Jakim jesteś człowiekiem, takim też filozofem

Tytułowa myśl autorstwa Johanna Gottlieba Fichtego to niewątpliwie świetny bon mot – celny, ciekawy i jakże oczywisty. Jeśliby ktoś jednak nie był wystarczająco przekonany, powinien natychmiast zapoznać się z niektórymi rozprawami Junga i dzięki temu zrozumieć, że cała historia sporów filozoficznych sprowadza się do mechanizmów introwersji i ekstrawersji. Wszak nawet dzieci wiedzą, że Platon był zupełnie odmiennego usposobienia niż jego uczeń ze Stagiry.

(fot. Janusz Drobisz)

(fot. Janusz Drobisz)

Nie wstydzę się przyznać, że sam byłem umiarkowanym zwolennikiem takiego spojrzenia na sprawę. I jakże mi przyszło śmiać się z własnej naiwności, gdy zbierając materiały do pracy referującej poglądy Maxa Stirnera, przypadkiem trafiłem na krótki opis jego życia. Gdyby tego było mało, ostatnimi czasy wielce rozczytany w dziełach Fryderyka Nietzschego, wziąłem do ręki zbiór jego prywatnej korespondencji, by dowiedzieć się, że piewca kruszącego skały nadczłowieka przeprowadza się kilkaset kilometrów, bo nie może znieść zachmurzonego nieba. Nie trzeba w tym miejscu dodawać, że – jak każdy pasjonat – poczułem się oszukany i zdradzony. Odłożyłem więc na bok projekt naukowej analizy i postanowiłem opisać krótko, jak bardzo ich życie różniło się od ich nader zdecydowanych poglądów oraz spróbować sytuację ową wyjaśnić. Chcę jednak zaznaczyć, że to nie chęć zemsty pchnęła mnie ku tej rozprawie, a nawet jeśli, to przecież czyniona w imię prawdy zemsta jest rzeczą o niepodważalnej urodzie. Nie chcę również za wszelką cenę obalać tezy postawionej w tytule, lecz jedynie zasugerować, że nie jest ona do końca oczywista, a czasem jej zrozumienie może wymagać głębszego namysłu.

Pod lupę chciałbym wziąć głównie Nietzschego – wspaniałego syna narodu niemieckiego, który narodem tym wzgardził; wagnerystę, który Wagnera niejednokrotnie wyśmiewał; Schopenhauerowego ucznia, który od swego nauczyciela odcinał się na wszelkie możliwe sposoby. Niektórzy złośliwi powiadają, że Nietzsche był znakomitym pisarzem, przeciętnym poetą i słabym filozofem, lecz to właśnie jego poglądy filozoficzne przyniosły mu nieśmiertelną sławę i trwałe miejsce w kulturze. A poglądy jego były śmiałe, nowatorskie, rościły pretensje do ustanowienia nowego porządku i ostatecznego obalenia nawarstwiających się w dziejach koszmarnych błędów oraz iluzji; najważniejsze jednak, że były wypowiadane z niewiarygodną pasją i z wyraźnie wyczuwalnym osobistym zaangażowaniem, jak gdyby sam autor własną siłą chciał w czyn wprowadzić to, o czym pisał. Friedrich Nietzsche: demiurg końca XIX wieku przynoszący iskrę, od której zapłoną przyszłe pokolenia – właśnie takiego widzimy go na kartach jego książek.

Człowiek jest czymś, co powinno być pokonane! Właśnie z tym przesłaniem wychodzi ku nam ów filozof. Odrzuca on człowieka, uznając go za jakieś pośrednie ogniwo w łańcuchu ewolucji, i szuka mostów prowadzących do nadczłowieka. Powodów tego jest wiele, lecz dla Nietzschego jednym z najbardziej godnych wzgardy błędów człowieczeństwa jest duch, który zapomniał o mocnej, pięknej i wytwornie kroki stawiającej cielesności, którą tak ochoczo do łask Nietzsche stara się przywrócić. „Słuchajcież raczej, bracia moi, głodu zdrowego ciała […]. Rzetelniej mówi czyste i zdrowe ciało, ciało doskonałe i udane”. Nie powstydziłby się tych słów prędkonogi Achilles. Nie powstydził się ich również omawiany tutaj myśliciel, który w jednym z listów do swojej rodziny pisze tak oto: „Aby rzec prawdę, od mojego ostatniego listu czułem się ciągle źle, pogoda się zmieniła i to był dla mnie koniec. Ciągłe ataki, wymioty za wymiotami, przed każdym posiłkiem waham się już teraz, czy jeść, czy nie jeść. Słabość żołądka w przeraźliwy sposób dała znowu znać o sobie i trudno się w pensjonacie z tym uporać”. Owszem, każdy człowiek bywa chory od czasu do czasu; nawet ciężkie choroby niewielu z nas omijają. Jednak spuścizna epistolarna Fryderyka Nietzschego mogłaby posłużyć za świetny materiał do pracy naukowej z zakresu medycyny badającej przypadki skrajnie patologiczne. Czy można jednak człowiekowi czynić wyrzuty z powodu jego braku zdrowia? Nie można i byłoby to nietaktem, a nawet barbarzyństwem. Można się jednakowoż dziwić, że w umyśle człowieka permanentnie osłabionego i wyraźnie swoim stanem przybitego rodzi się myśl domagająca się od ludzi tężyzny fizycznej i duchowej, rześkości, krzepy i mocy…

Nie zdziwiłbym się, gdyby czytelnik tej rozprawy ziewnął niecierpliwie i stwierdził, że przecież kaszel czy ból brzucha nie wpływają na koleje myśli ludzkiej, a zwłaszcza w jej najdonioślejszych momentach. W rzeczy samej, pomysł doszukiwania się związków pomiędzy działaniem bakterii żołądkowej a wątkami antychrześcijańskimi w myśli Nietzschego wydaje się niedorzeczny. Jednak sam bohater tych rozważań stwierdza na kartach Wiedzy radosnej:

„W całym filozofowaniu dotychczas nie chodziło wcale o prawdę, lecz o coś innego, powiedzmy: o zdrowie”.
„W innym, bardziej zwyczajnym wypadku, gdy do filozofii popychają konieczności, jak u wszystkich chorych myślicieli – a niewykluczone, że w historii filozofii takich jest większość – co będzie z samą myślą, poddaną presji choroby?”
„My, filozofowie, przy założeniu, że chorujemy, na jakiś czas oddajemy się duszą i ciałem chorobie”.
Nawet jeśli nie należy brać tego jedynie dosłownie, to nie sposób zaprzeczyć, skąd wzięła się inspiracja dla takich sformułowań. Skoro filozof nie neguje oddziaływania zdrowia na jego twórczość, a wręcz przeciwnie – czyni je kluczem do jej zrozumienia, należy może spojrzeć na to, co rzecze Zaratustra, pod nieco innym kątem. Wydaje się, że pytanie należy nawet postawić w następujący sposób: czy filozofia Fryderyka Nietzschego wyglądałaby tak, jak wygląda, gdyby jej twórca nie był człowiekiem słabym i schorowanym? Czy Zaratustra spałby w jaskini na kamieniu, gdyby niemiecki filozof nie spał z okładem na czole? Jeśli – zgodnie z przytoczonymi fragmentami Wiedzy radosnej – nie możemy tego problemu uważać za mało istotny, pozostaje znaleźć jakieś wyjaśnienie. Dwa tropy wydają się najbardziej prawdopodobne:

  1. Filozofia Nietzschego jest w jakiś sposób obrazowo wręcz związana z jego nieustannym zmaganiem się z życiem oraz z uporczywymi próbami przezwyciężenia swego stanu. Również niepowstrzymana krytyka zastanego porządku świata wynika z obserwacji czynionych przez pryzmat własnego zgorzknienia. Teza okrutna i prawdopodobnie zbyt powierzchowna. Chociaż na jej potwierdzenie można by przytoczyć wiele cytatów opisujących pragnienie wyjścia z mroku w stronę światła, to jednak element afirmacji życia, który jest tak ważny w myśli Nietzschego, wydaje się tezę ową skutecznie obalać.
  2. Myśl nietzscheańska jest ucieczką od rzeczywistości, poszukiwaniem lepszego świata; jest jedynie kolejną pieśnią, w której pobrzmiewają echa raju utraconego. Czytamy w jednym z jego dzieł: „Wiemy teraz, dokąd nieświadomie chore ciało i jego potrzeby popychają, ciągną i wabią ducha – w stronę słońca, ciszy, łagodności, cierpliwości, lekarstwa, orzeźwienia w jakimkolwiek sensie”.

Można również wytłumaczyć tę kwestię w inny sposób, dzięki czemu nie będziemy odzierali wielkiego filozofa z jego godności. Słabość ciała Fryderyka Nietzschego mogła być przecież dla niego źródłem niezwykłej duchowej mocy; codzienne zmagania z powracającymi chorobami stały się swoistym ćwiczeniem w cnocie, jakiego nie powstydziłby się sam Marek Aureliusz. Możliwe, że poprzez takie właśnie życie doszedł do swoich przekonań filozoficznych i mógł napisać: „Samego siebie poddawszy próbie, uczymy się bystrzej spoglądać na wszystko, co do tej pory zdziałała filozofia; lepiej niż przedtem odgadujemy mimowolne zbłąkania, zaułki, miejsca spoczynku, słoneczne plamy myśli, które zwodzą i uwodzą cierpiących myślicieli właśnie jako cierpiących”.

To ostatnie rozwiązanie wydaje się dosyć przekonujące. Oczywiście nie jest to próba ocalenia wizerunku filozofa, tak jak wcześniejsze tezy nie były próbą zdewaluowania jego poglądów. Wszystkie te przemyślenia mają jedynie przybliżyć nam tę zadziwiającą sytuację, która budzi niemało wątpliwości; wielce prawdopodobne, że odpowiedzi na te wątpliwości nie znał nawet sam Friedrich Nietzsche.

Rzućmy jeszcze krótko okiem na postać Maxa Stirnera – niezrównanego wyznawcy wolnej i silnej jednostki, która niczego i nikogo do szczęścia nie potrzebuje. Przyznaję, że gdybym miał zabrać jedną książkę na bezludną wyspę, prawdopodobnie wybrałbym główne dzieło Stirnera (Marcel Proust wybaczy mi tę zdradę). Dla owego filozofa nic zewnętrznego wobec podmiotu nie przedstawiało żadnej wartości; Bóg, człowiek, państwo, prawo, moralność, duch, prawda – wszystkiemu temu niepotrzebnie przypisano świętość wymagającą czci i oddania, na co rzeczy te w ogóle nie zasługują, gdyż są tylko ludzkimi wyobrażeniami. Należy wszystkie te złudzenia odrzucić i stanąć wobec oczywistej prawdy, że realne jest tylko ja i tylko w sobie samym może ono znaleźć jakąś wartość. Jakie są konsekwencje takiej postawy? Otóż wszelkie normy, nakazy, powinności i zadania przestają obowiązywać. Nie dotyczy to tylko codziennego życia ujętego w jego praktycznym aspekcie; mielibyśmy wtedy do czynienia jedynie z nieco wysublimowanym manifestem anarchistycznym. Stirner uwalnia człowieka nawet od wszelkich zachowań wypływających z emocjonalnego przeżywania świata, jak miłość, współczucie czy poświęcenie. Ostatecznie skonstruowana przez filozofa jednostka staje wobec świata absolutnie od niego niezależna.

W świetle tych poglądów chciałoby się spojrzeć na Stirnera jako na prawdziwego człowieka naszych czasów; według mnie, przy takim podejściu do świata można z brutalną gładkością przejść przez życie, a do tego z lekką nutką dekadencji (jak mawiała pewna pani w reklamie kawy) zajmować kolejne gabinety na coraz wyższych piętrach. Czy właśnie tak wyglądało jego życie? Niezupełnie. Jak to nazbyt często bywa, w zetknięciu z szarą rzeczywistością rewolucyjne idee z płaczem skryły się pod łóżko, a najgorsze w tym przypadku było to, że nawet ich wygłoszenie sławy i bogactwa autorowi nie przyniosło. Fakt, że swoim dziełem nie zdobył wielkiej popularności, przeszkodził Stirnerowi we wprowadzeniu zawartych w nim idei w życie. Z trudem dokładając grosz do grosza, próbował ów nieprzeciętny myśliciel szczęścia w przemyśle nabiałowym, lecz skromna mleczarnia upadła, zanim zdążyła na dobre się rozkręcić. Całe jego życie było naznaczone trudem oraz wszelkimi odcieniami szarości i zakończyło się śmiercią w ubóstwie.

Próba zrozumienia tej wyraźnej sprzeczności doprowadziłaby prawdopodobnie do niemal takich samych hipotez, jak te przedstawione przy omawianiu Nietzschego. Bunt przeciw światu i ludziom? Nauka wypływająca z nadmiaru życiowych zmagań? Raj utracony? Być może. Możliwe jednak, że smutna karykaturalność przypadku Maxa Stirnera nie powinna zmuszać czytelnika do ponownego namysłu nad Jedynym i jego własnością; uznajmy – na korzyść bądź niekorzyść autora – że jego dzieło z jego życiem nic wspólnego nie miało.

Na zakończenie chciałbym pojednawczo zwrócić się do bohaterów mojej rozprawy: Szanowni Panowie Nietzsche i Stirner, powiedzcie, czy byliście takimi filozofami, jakimi byliście ludźmi?

Czy dla czytelnika Waszych dzieł powinno to mieć jakiekolwiek znaczenie?

I czy sprawiedliwe jest, że pytanie to zadaję tylko Wam, a nie przywołuję do tablicy Epikura, Pascala lub Wittgensteina?

Cóż, w dobie tabloidów wielu z Waszych czytelników lubi zasmakować informacji z prywatnego życia znanych osobistości. Może przynajmniej swoje dociekania filozoficzne powinni oni oczyścić z tak niecnych pragnień…?