Człowiek, drzewo, pancernik

Senne sobotnie popołudnie minionego lata. Wycieczka do zoo. Przed oczyma znudzonych nosorożców rodzice krzyczą na swoje dzieci. Para młodych ludzi próbuje rozśmieszyć małpy, czym odrobinę falsyfikuje teorię starego Darwina. Hipopotam ukrył się w swoim basenie. W takie dni nie wydarza się nic godnego uwagi. A jednak owej soboty zdarzyło się coś, z czego do dzisiaj nie potrafię się otrząsnąć. Zostawiwszy za sobą lwy, tygrysy i gepardy, postanowiłem wstąpić do kina studyjnego, gdzie akurat zaczynała się projekcja argentyńskiego filmu La Libertad.

(fot. Milena Dziadak)

(fot. Milena Dziadak)

Przyznaję, prawdopodobnie nie potrzeba wiele, by wstrząsnąć mną do głębi i zburzyć mój mały świat, ale reżyser Lisandro Alonso potrafiłby zniszczyć najmocniejszego widza. Żeby w pełni oddać moc przekazu, jaką dysponuje to dzieło, pozwolę sobie je streścić.

Mężczyzna ścina drzewo w lesie, ładuje je na samochód i zawozi do skupu; następnie wraca do lasu i piecze na ogniu pancernika. KONIEC. Mam nadzieję, że nie zepsułem niespodzianki tym, którzy chcieli ów film w najbliższym czasie zobaczyć.

Wychodząc z kina, wziąłem do ręki ulotkę reklamującą obraz Alonso, mając nadzieję, że udzielone mi zostaną jakiekolwiek wyjaśnienia. I wyjaśniono mi. La Libertad: zdobywca nagród na kilku festiwalach, zaliczany jest do nurtu zwanego minimalizmem południowoamerykańskim. Dowiedziałem się również, że obserwując bohatera tego filmu, widz ma wrażenie, iż „obcuje z kimś prawdziwym”. W gruncie rzeczy właśnie to ostatnie stwierdzenie było przyczyną doznanego przeze mnie wstrząsu.

Czy reżyser pokazał mi kogoś prawdziwego? Niewątpliwie mógł mieć takie przekonanie, gdyż w czasach, w których na ekranach kin królują niebieskie stwory i chodzące na dwóch nogach samochody, coraz trudniej o człowieka z krwi i kości. Więc zgodzę się: zobaczyłem prawdziwego człowieka. Ale czy po to poszedłem do kina? Czy moje pragnienie obcowania z kimś prawdziwym nie bywa spełniane codziennie: na przystankach autobusowych, w kawiarniach, pod wspólnym parasolem podczas deszczu? Lisandro Alonso nie powiedział w swoim obrazie nic, czego nie potrafiłbym uchwycić codziennie własnymi oczyma. Jest jednak coś, czego uchwycić tak łatwo nie umiem: prawdy o tym prawdziwym człowieku. Nie znajduję jej w naszym codziennym życiu, w całym tym brudnym oceanie nieistotnych chwil, gdzie prawdziwość uchodzić próbuje za prawdę, a powierzchnia za głębię. I przyznam szczerze: nie lubię ludzi z powierzchni, a już szczególnie nie lubię artystów, którzy czynią właśnie ją przedmiotem sztuki. Jednak sprawa z filmem Alonso może być nieco bardziej skomplikowana.

Karl Jaspers stwierdza, że istota człowieczeństwa odsłania nam się w sytuacjach, które nazywa on granicznymi; do sytuacji tych należą: walka, wina, cierpienie, śmierć. Jedynie w tych skrajnych momentach naszego życia dotykamy prawdy o nas samych, tylko wtedy widzimy jasno, czym jest nasze istnienie; są to sytuacje, które wyrywają nas z egzystencjalnej drzemki, w którą stale popadamy wobec codziennej rutyny. Więc tam właśnie ukrywa się prawda o człowieku, tam należy szukać prawdziwego człowieka. Czyż nie tam szukał go Ingmar Bergman? Ów wielki reżyser miał na swoim nocnym stoliku zapisane słowa: boję się, boję się, boję się… Czego się bał Bergman? Że jutro będzie padać na planie zdjęciowym? A może bał się tego czegoś, co złośliwie się przed nim skrywało, a co podważało wszystkie jego poranki i wieczory, wszystkie kubki kawy i spojrzenia w oczy? Widzimy ten strach w niezliczonych gestach bohaterów jego dzieł, w ich walce, w cierpieniu, w ich spotkaniach ze śmiercią, za progiem której być może wcale nie czeka Bóg. Tu oto spotykamy człowieka prawdziwego, świadomego siebie i świata, i przez tę świadomość często sparaliżowanego. Jakże niecodzienny jest ten prawdziwy człowiek…

I może to właśnie zniechęciło Lisandro Alonso – niecodzienność takiego człowieka. Możliwe że twórca La Libertad wcale nie pozostaje na powierzchni; on po prostu decyduje się na nią powrócić. Jak często w życiu stajemy wobec sytuacji granicznych? Chyba nieczęsto i może nawet dobrze, że nieczęsto. Więc prawda o nas byłaby w takim razie niemalże niedostępna i można przeżyć całe życie bez chwil je uzasadniających. Ale jeżeli chwile uzasadniające nasze życie prawie w ogóle się w tym życiu nie pojawiają, to jakże można nadawać im tak duże znaczenie? Może prawdziwy człowiek dostrzegalny jest właśnie poza sytuacjami granicznymi, a one same generują jedynie jakieś ulotne ekstrema.

Może tak właśnie spojrzał na człowieka Alonso. Może tacy jesteśmy w jego oczach – zwykli, prości. Może, może, może… Trudno o ostateczną konkluzję, ale przyznam, że zbyt często się nad tym nie zastanawiam, mam inne rzeczy na głowie, trzeba od czasu do czasu zrobić zakupy i odkurzyć mieszkanie. Sam nie wiem, czy byłbym bohaterem u Lisandro Alonso, czy u Ingmara Bergmana. Obowiązek odpowiedzi mnie przeraża. Ja też się boję.