Dziwak

Żyłem jak dziwak, który sądzi, że pędzi żywot niewidzialny dla nikogo – pisze Kundera. Żyłbym tak i tysiąc lat, gdyby nie dźwięk, głuche uderzenie, które zbudziło mnie ze snu. Lekkiego, na granicy wytrzymałości, w którym pamięć nie rejestruje klatek z obrazami, w którym anty-pamięć, nie pamięć jest, a anty-pamięć to linia ciągła bez początku i bez końca. Zbudziłem się wtenczas i niepokój mnie ogarnął. W głowie, wyobraźni oczyma, dostrzegłem krzyczące anioły z Młynów Sebyły. Powykrzywiane w grymasach, w jęku rozdzierającym, świdrującym bębenki, rozpięte na skrzydłach, napędzały mechanizm. Don Kiszoci. Co za obraz!

(fot. Milena Dziadak)

Tańczące chochoły o maskach człowieczych, szeptały do wiatru. Letargicznymi, sennymi ruchami, bezrefleksyjne, nakręcały maszynę. Stałem tam sam jeden, potem przysiadłem na granicy, a przede mną rozgrywał się niezmienny spektakl. W pułapce własnej wyobraźni się znalazłem, próbowałem objąć tę przestrzeń dziwną, te dale nie pomierzone, te melancholie siwe… Młyn sobie postawiłem. O ilem podobny do tańczących chochołów? Lecz pod stopami miałem maskę, która spadła z mojej twarzy, a maska ta nie miała oczu.

Świadomość nie ocala przed sennością. Świadomość (co najwyżej) snuje opowieści o własnym bycie autystycznym w pochodzie chochołów. Paradoks? Zobaczyłem, że byłem taki jak one. Twarz wykrzywiłem, szeptałem do siebie, zdziwaczałem nieświadomie. Więcej nawet, nazwisko moje z dawnego języka znaczy chochoł.

Jeszcze jesień ostatnią zapamiętałem jako luźne kadry, szukając skojarzeń zapadłem się w sobie. Deszcz sączył się z wolna i mgła opadała na miasto. Wędrowałem chodnikami, licząc kroki, podnosiłem liczbę do kwadratu, a potem do potęgi n-tej. Drogom przebytym taki charakter nadałem, mógłbym je mnożyć po sto i tysiąckroć, tworząc sieć na samego siebie, pułapkę z etykietą autodestrukcja. Mógłbym tak przecież. Zapomniałem jednak o wszystkim i gesty moje stały się automatyczne. Przyjemne odrętwienie zapanowało nad moim ciałem, bez czucia, bez uniesień, pustka niczym oko studni, zanurzam się w tej otchłani, autokreację tworzę na obraz i podobieństwo ciszy, bylebym rozpłynął się w powietrzu, bylebym rozbił się na milion kawałków. Nie do pozbierania. Bylebym stał się popiołem albo chochołem.

Świadomość mówi mi, żem dziwak. Świadomość jest dewiacją. Krzyczące anioły zasypiają. Taniec chocholi trwa w niszy, na samym dnie umysłu.