezrozumny.

Podróż Oskara wgłąb dzikiego australijskiego buszu, gdzie stopa białego człowieka jeszcze nigdy nie stanęła, by w miejscowości Boat Harbour postawić szklany kościół, jest echem czasów nowych odkryć geograficznych i ekspansji kolonialnej. Jest także szalonym, miłosnym przedsięwzięciem Oskara i Lucyndy. Kościół jest ich zakładem, ucieleśnieniem ich marzeń, budzącym najwyższe emocje paradoksem, podobnym do towarzyszących rozbijaniu łez Księcia Ruperta. Stawką zakładu jest miłość, ale przede wszystkim majątek Lucyndy.

Para tych rudowłosych odmieńców wykazuje się niezwykłym zmysłem estetycznym, mającym wiele wspólnego z bezinteresownym aktem twórczym, czystą sztuką, prowokacyjną odpowiedzią na pragmatyczne dążenia epoki. Szklany kościół jest ostatnią ofensywą wobec sztywnej, pełnej schematów mentalności purytańskiego społeczeństwa. Jest swoistym ekscentrycznym performansem, który muszą opłacić losem i życiem.

Wyprawie przewodniczy krwiożerczy, bezwzględny Jeffris, który aspiruje do tytułu odkrywcy. Wyprawa ta przywodzi na myśl „Jądro ciemności” Conrada – podróż do serca piekła, ale piekła, które implikowane jest przez białego pioniera. Carey daje nam lekcję kolonizacji, której morał jest przerażający. Na pytanie Jeffrisa: „Co pan powie […] na tę krainę?”, Oskar odpowiada: „Gdyby to była moja kraina, odczułbym lęk widząc, że pan w nią wkracza” (s. 597).

Rozczarowuje fakt, że oboje tak naprawdę spotykają się dopiero później… Dużo napisano o nich samych, jednak jako o osobnych postaciach. Bardzo szczegółowo została poprowadzona historia ich życia, fragmentami nużąca i nakłaniająca, by gnać dalej poprzez urywane zdania kolejnych stron. Zakończenie powieści jest, moim zdaniem, nieudane. Bowiem pewne niebagatelne kwestie zdeterminowane zostały poprzez przyczyny błahe i dziwne, a postępowanie Oscara w końcowej partii powieści pozostało dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Powieść Careya wymęczyła mnie, a na koniec zirytowała. Nie pozostawiła jednak bez pewnej satysfakcji przebrnięcia przez ponad sześćset stron uznanej przecież na całym świecie powieści. Nie jestem zwolenniczką czytelniczego sadomasochizmu, niemniej jednak, wysiłek ten sprawił mi przyjemność. Istnieje także ratunek, aczkolwiek ryzykowny. Z Ralphem Fiennesem i Cate Blanchet. Jeszcze przede mną.

Oscar i Lucynda - okładka

„Oscar i Lucynda”, Peter Carey, przeł. Wacław Sadkowski, Prószyński I S-ka, Warszawa 2000.