Nowy makijaż czy nowa twarz Katowic? [ciąg dalszy]

W wizjach przebudowanego centrum Katowic znaczące miejsce zajmują aż dwie galerie handlowe. Jedna z nich przewidziana jest na miejscu obecnego placu Szewczyka, druga zaś ma powstać z rozbudowy już istniejącego centrum handlowego w dawnej hali targowej (popularny „Supersam”). Aby oddać sprawiedliwość włodarzom miasta zaznaczę jeszcze, że rozbudowa „Supersamu” to idea inwestora i nie ma nic wspólnego z zaplanowaną przebudową centrum, choć władze miejskie dysponują odpowiednimi uprawnieniami, aby to przedsięwzięcie powstrzymać.

Podstawowym argumentem przeciw przebudowie „Supersamu” nie jest jednak niepotrzebne mnożenie centrów handlowych, lecz walory architektoniczno-historyczne tej budowli – przebudowa pociągnęłaby za sobą zniszczenie pierwszej w Polsce spawanej konstrukcji hali, pozostawiając dla potomnych jedynie symboliczne jedno przęsło wkomponowane w nową zabudowę tego miejsca.

Nie ukrywam – sam fakt dążenia do rozbudowy nie szokuje mnie zbytnio. Moim zdaniem, sposób konstrukcji budynku – nawet jeśli była to koncepcja pionierska – to zwyczajnie za mało, aby blokować rozbudowę miasta. Hala jako taka nie wzbudza zachwytu, cenna jest jedynie ze względu na historyczność rozwiązania konstrukcyjnego.

Jeśli elity zdecydowałyby jednak o jej zachowaniu, uzasadnionym wydałoby mi się przeniesienie hali w inne miejsce, gdzie z powodzeniem można by przywrócić jej funkcję targową. Obecnie w centrum miasta hala zwyczajnie nie jest potrzebna, a ciężko mi nawet znaleźć dla niej inne przeznaczenie (redaktor strony katowice2016.blox.pl proponuje, by otworzyć w niej lodowisko, ale wydaje mi się, że brakuje jej miejsca na niezbędną infrastrukturę: szatnie czy magazyny, nie mówiąc już o widowni – budowla jest na to za niska).

Nie sprzeciwiałbym się natomiast zabudowie placu Szewczyka. Jedynym czynnikiem warunkującym jego istnienie jest usytuowanie przy nim dworca komunikacji publicznej i wyeksponowanie bryły dworca kolejowego. Można nadbudować odpowiedni budynek nad dworcem autobusowym, godząc to z zachowaniem widoku na „perłę brutalizmu”.

Nie atakuję więc samej idei wznoszenia nowych budynków w tych miejscach, ale formę ich przyszłego wykorzystania. Sytuowanie centrów handlowych w centrach miast paradoksalnie sprzyja jedynie handlowcom, którzy mają zapewniony stały dopływ klienteli. Taka sytuacja jest porażką miasta, które w miejscu najbardziej reprezentacyjnym, gdzie winny skupiać się obiekty, dla których warto odwiedzić miasto, sytuuje galerię handlową, mogącą w zasadzie znajdować się bez większej szkody gdziekolwiek indziej. Jest także niewygodna dla mieszkańców, którzy w celu zrobienia zakupów w tych miejscach będą musieli dostać się do tłocznego centrum miasta, zwykle dalekiego od ich domów, gdzie poza tłumem „przypadkowych” ludzi napotkają jeszcze trudności z parkowaniem. Ponadto w Katowicach i miastach ościennych istnieje już sporo wielkopowierzchniowych centrów handlowych – z nieodległą Silesią City Center na czele – które wydają się zaspokajać potrzeby mieszkańców.

Oba projekty nie powalają także pod względem architektonicznym. Nie staną się raczej symbolami miasta, chociażby na miarę warszawskich „Złotych Tarasów”.

Jedyny pozytyw widzę w ożywieniu śródmieścia. O SCC mówi się, że odciągnęła katowiczan od centrum miasta. Nowe galerie mogłyby ten trend odwrócić. Będę się jednak upierał, że nie warto. Nie za cenę utraty dwóch niezwykle atrakcyjnych wielkomiejskich lokalizacji na galerie handlowe. Owe galerie być może byłyby ładniejsze od podmiejskich blaszaków, ale nie mogłyby stać się nowym symbolem miasta. Nie warto także dlatego, że byłaby to rezygnacja z rozwiązania problemu zamierania miasta już we wczesnych godzinach wieczornych.

(fot. Beata Rakoczy)

(fot. Beata Rakoczy)

Jest Rynek, nie ma rynku

Nie jest szczególnym odkryciem spostrzeżenie, że w realiach katowickich „Rynek” to jedynie adres pocztowy, sarkastyczna w zasadzie nazwa jednego z miejskich placów, w świadomości mieszkańców istniejąca jedynie jako duży przystanek tramwajowy. Obecnie Rynek nie spełnia roli ani reprezentacyjnej, ani społecznej – jako centralnego miejsca spotkań, ani kulturowej – jako areny wydarzeń kulturalnych czy punktu skupienia organizacji kulturalnych, a rolę handlową spełnia w wykoślawionej formie – dwa duże domy handlowe i kilka kramów są wręcz absurdalne (choć ekskluzywny „Skarbek” stara się wpasować w oczekiwania wobec handlu na rynku dużego miasta).

Podstawą w rozwiązaniu problemu jest oczywiście przywrócenie rynku ludziom, to znaczy podporządkowanie go ich potrzebom, a nie komunikacji tramwajowej. Wszystkie zaproponowane przez miasto i obecnie „konsultowane społecznie” projekty podejmują ten problem i usiłują go rozwiązać. Nie rozwiązują jednak żadnego z innych wymienionych problemów. Nie wystarczy tylko wniesienie niewielkiej rozmiarami sceny, aby ożywić to miejsce kulturalnie. Nie rozumiem także idei budowy Miejskiego Obiektu Wielofunkcyjnego, który we wszystkich wizjach wydaje się nijaki, nie ożywia wizualnie przestrzeni, a z punktu widzenia gospodarki przestrzenią jest po prostu nieuzasadniony. Rynek potrzebuje rozmachu, próby gruntownej zmiany jego charakteru. Zaproponowane rozwiązania nie mają polotu, obawiam się, że poza lekką reorganizacją ruchu w ten sposób charakter rynku się nie zmieni.

Krytycznie odniósłbym się także do pojawiających się tu i ówdzie koncepcji wyburzenia otaczających Rynek postsocjalistycznych molochów i odbudowania stojących tutaj przed wojną kamienic. Ten pomysł, choć intryguje uwolnieniem się od ograniczeń narzuconych przez obecnie istniejące obiekty, jest – moim zdaniem – drogą donikąd. Funkcjonowanie Rynku w obecnej formie uważam za świadectwo panującej niegdyś myśli architektonicznej i urbanistycznej, które – jakkolwiek mogłoby to zabrzmieć – po prostu szkoda zmiatać z powierzchni ziemi. Kiedyś kanony piękna i użyteczności publicznej były inne niż obecnie, czego Rynek jest doskonałym dowodem.

Wobec powyższego za całkiem trafiony uważam pomysł „uzupełnienia” rynku o tzw. „mały rynek” w miejscu obecnej ulicy Dworcowej. Zabudowa tego miejsca wydaje się zgodna z wyobrażeniami o centralnym placu miasta, a mądre zagospodarowanie budynków po starym dworcu zwiększyłoby jeszcze atrakcyjność tej lokalizacji. W tym wariancie wzrasta rola ulicy Mariackiej, która stanowi kolejne przedłużenie rynku.

Warto wspomnieć także o koncepcji „schowania” torów kolejowych w podziemnym tunelu. To kolejna inwestycja, którą warto ponieść bez względu na koszty. Ogrom uzyskanych terenów da szansę wykreować zupełnie nowe rozwiązania (na czele z inną jeszcze lokalizacją miejskiego rynku albo przeprowadzeniem tamtędy reprezentacyjnego deptaku), a także scalić miasto, w którym istniejący podział linią kolejową jest nad wyraz widoczny.

Funkcje kulturowe w koncepcji magistratu mają zostać skomasowane nieco na peryferiach śródmieścia – na terenach obecnej kopalni Katowice, gdzie planuje się budowę kompleksu składającego się z nowych gmachów Muzeum Śląskiego, Międzynarodowego Centrum Kongresowego i siedziby Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, które uzupełniać będzie istniejąca już ikona miasta – hala sportowo-widowiskowa Spodek. Taka lokalizacja „rozszerzy” niejako pojęcie centrum bardziej w stronę Koszutki – w końcu odległość od obecnego rynku to nie więcej niż kwadrans, zaś atrakcyjność tych obiektów skieruje tędy właśnie strumienie ludzi poszukujących wrażeń kulturalnych.

(fot. Beata Rakoczy)

(fot. Beata Rakoczy)

Nowa twarz czy nowy makijaż?

Nakreślając tych kilka propozycji, miałem na celu wskazanie, jak wielkie przeobrażenia są możliwe w Katowicach. Warto ponieść koszty finansowe, aby choć częściowo zwrócić ludziom miasto z upodobaniem gnębione wcześniej przez antyhumanistyczne budownictwo czasów socjalistycznych. Jestem przekonany, że umiejętne, wizjonerskie połączenie dziedzictwa przed- i powojennego z nowymi trendami wpuszczonymi w krwiobieg miasta w obecnej przebudowie mogą stworzyć unikalne, przyjazne ludziom i cenione przez znawców połączenie.
Razi mnie jednak wspomniany już brak rozmachu, brak odwagi do stworzenia czegoś oryginalnego i zadowalanie się raczej naprawą istniejącego stanu rzeczy niż kreowaniem nowych rozwiązań. Biorąc pod uwagę, że nie wszystkie plany zostaną zrealizowane (chociażby ze względów finansowych) i nie zawsze na pierwszym miejscu będzie stało dobro miasta, boję się, że przebudowa skończy się na przypadkowym w gruncie rzeczy wzniesieniu paru nowych obiektów i doraźnym remoncie kilku starych. Zmiany te obecnemu wizerunkowi i duszy miasta ani specjalnie nie pomogą, ani nie zaszkodzą. Boję się, że pomimo optymizmu i ambitnych planów ta przebudowa pogrąży miasto w nijakości…

« czytaj I część artykułu